Istambuł 2007
P. Grzanka i P. Herla Wyświetlono: 1499 razy 2007-08-29 21:34:25![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:2.36 (91 głosów) |
Rowerowa podróż do Istambułu.
Informacje o wyprawie
...Koniec pierwszego dnia. Paweł jechał przede mną. W pewnym momencie straciłem go z oczu i na jednym z rozjazdów nie wiedziałem, którą drogę wybrał. Zdecydowałem się jechać dalej, aż do Frydek-Mistek. Na miejscu dostałem od Pawła Sms-a z zapytaniem gdzie jestem. Nie mogłem odpowiedzieć, bo moja komórka odrzucała każdą próbę wysłania wiadomości. Zastanawiając się co zrobić, zacząłem krążyć ulicami tego liczącego około 60 tysięcy mieszkańców miasta. Zrządzeniem losu, po pewnym czasie natrafiliśmy na siebie na jednej z ulic. Wyjechaliśmy poza miasto i w całkowitych ciemnościach, jedynie z pomocą lampek rowerowych, rozbiliśmy nasze pierwsze obozowisko. Licznik przy rowerze Pawła pokazywał, że przebyliśmy 140 km.
Był to pierwszy (choć nie ostatni) podczas podróży przypadek, gdy zgubiliśmy się nawzajem.
Gdy zbliżaliśmy się do Jeziora Szkoderskiego w Albanii było już ciemno. Jednak na ulicach trwała zabawa i muzyka. Wszystko wokół tętniło życiem. Choć jechało się bardzo dobrze, w ciemności nie widzieliśmy dobrze drogi. Mijające nas samochody i motocykle często nie miały włączonego oświetlenia. W pewnym momencie zorientowaliśmy się, że jezioro jest nie po tej stronie po której powinno być według mapy, innymi słowy - jedziemy złą drogą. Zatrzymaliśmy się by znaleźć miejsce na rozbicie namiotu. Właściwej drogi postanowiliśmy poszukać następnego dnia.
Już drugiego dnia podróży spotkał nas bezinteresowny przejaw życzliwości. Otóż w mieście Frenstadt pewna starsza pani, dowiedziawszy się dokąd jedziemy, ofiarowała nam na drogę opakowanie Halsów. Potem poszła jeszcze do sklepu, aby po chwili zjawić się z kolejnym podarunkiem - koszykiem truskawek. Takie gesty od przypadkowo napotkanych ludzi spotykały nas niejednokrotnie. W Turcji byliśmy częstowani kawą, oraz "çay” czyli czarną herbatą serwowaną w charakterystycznych, małych, zaokrąglonych szklaneczkach a Paweł dostał nawet... spory kawałek słonego twarogu.
Kiedy wyjeżdżałem z Polski postanowiłem spróbować jak najwięcej potraw, których u nas się nie podaje. W Czechach, w Breclaviu usilnie starałem się znaleźć restaurację serwującą tradycyjną czeską kuchnię. Niestety, ostatecznie „wylądowaliśmy” tam w wietnamskiej knajpie... Paweł był w pod wrażeniem wypiekanych w Czechach drożdżówek, przede wszystkim tych na słodko. Trudno mu się dziwić, bo rzeczywiście były doskonałe.
Będąc w Słowenii jeden z obiadów jedliśmy w przydrożnej restauracji. Miałem ochotę skosztować tamtejszej specjalności – gulaszu z koniny.
| Oceń relację |
TurcjaWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju





























