Reportaż literacki z Ukrainy Zachodniej, sierpień/wrzesień 2007.
Najbliższy ze wschodów

Blackwell2008-02-13 22:08:05
Wyświetlono razy (ostatnio: )
Ocena 3.78 z 5.00. 9 głosów oddanych
miejsca, czasu, ani chęci by cokolwiek udawać. Każdy mówił, co myślał. Każdy robił, co pragnął. A góry to wszystko chłonęły. Wszystko odmierzane było krokiem. Wszystkie czynności. Całe życie. Wystarczyło tylko iść. To był najgłębszy z sensów. Pasły się konie, padał deszcz, przez przełęcze wędrowały chmury. To wszystko działo się z niepojętym spokojem. Z niewyobrażalną zaklętą pasją. To wszystko nie dotykało w najmniejszym stopniu ciała. A w tak ogromnie dotykało ducha. Czasem spotykaliśmy ludzi. Był czas na żarty i czas milczenia. Na wszystko, co było konieczne znajdował się czas. Znajdowało się miejsce. Niewiele było w tym przyjemności. Były całe pokłady szczęścia. I tak nigdzie się nie spiesząc zeszliśmy do Jasinji. Mała górska wioska. Na polance przy strumieniu zaparzyliśmy kawę, wysuszyliśmy namioty, umyliśmy się, pozmywaliśmy, zjedliśmy coś. To wszystko przynosiło satysfakcję. Tak pierwotną radość. Tak nieogarnione szczęście. A potem kupiliśmy dwa kilo ciastek, piwo, chleb i majonez. Nasze prywatne siódme niebo.
Na stacji w Jasinji powoli mrok nastawał. Niebo przykrywało się spokojnie purpurą. To był czas spokojnego odpoczynku. Jedyną koniecznością, była konieczność niespieszenia się. Wszędzie, gdziekolwiek będziesz, dzieje się cud istnienia. Ludzie pchają swoje życie do przodu. Najlepiej, jak potrafią. Z całych sił. Niezależnie, czy to finansista w wielkim mieście, czy babcia w zapyziałej Jasinji. Każdy z życiem zmaga się, jak umie. I ważne by, się z nim nie szarpać, tylko przenikać. Nie walczyć, tylko szukać zrozumienia. Na tym chyba polega miłość.
Zmęczony dziadek w kasie dworca w Jasinji poprosił o wyraźne wymówienie nazwisk. Musiał zapisać je w cyrylicy. Potem wyciął nożyczkami na bilecie szlaczek. Kształt szlaczka oznacza trasę przejazdu. Pociąg miał być o 2.30 w nocy. Obleśny, śmierdzący budynek stacji posłuchał pięciu rozkładających się karimat. Potem po kolei zgasło 5 czołówek.
Pociąg przyjechał punktualnie. Pachniał starym sanatorium. Było w nim ciemno. Ludzi było sporo. Rozmawiali głównie leżąc. Znaleźliśmy miejsca, poszliśmy do konduktora po herbatę. Wypiłem ją z rozkoszą. Przywróciła mi chęci. Wyciągnąłem śpiwór i od razu nastał ranek. Pogoda była piękna. A dworzec we Lwowie pachniał znajomie. To było pierwsze miejsce od dawna, w którym już kiedyś byłem.
Medyka na początku podróży majaczyła gdzieś oddalona. Kojarzyła się z nadzieją. Medyka, to też miejsce, gdzie człowiek z lubością poniża człowieka. Medyka to walka i smutek.
A pociąg relacji Przemyśl - Szczecin pachnie inaczej, niż relacji Szczecin - Przemyśl. Powrotny pachniał szczęściem, spełnieniem, planami na przyszłość. Ten powrotny pachniał szczyptą dumy, smakował zadowoleniem, miłością i spełnieniem. Ten powrotny pociąg, jak każdy powrotny oznaczał dopiero początek.
Za Andrzejem Stasiukiem: "Podróżować znaczy żyć. A w każdym razie żyć podwójnie, potrójnie, wielokrotnie."
Zobacz zdjęcia:
Ukraina
Ukraina - wybierz obszar, który cię interesuje:















































