Pięć dni poza obrębem cywilizacji. Pięć dni zróżnicowanej pogody. Pięć dni intensywnego ruchu. Pięć dni oderwania od codzienności. Pięc dni codziennego kontaktu z dziką przyrodą. Oto czym był dla mnie ostatni Sylwester w Karkonoszach
Opowieści sylwestrowe z Hali Szrenickiej (Sylwester 2007)
Gata2008-01-11 22:34:13
Wyświetlono razy (ostatnio: )
również jest nieczynny. Rozsądek bierze górę i kombinujemy jak wrócić pod nasze schronisko. Znajdujemy się dokładnie na jego wysokości, na przeszkodzie stoi las. Zgodnie z matematyką, fizyką i paroma innymi naukami, gdybyśmy w tym miejscu zaczęli się przedzierać przez lasek, znaleźlibyśmy się dużo niżej naszego celu, co wielce byłoby nam nie na rękę. Nie pozostaje nam nic innego, jak znów wziąć narty na plecy i piąć się pod górkę. A sił już brak, ręce odpadają i gorąco się robi niesamowicie od wysiłku. Wreszcie stajemy. Punkt zdaje się być dogodny, aby założyć narty na nogi i pomalutku jechać na skróty przez las. A lasek zryty jest tysiącem ścieżek, które biegną wcale nie w upragnionym kierunku. A narty, zapadając się w głębokim śniegu, uparcie nie chcą jechać. Jeszcze dolinka staje na przeszkodzie z górskim strumykiem-niespodzianką. Potem jeszcze kilkanaście metrów i... Jest! Jesteśmy pod schroniskiem... To co? Bierzemy karneciki i wio na stok.
Dzień trzeci. Przyzwyczajona do rozległych horyzontów przeżywam szok. Za oknem ścieli się gęste mleko. Ale cóż, szkoda dnia, narty brać i na wyciąg. Jesteśmy w gęstej chmurze. Widoczność sięga zaledwie kilka metrów. Nie ryzykuję slalomów między choinkami. Ludziska kładą się gęsto potykając się o niewidzialne przeszkody. Zdradziecka szadź obmraża wszystko, posrebrza rzęsy i brwi.
Dzień czwarty. Upragniony śnieg sypie gęsto z nieba. Oślepia. Zalepia oczy bardzo dokładnie. Sprawdzam użyteczność gogli. Różowo widzę świat. Ograniczona widoczność utrudnia kontrolę nart. Parę pomyłek i szybko odzyskuję pewność siebie. Zdejmuję okulary i zielono mi. Na wieczór wypogadza się na ciemnogranatowo. Idziemy tańczyć. Wytańczmy Nowy Rok...
Powrót
Cztery dni poprawiania warsztatu niewprawnego narciarza, aby na koniec zaliczyć ten najtrudniejszy sprawdzian. Opuszczamy gościnne schronisko i wracamy do codzienności. Czeka nas ostatni zjazd - ten upragniony na sam dół do Szklarskiej. Tym razem rozsądnie wjeżdżamy wyciągiem na samą górę. Dopiero stamtąd przecinamy świerkowy lasek. Gruba warstwa świeżego śniegu utrudnia jazdę. Jesteśmy na "Śnieżynce". Czuję opiekę bardziej doświadczonych narciarzy. Początek jest nienajgorszy, gęstym zygzakiem zjeżdżam coraz niżej. Przede mną stroma góra, nie patrzę w dół, nie myślę o wysokości. Pomału biorę kolejny zakręt, omijam wystające kamienie i następny zakręt. To wszystko trwa w nieskończoność. Dwa kilometry silnego napięcia, wytężonej uwagi. Dookoła wszyscy śmigają, czuję się śmieszna swoją nieudolnością. Dojeżdżamy do "Puchatka". Dalej to już spacerek. Odrobinę wysiłku zajmuje wymijanie tłumów ludzi na stoku. Już jesteśmy na dole. Udało się! Wracamy do domu...
Zobacz zdjęcia:
Polska
Polska - wybierz obszar, który cię interesuje:




















































