Wyprawa Klubu Alpinistycznego "Homohibernatus" na Kaukaz po jeden ze szczytów zaliczanych do "Korony Ziemi"
Elbrus 2007
Homohibernatus2007-11-26 14:34:08
Wyświetlono razy (ostatnio: )
Ocena 2.80 z 5.00. 5 głosów oddanych
wysokości 4690 mnpm. Z trawersu schodził właśnie jakiś Ukrainiec. Był tak wycieńczony, że nie mogliśmy z nim nawiązać kontaktu. Nie wiem czy udało mu się wejść. Napiliśmy go herbatą. Kiedy poczuł się odrobinę lepiej zaczął od nowa swoją dramatyczną wędrówkę do ciepłego śpiwora do Prut 11. Potem zatrzymał się przy nas Amerykanin. Opowiadał, że był na Evereście, ale tym razem pagoda go nie dopuściła na sam szczyt. Po tym wszystkim sunęliśmy powili w stronę Skał Pastuchowa na wysokości 4600 mnpm by nauczyć się chodzić, oddychać na wysokości i nie dać się pokonać tak łatwo.
Słońce nas liznęło po twarzach. Zadyszka lekko dawała się we znaki, pojawił się też ból głowy. Dziewczyny w takich sytuacjach wygrywają po nie było po nich wcale widać objawów choroby wysokościowej. Piliśmy i piliśmy herbatę i nie mogliśmy się napić. Woda pozbawiona mikroelementów, jest tak jałowa, że nie można nią szybko zaspokoić pragnienia. Tego wieczoru nadeszły niepokojące SMS zapowiadające pogorszenie pogody. Dlatego postanowiliśmy skreślić z planu aklimatyzacyjnego jeden dzień i zaatakować Elbrusa wcześniej. Znowu słońce zaszło szybko i spadł grado-śneżek, który zamarzł na namiocie. Całą noc sypało, dlatego namiot stawał się przez to mniejszy i co jakiś czas musieliśmy otrząsać jego ściany by mieć trochę miejsca na powrócenie się nie drugi bok.
Dzień Ataku Szczytowego 20.08.07
Wygrzebaliśmy się o godzinne 2.00. na śniadanie jakaś papcia śniadaniowa i kawa. Wokół tłum, zgiełk i szczękanie raków. Pogoda była świetna, dlatego rozsypaliśmy się po trawersie i każdy swoim tempem zmierzał na swój szczyt. Była zadyszka, zmęczenie i w nagrodę piękny wschód słońca. Zobaczyliśmy jak na lodowcu Tereskoł odbija się szczyt Elbrusa, który oświetliło z jednej strony słońce.
I niektórzy z nas nawet ucinali sobie małe drzemki, a sny podobno były bardzo kolorowe. Każdy inaczej znosił tą nienaturalną dla organizmu sytuację. Dziewczyny jadły chałwę i batoniki, a my tylko piliśmy.
Po trawersie wędrowali podobnie jak my również Amerykanie, Holendrzy, Niemcy, Rosjanie, Ukraińcy
i kto wie jeszcze jakie nacje, a wszyscy z nadzieją na zdobycie Elbrusa. W zasadzie to z pogodą mieliśmy niesamowitego farta bo pozostałe ekipy czekały tydzień czasu na jej poprawę a my wszystko z marszu.
30 kroków i postój , wyregulowanie oddechu a potem znowu 30 i tak w nieskończoność.
Na przełęczy widać, że to ostatnie podejście, jest ostre i wymaga włączenia tych ostatnich sił.
I może jest tak trudno bo wszystko wdać jak na dłoni tylko dwa zakręty i pole śnieżne i ten upragniony szczyt. Każdy z nas inaczej przeżywał tą chwilę . Dla mnie to była czysta euforia i strzał endorfiny prosto w mózg. Miejsce gdzie śnieg, mróz i wiatry przegrywają z bezkresnym błękitem nieba i słońcem jak gigantyczna pomarańcza. Wiadomo że nie zawsze tak jest sielankowo ale dla tej jednej, jedynej chwili warto podjąć wyzwanie.
Uzmysłowiłem sobie, że dobra atmosfera w zespole jest cholernie ważna rzecz. Nie można się żreć, bo kiedy pogoda daje ci w kość może być naprawdę bardzo trudno i zła atmosfera może zniszczyć całą radość a i doprowadzić czasem do tragedii. Mam nadzieję, że to nie ostatnia nasza wspólna wyprawa. Bo są jeszcze wciąż takie miejsca, gdzie bardzo nas ciągnie choć wiadomo, że nie będzie łatwo. Powiadają że "od gór lepsze mogą być tylko góry". Niech ta myśl przyświeca każdemu z nas kiedy spotkamy się poza horyzontem...
spisała (DOA)
zdjęcia- Piotr Bujalski, Wiktoria Kosobudzka, Zbyszek Bak
Zobacz zdjęcia:
Rosja
Rosja - wybierz obszar, który cię interesuje:

Zaloguj się
Przyłącz się do społeczności miłośników podróży
Twój profil
Wyloguj
























