Rajska wyspa
carriacou
Karfi rejsy2008-02-21 09:49:54
Wyświetlono razy (ostatnio: )
Ocena 3.00 z 5.00. 2 głosów oddanych
te dwie "perły" zatoki HILLSBOROUGH BAY.
Desant na pontonie zakończył się powodzeniem. Po około 15 minutach płynięcia stoimy na SANDY ISLAND. Dwie duże palmy, z czego jedna uschnięta i kilka krzewów daje jedyny cień na całej wyspie. Za to w odgrodzonych przez rafę od pełnego morza oczkach wodnych wręcz roi się od roślin i różnokolorowych ryb. Nurkując mamy wrażenie, że pływamy w wielkim akwarium. Ryby dosłownie jedzą nam z ręki, nie okazując żadnego strachu. To cudowne przeżycie, którego doznania na długo pozostaną w naszej pamięci.
Po trzech godzinach podglądania podwodnego świata, wyruszamy na MABOUYA ISLAND, również bezludny skrawek lądu. Przez chwilę szukamy miejsca do bezpiecznego desantu, ponieważ całą wyspę otacza rafa koralowa i ogromne kamienie. W końcu Waldek decyduje się wskoczyć do wody i w ten sposób wyciąga nas na małą plażę. Wyspa MABOUYA, w odróżnieniu od SANDY jest górzysta i porośnięta gęstymi zaroślami, palmami i drzewami migdałowymi. Od strony wschodniej i południowej otoczona wąskim pasem kamienistych plaż, na których leżały niezliczone ilości koralowca i muszli. Wybrzeże zachodnie i północne, to skalne urwiska pionowo opadające w dół. Z ich szczytu roztacza się cudowny widok na najbliższą okolicę. Postanawiam obejść wysepkę dookoła. Wprawdzie zaliczam kilka zadrapań o kolczaste krzewy i kaktusy, ale widoki, które mogę chłonąć własnymi oczyma, są najlepszą nagrodą. W głowie zalęga się nawet pewna myśl- "... może by tak kupić tę wyspę na własność, tylko dla siebie?".
Cóż, marzenia pozostały a my musimy zbierać się do powrotu na żaglowiec. W drodze powrotnej oczywiście nie mogło zabraknąć małej przygody- nasza wysłużona przyczepna Honda odmawia nam posłuszeństwa, więc powoli zaczynamy dryfować na pełne morze. Ale, od czego jest nasz niezastąpiony Kubuś Sałata?! Wezwany przez radio, przybywa nam z pomocą w ciągu 20 minut. Pomimo powrotu na holu, był to jeden z najpiękniejszych dni, jakie spędziłem na Karaibach.
Wieczorem płyniemy jeszcze do miasteczka, gdzie miejscowe, prywatne muzeum, organizuje festyn w celu zebrania funduszy na działalność tej instytucji.
Przy karaibskiej muzyce "na żywo", zimnym piwie i przekąskach spędzamy miło cały wieczór. Znowu okazuje się, że nie "gorący Latynosi", ale my- Polacy- potrafimy świetnie rozkręcić zabawę, bez względu, w jakim zakątku świata jesteśmy.
Późną nocą podnosimy kotwicę i żegnamy ten mały raj.
Być może, gdzieś na naszej drodze na północ, znajdziemy nie mniej cudowne miejsca.
ŻEGNAJ CARRIACOU.
Zobacz zdjęcia:
Saint Vincent i Grenadyny
Saint Vincent i Grenadyny - wybierz obszar, który cię interesuje:

Zaloguj się
Przyłącz się do społeczności miłośników podróży
Twój profil
Wyloguj
























