OLSZTYN – LWÓW - KRYM - OSTRÓDA

Michu84 Wyświetlono: 1946 razy 2007-05-12 22:18:29
  Ocena:3.77181208054 (149 głosów)


KRYM_MAJ 2007
Był koniec marca 2007 roku. Zastanawiamy się, gdzie by tu można było pojechać na ten długi weekend majowy. Pierwotnie padło na południową Szwecje i w dodatku na wycieczkę rowerową. Za kilka dni coś mnie uderzyło i myślę sobie, "Dlaczego nie Ukraina?!", "Dlaczego nie Krym?!". Szybko sprzedałem pomysł Łucji. No i się spodobał. Od tej pory trzeba było myśleć poważnie o tej wyprawie. Wszedłem na neta, wpisałem w wyszukiwarkę hasła "Ukraina i Krym". Po chwili wyświetliło się mi dużo różnych artykułów na ich temat (m.in. www.odyssei.com). Już w latach wcześniejszych chciałem odwiedzić Krym, ale jakoś się nie zebrałem i to miała być moja pierwsza wycieczka na Ukrainę. Dobrze się składało, bo od początku roku, we Lwowie pracował mój wujek Damian. Mieszka tam tymczasowo ze swoja rodziną. To był dobry punkt zaczepienia pod wieloma względami. Przy okazji Świąt Wielkanocnych spotkaliśmy się z nim i w expresowym tempie wypytaliśmy go o kilka cennych informacji, jakie potrzebne nam były przed wyjazdem. Od tej pory jeszcze raz, po rozmowie z Damianem przemyśleliśmy całą wyprawę i zaplanowaliśmy cały wyjazd.
W końcu nadszedł 27 kwietnia - dzień, w którym wszystko się zaczęło. Naszą podróż rozpoczęliśmy z dwóch miejsc. Łucja wsiadała w Olsztynie, a ja dołączyłem do niej w Olsztynku za 20 min. Oczywiście jechaliśmy pociągiem. Po 3,5 h o 21'30 byliśmy w Warszawie. Tam mieliśmy zaplanowany nocleg u mojego brata, a w sobotę rano o 07'10 ruszyliśmy do Przemyśla. Na miejscu byliśmy o 14'15. Z Przemyśla mieliśmy jechać bezpośrednim autobusem do Lwowa. Ze względu na zbliżający się weekend majowy zabrakło nam biletów. Trzeba było sobie radzić w inny sposób. Kilka metrów dalej stały busy, które jechały do przejścia granicznego w Medyce. Szybko wymieniłem 50zł na hrywnie ukraińskie, żeby mieć na dalszą podróż do Lwowa. W końcu wsiadamy do auta i jedziemy za 2zł do przejścia granicznego. Tutaj miała się zacząć nasza przygoda z Ukrainą (się zaczęła się). Granicę od strony polskiej przekroczyliśmy w 5 min, potem szliśmy długim chodnikiem do ukraińskiej strony. Tam czekała na nas nie mała kolejka. Ukraiński celnik rozdawał wszystkim do wypełnienia takie małe karteczki, gdzie podawało się różne dane o sobie i celu podróży. Za około godziny byliśmy już po drugiej stronie granicy udaliśmy się w poszukiwaniu transportu do Lwowa. Teoretycznie miało nie być łatwo, bo ani Łucja ani ja nie znaliśmy ich języka (chociaż w tej części Ukrainy nie ma większych problemów z porozumiewaniem się po polsku). Największy problem sprawiały nam ich litery. Przed samym wyjazdem Łucja trochę się pouczyła znaków pisanych cyrylicą, ale to i tak nie dawał nam odpowiedniego komfortu. W rezultacie nie było żadnych problemów. Widzimy, że podjeżdża mały autobus, wysiadają ludzie, a następni wsiadają. Wśród wsiadających było dużo Polaków, więc zapytaliśmy się jednego z nich gdzie jedzie ten autobus. Na szczęście jechał do samego Lwowa, a bilet kosztował 10 hrywni od osoby. W autobusie panował niesamowity ścisk, przy czym było bardzo duszno i gorąco. Nie było już dla nas miejsc siedzących, więc do samego Lwowa jechaliśmy na stojąco lub na "stojąco pod skosem". Na miejsce jechaliśmy ok. 1,5h, a na placu przy dworcu kolejowym czekał na nas mój wujek. Lekko zmęczeni podróżą pojechaliśmy z nim do domu. Pociąg na Krym mieliśmy w poniedziałek o 9'45, więc chcieliśmy całą niedziele przeznaczyć na zwiedzanie miasta. I tak zrobiliśmy. Do wieczora zwiedzaliśmy miasto, m.in. cmentarz Orląt lwowskich, odwiedziłem kantor i tam wymieniliśmy resztę pieniędzy na dalszą podróż, a o 18 poszliśmy do kościoła na msze. Potem jeszcze wpadliśmy do kawiarni na gorącą czekoladę z koniakiem i na kawałek torcika z owocami. W mieszkaniu Damiana byliśmy już po zmierzchu. Zjedliśmy kolacje, wykąpaliśmy się i poszliśmy spać bo rano czekała na nas bardzo długa podróż na południe kraju. Wstaliśmy przed 8 rano i na szybkiego zaczęliśmy się pakować do dalszej podróży. O 9 byliśmy na dworcu bo chcieliśmy kupić bilety powrotne z Krymu, bo tam mogło by być za późno na to. Bilety w tamtą stronę mieliśmy już kupione tydzień wcześniej. Wysłaliśmy Damianowi maila z naszymi danymi i on nam kupił. Teoretycznie potrzebne były nasze paszporty, ale obeszło się bez nich. Mieliśmy do wyboru trzy rodzaje miejsc w pociągu. Wybraliśmy cos pośredniego dla nas - średni komfort i średnia cena. Był to wagon typu "kupiejnego" (kupe) - przedziały czteroosobowe z miejscami sypialnymi. Taki bilet ze Lwowa do Symferopola kosztuje 125 hrw, czyli ok. 75zł. Udało nam się kupić tu we Lwowie bilety powrotne. Czas, żeby udać się do pociągu. Wraz z nami w przedziale jechał gość (ok. 30lat). Za jakieś dwie godziny dosiadł się jeszcze młody chłopak, który jechał z nami do samego końca. Warto jeszcze wspomnieć, że każdy wagon w pociągu ma swojego konduktora, tzw. prowadnika. Opiekuje się on wszystkimi pasażerami, w dosłownym słowa znaczeniu. Po ruszeniu pociągu rozdaje każdemu pościel, za którą już nie trzeba płacić jak to było do tej pory. U prowadnika można kupić piwo, ciepłą wodę, a nawet byłem świadkiem jak robił pasażerom kawę czy herbatę. W naszym wagonie trafił się sympatyczny prowadnik (podobny do smerfa) ubrany w śmieszne ciuszki i jeszcze śmieszniejszą czapkę. Jedziemy tak jedziemy i trzeba było się czymś zająć bo na miejsce mieliśmy dojechać za 25 godzin. Śladami naszego współpasażera poszedłem do prowadnika i kupiłem dwa piwka dla nas. My wypiliśmy po jednym, a ten gostek jakoś zaciągnął i pił jedno za drugim. W miedzy czasie nawiązałem z nim rozmowę na temat tego gdzie jedziemy itd. Zaoferował się pomóc nam w znalezieniu noclegu na Krymie. Po kilku telefonach nie znalazł nam nic konkretnego, ale dał nam jakiś numer gdzie moglibyśmy zadzwonić i się dowiedzieć o spanie. Wziąłem ten numer, chociaż doskonale wiedziałem, że z niego nie skorzystam, bo przecież nie znałem rosyjskiego, a na Krymie rozmawia się właśnie w tym języku. Po kolejnym browaru ziomek padł, nie dał rady. Normalnie wszystko by było w porządku, gdyby nie jeden mały fakt. Facet tak głośno chrapał, że było go słychać w sąsiednich przedziałach. Nie wiem jak inni pasażerowie, ale ja myślałem, że niewytrzymie. Nie mogę zasnąć jak ktoś chrapie. Krzyczę do niego: "Gościu malinowy z rybackiej wioski, przestań tak hałasować", ale on najwyraźniej mnie nie rozumiał i dawał dalej. Co kilka godzin pociąg zatrzymuje się na dłuższe postoje, nawet 20-30min. Jest to okazja do kupienia sobie jakiegoś jedzenia, w przypadku gdy nie wzięliśmy ze sobą. Po peronach chodzą panie i sprzedają owoce, wyroby własnej roboty i takie tam podobne rzeczy z regionalnej kuchni ukraińskiej. My nie skusiliśmy się na tego typy jedzonko, bo ja jakoś mam dziwne podejście do takich wyrobów, ale jak ktoś lubi takie rzeczy to tam będzie mógł się zaopatrzyć do woli. W końcu nadeszła noc i trzeba było się położyć spać. My mieliśmy miejsca na górnych kuszetkach, ale i tak skorzystaliśmy z jednej i spaliśmy razem. Nie było ciasno, ale luźno ani wcale. Czasami tak trzeba. O 10'20 we wtorek dojeżdżamy na miejsce do Symferopola. Tam czekały na nas następne wyzwania i niespodzianki. Długim peronem idziemy za tłumem w stronę dworca. Od momentu, kiedy wyszliśmy z dworca zaczęło się to, o czym czytaliśmy w różnych opisach i relacjach. Od razu podchodziło do nas masa taksówkarzy proponując transport. Wiedziałem, że nie ma co się na to zgadzać, bo strasznie naciągają turystów. Według planu chcieliśmy znaleźć zakwaterowaniu w Ałuszcie. Jest to małe miasteczko położone nad samym morzem na drodze do Jałty. Z Symferopola jeżdżą tam trolejbusy po najdłuższej w Europie linii. Po kilku minutach szukania znaleźliśmy przystanek, skąd odjeżdżają te trolejbusy. Tam mieliśmy pierwsze, poważne starcie z językiem rosyjskim, którego nie kumaliśmy. A trzeba było odszukać odpowiedni pojazd. Zapytałem kierowcy czy ten trolejbus jedzie do Ałuszty - on odpowiedział, że tak. No to poprosiłem o dwa bilety. Sam już nie pamiętam jak to zrobiłem, ale pamiętam, że się udało. Bilet kosztował 6 hrw od osoby. Jak na tak długą trase (45km) to wydaje się mi, że to groszowa sprawa. W związku z tym, że droga, która prowadzi do Ałuszty jest bardzo kręta i wiedzie przez pasmo górskie, trolejbusy jeżdżą bardzo wolno, co wydłuża znacznie czas dojazdu na miejsce. Warto tez wspomnieć, że na Ukrainie zatrzymuje się wszelką komunikację poprzez kiwnięcie ręką. Tak też, bardzo często zatrzymywaliśmy się zabierając kogoś na pokład. W pewnym momencie zabraliśmy turystów, którzy schodzili z gór ze szczytu Czatyrdah - tego z sonetów Mickiewicza. Droga była naprawdę piękna i robiła wrażenie. Po 1,5h jazdy jesteśmy w Ałuszcie. Wysiadamy i myślimy o jakimś noclegu. Na marginesie mówiąc, nie musieliśmy za długo się zastanawiać. Po dosłownie kilku sekundach podchodzi do nas jakaś babka i cos do nas mówi. Początkowo nie rozumieliśmy, ale gdy podeszła następna, a potem jeszcze kilka innych to zaczęliśmy kumać o co im chodzi. Rozchodziło się o to, gdzie mieliśmy spać. Mieliśmy straszny mętlik w głowach, bo każda krzyczała coś innego, inne ceny (w dolarach). Zwróciłem uwagę na jedną z nich bo zaproponowała nam spanie za 10$ za noc za nas dwoje. Już chciałem się zdecydować na ta ofertę, ale musiałem zapytać jeszcze czy jest ciepła woda. Ona mi na to - "DA". No to ja uśmiechnięty kiwnąłem głową i poszliśmy za nią na miejsce. Za jakieś 3 min byliśmy na miejscu. Mieliśmy własny, zamykany na klucz dwuosobowy pokój, dostęp do lodówki, kuchni i łazienki w nawet niezły standardzie jak na tamtejsze warunki (z ciepłą wodą 24/dobę). Przykładowo we Lwowie większość mieszkań ma wodę tylko dwa razy na dzień (7-9 i 17-19), a ciepłą dwa razy w tygodniu. Dlatego tak byliśmy podekscytowani tą ciepłą woda przez cały czas. Za trzy doby, jakie planowaliśmy tam zostać zapłaciliśmy 30$ za nas dwoje. Przecież to śmiech na Sali, niecałe 90zł za trzy doby. To był nasz drugi finansowy sukces na Ukrainie, bo zakładaliśmy wydać ok. 300zł na spanie. Zapłaciliśmy z góry i zaczęliśmy się rozpakowywać. Chwile odpoczęliśmy i o jakieś 14 ruszyliśmy na podbój miasta. Instynktownie kierowaliśmy się ku morzu Czarnemu. Za pół godziny różnymi drogami trafiliśmy na miejsce. Pogoda nie koniecznie sprzyjała spacerom po plaży, ale mimo pochmurnej, wietrznej i niezbyt ciepłej pogody wtargnęliśmy na kamienistą plażę. Skierowaliśmy się w stronę miasta i powoli podziwiając widoki szliśmy ku centrum. Doszliśmy na główny bulwar nadmorski miasta. Zaczyna bardziej wiać, trochę kropi deszcz, ale ludzi wciąż bardzo dużo. Po chwilowym odpoczynku poszliśmy w głąb miasta w kierunku naszego mieszkania. Byliśmy już bardzo głodni i spragnieni jakiegoś ciepłego jedzonka. W centrum miasta nie znaleźliśmy już żadnego ciekawego lokalu, gdzie można by coś zjeść ciekawego. Podążając za instynktem znaleźliśmy supermarket. Wiedząc, że mamy do dyspozycji kuchnie, postanowiliśmy, że sami coś ugotujemy sobie na kolacje. Szybko padło na spaghetti. Kupiliśmy odpowiednie rzeczy, do tego zaopatrzyliśmy się w napoje, owoce, jogurty, batony, wędliny, pieczywo i słodkości w postaci eklerek i takich dziwnych ciastek w kształcie kulek, nadziewanych toffi (mniam). Zapłaciłem za to chyba 60hrw. Z pustymi żołądkami szybko poszliśmy do domu. Zjedliśmy po bananie i udaliśmy się do kuchni robić spaghetti. Nie było łatwo. Kuchnia nie było za dobrze wyposażona, a wszystko było niedomyte i tłuste po naszych poprzednikach. Wspólnymi siłami udało się coś ugotować. Sos był nie najwyższych lotów, ale dało się zjeść, przynajmniej było ciepłe i syte. Na deser coś słodkiego i czas na prysznic (w ciepłej wodzie). Kiedy byliśmy już najedzeni i umyci po bardzo długiej podróży to przyszedł czas, żeby się w końcu położyć. Jak bywało wcześniej, od położenia do zaśnięcia mijało kilka dobrych godzin. Późnym wieczorem zasnęliśmy, żeby o 8 rano wstać i ruszać na dalszy podbój Krymu. Środa, 8 rano, dzwoni telefon, trzeba wstawać (uwierzcie, nie było łatwo). Patrzymy za okno a tam wbrew zapowiedziom pogody, która zapowiadała słońce, padał deszcz i nie było za ciepło. Pierwotnie planowaliśmy jechać do Sudaku i okolic, ale ze względu na tą pogodę zdecydowaliśmy się, że pojedziemy do Jałty. Poszliśmy na przystanek, gdzie odjeżdżały trolejbusy i "marszutki" do Jałty. Padał deszcz, pogoda nie zachęcała do wycieczek, nie nadjeżdżał żaden autobus, więc zdecydowaliśmy się na marszutkę, która jechała do Jałty. W przeciwieństwie do naszych polskich "busików" tamte były zadbane, czyste i w dodatku trafiliśmy na takiego, w który był telewizor i leciał właśnie film "Transporter" (po rosyjsku). Za bilety zapłaciliśmy po 8 hrw. W deszczu, krętymi drogami, wzdłuż wybrzeża morza dojechaliśmy do Jałty. Staliśmy na dworcu autobusowym nie wiedząc, co ze sobą zrobić w taka pogodę. Po kilku minutach zauważyliśmy grupkę Polaków, którzy szykowali się na jakiś wyjazd. Podszedłem do nich i zapytałem czy nie wiedzą jak dojechać do pałacu, w którym miała miejsce "Konferencja jałtańska". Nie bardzo wiedzieli jak nam pomóc, każdy miał inna teorie na temat jak tam dojechać. Spytałem co oni kombinują. Właśnie wsiadali do marszutki, która jechała na szczyt góry, z której mieli zjechać kolejką w dół. Po chwili namysłu z Łucją, postanowiliśmy, że jedziemy z nimi. Jak się potem okazało, to był strzał w dziesiątkę. Było ich chyba 11, każdy po piwku albo nie po jednym i nas dwoje w całym busie. Po kilku minutach ruszamy w drogę na szczyt. Za tą wycieczkę trzeba było zapłacić po 15hrw. Droga okazała się niezwykle ciekawa. 50 minut cały czas pod górę, serpętyny jak w Alpach, widoki na morze. Tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć. Droga była piekna, a dodatkowo całą podróż ta cała ekipa z Polski śpiewała głośno polskie patriotyczne piosenki. Non stop, ile mieli sił w płucach. Ciekawe przeżycie (polecam). Dojeżdżamy na szczyt, a tam śnieg mgła taka, że widoczność ograniczona jest do minimum i w dodatku zimno jak w kieleckiem. Wysiadamy z samochodu, a tam wielbłądy, małe niedźwiedzie, koleś z sokołem na reku, którego trzymałem na ręku. Do tego pełno różnych rzeczy jeszcze z wojny i regionalnych wyrobów. Kupiliśmy bilety na kolejkę (20hrw/os.) i wsiedliśmy do wagoniku. Tego dnia mieliśmy pecha, bo mgła w szczytowych partiach gór była jak mleko -gęsta i nic nie było widać. Ruszyliśmy w dół w ciemno, nie wiedząc gdzie jedziemy. Na szczęście po chwili w miarę jazdy do dołu, mgła ustąpiła i ujrzeliśmy niesamowite widoki na góry i morze. Po bardzo ciekawej przejażdżce byliśmy na dole i wynajęliśmy auto do Jałty za 5hrw/os. Oczywiście całą drogę powrotną uśmieliśmy się co nie miara. Po 20 min dojechaliśmy do centrum Jałty i wysiedliśmy pod pomnikiem Lenina. Pożegnaliśmy się z ekipa z Polski i ruszyliśmy w stronę głównego bulwaru nad morzem. Tam właśnie ujrzeliśmy pierwsze palmy, bo już myślałem, że to żart z nimi na tym Krymie. Po chwili ujrzałem wyłaniające się zza drzew wielkie żółte "M" - to był McDonalds. Od dziecka nie cieszyłem się tak na jego widok tak jak wtedy. Udaliśmy się na początek na spacer bulwarem wzdłuż morza. Kiedy się skończył poszliśmy dalej wdłuż wybrzeża przez przepiękne parki, aleje mijając ekskluzywne hotele Jałty. Wracając nie obeszło się bez wizyty w Mac'u. Olbrzymia kolejka po cieplutkie burgery. I w końcu trafiłem na kogoś kto trochę chociaż rozumie angielski i złożyłem zamówienie w tym języku. Generalnie ceny SA podobne jak w Polsce tylko nie mają czegoś takiego jak "strefa niskich cen". Najedliśmy się jak mały Kazio i w pełni usatysfakcjonowani skierowaliśmy się na przystanek, żeby złapać jakiś trolejbus do Ałuszty. Jednak nie złapaliśmy, więc wsiedliśmy do marszutki za 10hrw/os. Usiedliśmy na siedzeniach obok kierowcy. I wtedy przeżyliśmy następna przygodę. Kierowca najprawdopodobniej wskazywał na spożycie. Nie patrzył na drogę, zamykał oczy i miał dziwny styl jazdy. Było śmiesznie, ale troszkę niepewnie. Późnym popołudniem byliśmy w Ałuszcie w naszym apartamencie. Nie jedliśmy już nawet kolacji, bo Mac nakarmił nas na maxa. Zjedliśmy tylko trochę słodkości i jakieś owoce. Wstyd może się przyznać, ale nie mieliśmy najmniejszej ochoty na porządny prysznic. Zmęczenie było tak duże, ze tylko ograniczyliśmy się do umycia powierzchownego i zębów. I w końcu ukochane łóżko, kładziemy się spać. Mimo chęci, jak zawsze zasnęliśmy dopiero kilka godzin po położeniu się. Komórka nastawiona na wczesną, poranną godzinę, bo jutro ruszamy w daleką podróż do Sudaku i Nowego Świata. Jest czwartek rano, ok. 07'30 dzwoni telefon i trzeba wstać. Nie było łatwo, gdzieś po ósmej byliśmy dopiero na nogach. Łucja zrobiła szybkie śniadanko i o 9 ruszyliśmy w strone dworca w poszukiwaniu jakiegoś transportu do Sudaku. Z Ałuszty drogą prowadzącą wzdłuż wybrzeza jest ok. 80-90km. Pogoda dużo lepsza niż wczoraj, słońce, bezwietrzna, w sam raz na wycieczkę. Wczesniej, w jakiś opisach w necie wyczytałem, że odjeżdżają stąd autobusy i marszutki do Sudaka. Nam jednak nie udało się znaleźć odpowiedniego transportu. Byliśmy lekko rozczarowani tą sytuacją. Trzeba było szukać czegoś alternatywnego. Wsiedliśmy do trolejbusa, który zawiózł nas w 1,5 h do stolicy Krymu - Symferopola. Stamtąd było już ok. 100 km do Sudaku. Szukamy więc autobusu lub czegoś innego. I znów się nieudało. Nie było niczego, co mogło nas zawieźć na miejsce. Pełni rozczarowania udaliśmy się w stronę McDonalds'a, który jest tuż koło dworca. Nagle słyszymy, że jakiś pan krzyczy, że jedzie do Sudaku. Zapytałem czym tam jedzie i za ile. Okazało się, że to był zwykły taksówkarz. Zaproponował na, że zawiezie nas za 30hrw od osoby. To była nawet niezła oferta, zważywszy na to, że nie mieliśmy zbytnio innego wyjścia. Jego taksówka to czarna łada samara z kiczowatym spojlerem na tylnej klapie bagażnika i oczywiście jak większość aut na Ukrainie z przyciemnianymi szybami (łącznie z przednią). Jechało z nami jeszcze dwóch kolesi, których taksiarz zebrał jeszcze przed nami, żeby mieć komplet w aucie. Była gdzieś 12 i w końcu ruszyliśmy do Sudaku. Początkowo droga była idealnie prosta i prowadziła przez równinne tereny. Dopiero jakieś 20 - 30 km przed Sudakiem zaczęły się góry i droga stała się bardziej kręta. Pogoda cały czas była idealna i o 13'30 dojechaliśmy do miasta. Zapłaciliśmy i gość zostawił nas na przystanku, gdzie mieliśmy złapać marszutkie do Nowego Świata. Minęła minuta i nadjechała, kiwnąłem ręką i się zatrzymała. Za 2 hrw zawiozła nas na miejsce. Droga liczyła jakieś 6 km i była niesamowicie ciekawa. Prowadziła krętymi, wąskimi drogami wzdłuż morza Czarnego. Byliśmy bardzo zadowoleni, że jakoś dojechaliśmy do tego miejsca. Trochę długo nam to zajęło, ale było warto. Nowy Świat to zupełnie inny klimat i roślinność niż w innych częściach Krymu, a nawet nie taki jak w Ałuszcie czy Jałcie. Znów instynktownie skierowaliśmy się ku morzu. Prowadziło tam kilka, pięknych alejek. Doszliśmy do morza, a następnie skierowaliśmy się w prawo w kierunku parku krajobrazowego. Po chwili byliśmy na miejscu. Za wstęp trzeba było zapłacić. Jak dobrze pamiętam to 9 hrw/os. Ale już po chwili wiedzieliśmy, że warto było tu przyjechać i zapłacić za tą podróż. Krystalicznie czyste morze, klify. Ścieżka prowadziła cały czas na skraju gór. Robiło się coraz cieplej. Klimat iście jak na morzu Śródziemnym. Cały czas oczywiście robiłem mnóstwo fotek, bo nie mogłem wyjść z wrażenia jak tam było pięknie. Szliśmy tak z 15 minut, aż doszliśmy do miejsca, gdzie można było odpocząć nad samą wodą. Morze o dziwo było ciepłe jak na tą porę, miało z 15 stopni. Gdyby nie fakt, że nie miałem odpowiedniego stroju do kapania, to już bym tam się skusił na pływanie, bo w podobnej temperaturze kąpałem się już w Bałtyku. Po chwili odpoczynku i kilku fotkach ruszamy dalej. Idziemy jakieś 100m ścieżką i zauważam, że nie ma sensu iść nią dalej jak wszyscy. Zgodnie z własnym instynktem poszliśmy short cut'em. Nie było lekko, bo nasze obuwie zupełnie się nie nadawało na szutrowe sypkie ścieżki. Ale do odważnych świat należy i daliśmy radę. W końcu doszliśmy do szczytu, na który zmierzaliśmy. No i co? Totalny odjazd. Niesamowity widok na wszystko. Morze, góry, piękne plaże, śródziemnomorska roślinność. Czego chcieć więcej. Znów kilka fotek i ruszamy z powrotem do miasta bo mieliśmy napięty harmonogram dnia. Potem szliśmy około pół godziny bardzo ciekawymi ścieżkami do miasta, gdzie czekaliśmy na autobus powrotny do Sudaka. Czekaliśmy jakieś 15 min i autobus nadjechał. Za dwie hrywny zabrał nas do miasta. Nie dojechaliśmy do samego centrum. Na obrzeżach miasta wysiedliśmy aby zwiedzić jeszcze jeden punkt naszej wycieczki do Sudaka. Znajduje się tam Twierdza Genueńska z XV wieku. Wstęp kosztował 12hrw/os. Naszym docelowym miejscem tej twierdzy był jej szczyt. Jak już gdzieś wcześniej wspomniałem, nie zawsze lubię chodzić głównymi szlakami. Tak więc i teraz nie poszliśmy tak jak wszyscy tylko jakimiś skrótami. Tym razem zapędziłem się w kozi róg. Doszliśmy do muru, z którego nie było żadnego ruchu, żadnej drogi. Po za jedną. W półtora metrowym murze było małe okienko, przez które udało się nam przecisnąć do środka. Dalej jeszcze jednym skrótem i po chwili byliśmy na szczycie twierdzy. Znów czadowe widoki na całą okolice. Widać piękne morze, Nowy Świat i cały Sudak z licznymi winnicami na obrzeżach miejscowości. Kilka zdjęć i ruszamy na dół w kierunku wyjścia. Było już dosyć późno i spieszyliśmy się żeby złapać jakiś transport do domu. Myśleliśmy, że znajdziemy coś przy wyjściu z twierdzy, ale się pomyliliśmy. Niczego nie było. Musieliśmy pieszo iść w stronę centrum miasta. Doszliśmy do miasta, przeszliśmy kilka centrów, miasto kończy się z drugiej strony, a żadnego dworca czy postoju marszutek nie było. Trochę zacząłem się niepokoić, bo byłem pewien, że tam gdzieś musi być coś takiego (tak mi instynkt podpowiadał). Robi się coraz później, a my jesteśmy 90 km od Ałuszty gdzie mieszkaliśmy. Zaczepił nas jakiś taksówkarz i pyta się gdzie chcemy jechać. Odpowiedziałem mu gdzie, zaś on zaproponował, że zawiezie nas tam. Pytam za ile. On wyskakuje z 250ma hrywniami. No to prosto z mostu mówie, że za dużo i nie pojedziemy z nim. Jak już się zorientował, że nie namówi nas na ten kurs to powiedział nam gdzie jest dworzec autobusowy. Tak jak myślałem wcześnie, musiał być gdzieś tam gdzie szliśmy. No i był z 300m dalej. Nic to nam nie pomogło, bo nic nie jechało już w stronę Ałuszty. Jedyne co zostało do marszutka do Symferopola. Tyle, że koleś zaproponował nam, że zabierze nas za 40$ USA. Sobie myślę. Z choinki się urwał czy co. Nie dam mu tyle. Zdesperowany mówię... Jedziemy na stopa. Łucja trochę pesymistycznie nastawiona na tę opcje zaakceptowała mój szalony pomysł. Poszliśmy na trasę, która prowadziła do naszego miasta i zacząłem łapać stopa. Robiło się naprawdę późno, a nikt się nie zatrzymywał. Zrobiło się nam "gorąco". Łucja już nie śmiała się tak jak przez cały dzień. Aż tu nagle zatrzymała się Omega. Zapytałem czy jedzie tam gdzie chcieliśmy, ale on tam nie jechał... I tak wsiedliśmy, bo zawsze trochę bliżej domu. Mieliśmy podjechać z nim jakieś 10km. W drodze nawiązała się rozmowa o tym, jak dalej sobie poradzimy z dojazdem na miejsce. Wieczór zbliżał się wielkim krokiem. Wiedzieliśmy, że na żaden autobus nie mamy co liczyć. Jedyne co nam zostało to łapać stopa dalej albo sam nie wiem co. Tak się tylko składało, że droga, którą jechaliśmy nie była zbyt często uczęszczana. Aż tu w pewnym momencie kierowca proponuje, ze zawiezie nas do domu. Cieszyliśmy się bardzo do momentu, jak powiedział, że chce za tą usługę 30$. Nie było nam to na rękę, za dużo. Przez następne kilka minut targowałem się z nim nie znając przecież rosyjskiego. Mimo to, doszliśmy do 20$ i 10 hrw. Taka kwota nas satysfakcjonowała tym bardziej, że było coraz ciemniej. Po dobiciu targu ruszyliśmy do domu krętą jak nie wiem co drogą. Cały czas wzdłuż wybrzeża, coś extra. Po jakimś czasie zaczęło mnie konkretnie mdlić, ale jakoś dojechałem na miejsce bez zbędnych ekscesów. Było już na pół ciemno i w końcu dojechaliśmy do Ałuszty. Nie mieliśmy już nawet ochoty, żeby iść gdzieś do miasta na kolację. Zjedliśmy jakieś słodkości i położyliśmy się do łóżka. To był dzień pełen wrażeń, a zarazem ostatni dzień w Ałuszcie. Nadszedł piątek, musieliśmy się ostro pakować i zwijać na trolejbus do Symferopola. Za 6 hrw. dojechaliśmy pod sam dworzec kolejowy. Mieliśmy trochę czasu do odjazdu, pociąg był o 13'10, więc wstąpiliśmy do McDonalds'a, żeby się najeść przed długą podróżą do Lwowa. Było bardzo gorąco, a w pociągu nie otwierały się okna, tylko dwa na korytarzu, do których każdy się pchał. Musze jeszcze tylko wspomnieć o beznadziejnym położeniu naszego przedziału. Pierwszy z brzegu przy toalecie. Nie dajcie sobie wcisnąć tych miejscówek, bo zalatywało tam z koziej wólki. W sobotę o 14 byliśmy we Lwowie. Spotkaliśmy się jeszcze z Damianem na dworcu i ruszaliśmy dalej do granicy. Pojechaliśmy marszutką do granicy, ale z jedna przesiadką po drodze. Zapłaciliśmy podobnie jak w tamtą stronę. Na granicy spędziliśmy około godziny, bo turystów puszczano osobną kolejką. Potem okejka do Przemyśla i mamy 50 min do pociągu do Krakowa, który odjeżdżał o 18'00. Łucja poszła do kantora wymienić reszte pieniędzy jakie nam zostały, a potem poszła kupić bilety na pociąg i zająć miejsca w przedziale, bo tego dnia nie było łatwo z tym. Ja ruszyłem na miasto po jakieś jedzenie. Byliśmy strasznie głodni. Znalazłem pizzerie na mieście i zamówiłem dwie duże pizze na wynos. Kupiłem jeszcze sok, jakieś ciacha i na styk zdążyłem do pociągu. Po takiej długiej podróży to było coś. Najedliśmy się jak nigdy. W pociągu jechaliśmy z fajna ekipą, która też wracała z Ukrainy. W Krakowie przesiedliśmy się w pociąg do Olsztyna i o 6 rano byliśmy w Ostródzie, bo tam wysiadaliśmy.
Tak właśnie wyglądała nasza wyprawa na Krym. Cały wyjazd kosztował nas ok. 1000 zł. Wydaje mi się, że można tyle wydać za odjazdowe wczasy na Krymie.


Oceń relację  
Dodaj nowy komentarz
Twoje imię:
Treść komentarza:

Wpisz wynik działania z obrazka:

Komentarze

  • Krystyna / 2008-02-22
    Wyprawa opisana w zajmujący sposób,też chętnie bym się tam wybrała.
    Bardzo podobają mi się też zdjęcia z tej wyprawy,gratuluję.
  • chicken997 / 2007-08-05
    Haha fajna wyprawa, chociaż mnie trzytygodniowy pobyt na Krymie kosztował 1000 złotych a ceny przez te trz lata nie wzrosły jakoś znacząco. Trochę krótko i niewiele widzieliście, ale fajny wyjazd. Jeśli chcecie to zapraszm do mojej relacji
    Pozdo
  • lubliner / 2007-06-25
    nawet ciekawie czytalo sie...odrazu przypominaja sie moje doswiadczenia,ale oczywiscie mam uwagi...;-)mysle ze krocej wam byloby jechac przez wawe i lublin ,rawe do lwiwa...i druga -tego nie daruje wam-dlaczego jedliscie gowno z mcdonalda zamiast specyfiki ukrainskie???
  • goguta@vp.pl / 2007-05-22
    Napisane ciekawie, sama mażę o takiej wycieczce, brak mi tylko towarzystwa. Jeden minus (jak stąd do Warszawy) - ja nawet padając z głodu nie ruszę tego paskudztwa z konserwantami M-D. A jedzonko miejscowych babuszek donoszone na perony- palce lizać. Poza tym jadąc do obcego kraju warto poznać nie tylko zabytki i krajobrazy ale i kulturę której częścią są ludzie i kulinaria. Żaden tubylec nie był godny uwiecznienia?
  • Olga / 2007-05-15
    Ale się ubawiłam podczas czytania :) Świetnie napisane Misiu :) Pozazdrościłam Wam, więc Krym rezerwuję sobie na wakacje!
  • kasiulka / 2007-05-15
    no widze, ze musialo byc bardzo milo. swietny artykuł i zdjecia rowniez. chetnie sie wybiore.
  • Jarek / 2007-05-15
    Myślę że to była super wycieczka. Na pewno wezmę z nich przykład i pojadę tam gdzie Oni.
  • xxxx / 2007-05-15
    nie powiem ale to jest switne, do tego ten magiczny jezyk. naprawde to musiala byc swietne wycieczka. mam nadzieje, ze kiedys i mi bedzie dane tam jechac.
UkrainaWybierz obszar który Cię interesuje

UkrainaChcesz wiedzieć więcej?
Zadaj Pytanie
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju
Bitwa na Komentarze

  • Relacji z podrózy: 16871
  • Zdjęć: 116516
  • Podróżników: 22336
  • Porad: 18796
  • Postów: 84165
  • Tematów: 7992