Reportaż z dżungli Gór Kardamonowych w Kambodży.
W ostatnim bastionie Czerwonych Khmerów
Andriej2007-11-05 12:15:03
Wyświetlono razy (ostatnio: )
Ocena 3.40 z 5.00. 5 głosów oddanych
Tak byłoby najrozsądniej, tak jak piszą w podręcznikach survivalu, tak jak radzili doświadczeni traperzy.
- Zaraz hamaki! - krzyczy Pat i nerwowo pogania.
Trudno. To oni tu się znają najlepiej. Resztkami sił wspinamy się stromym zboczem w zupełnej już ciemności, nie widząc po czym stąpam. W kompletnym amoku wspinamy się grząskim zboczu, wpadamy na konary, wleczemy się na czworakach, cali w błocie i pajęczynach. Cuchniemy. Sam nie wiem czy w dżungli prócz pijawek wsysających się nawet przez dziurki na sznurówki, przytłaczającej wilgotności i duchoty bardziej nie dokucza permanentne cuchnięcie, wzrastające z dnia na dzień i absolutna niemożliwość jego zwalczenia.
Zatrzymujemy się na zboczu. Dopiero kiedy zapalają papierosa widzę ich twarze. Wpierw długo milczą. Później chyba się kłócą i klną. Z całymi twarzami w błocie wyglądają na wyczerpanych. Mnie jest już chyba wszystko jedno.
- Jest bardzo niedobrze - patrzy na mnie wreszcie Pat, dodając od razu - noc tutaj, na ziemi.
Nie mogę już z pragnienia odkleić warg. Nie ma nic do jedzenia, wszystko zostało w obozie. Układamy na ziemi liście. Teraz trzeba zapalić ognisko. Jak nie będzie ognia zamarznę na kość. Jestem cały mokry, a w Górach Kardamonowych noce są bardzo zimne.
Rozpalamy ogień piętnaście minut, pół godziny - bez rezultatu. Czy mam świeczkę w plecaku? Jeśli nie mam, nie rozpalimy - wszystko jest mokre. Nie pomaga nawet rozłupywanie drewna na bardziej suche kawałki. Mam! Układam się równolegle do stoku jak najbliżej ognia, jak najdalej od otaczającej gęstwiny. Wokół wszystko jest grząskie, mokre, oślizgłe. Zaczyna się nocny koncert - szelesty, trzaskania, otarcia, świsty i hukania, raz bliżej, raz nieco dalej, raz cicho, zaraz agresywnie tuż za nami, wyczuwalne skradanie się po nodze pijawek i zanikająca powoli świadomość. Nie mogę przestać myśleć o fakcie, że żyje tu kobra królewska. Słyszałem od tubylców przeróżne historię. Tu zabiła kogoś dziadka, tam wujka. I o pytonie - grubym jak moje udo, długim na parę metrów, na którego prawie najechałem motorem w drodze do Srae Kan. Podnoszę się, żeby zmienić ułożenie. Jest mi niewygodnie. Jak to? Już pierwsza w nocy? Wycieńczenie daje znać o sobie. Dokładam do ognia i budzę z wielką ulgą dopiero o świcie.
Ten sam wzrok
Ostatniego dnia wstajemy długo przed świtem z zamiarem dotarcia do drogi skąd jeżdżą ciężarówki na południe. Już po kilku minutach jazdy lądujemy w błocie. Świta, jest rześko i świeżo. Pachnie rankiem jak na dawnej polskiej wsi. O świcie wszyscy są już na nogach, jakby było już co najmniej południe. Mijamy woły, te same chaty, ogniska przed zagrodami, te same zastygłe, chude twarze wkomponowane w niezmienne tło, zastygłe usta i oczy, które intrygują najbardziej, patrzące beznamiętnie na dziwnego przybłędę, oczy i wzrok, który intryguje od berberyjskich wsi w Afryce przez hinduskie ulice i khemrskie miasta, wzrok i sposób patrzenia, który intryguje w całym szerokim pasie Ziemi, wzrok miliardów ludzi, siedzących na ciepłych od słońca asfaltach, taboretach, drewnach, blachach i gzymsach, tak samo wpatrzone nie wiadomo w co i po co, nie wiadomo czy gdzieś w dal, czy gdzieś bardzo blisko, jakby przygniecione ciężkim słońcem, wydawałoby się wyrażające absolutną apatię i marazm, mieszankę dumy, nieufności, nienawiści i bojaźni, pogodzone z tym, co było i tym co jest, jakby pogodzone z tragiczną przeszłością i niepewnym jutrem na przedpolu jednej z ostatnich terra incognita na Ziemi.
Andrzej Muszyński
Zobacz zdjęcia:
Kambodża
Kambodża - wybierz obszar, który cię interesuje:

Zaloguj się
Przyłącz się do społeczności miłośników podróży
Twój profil
Wyloguj























