Zakaukazie 2006
Fasolka
Wyświetlono razy (ostatnio: )
Ocena 4.00 z 5.00. 2 głosów oddanych
Krótko, zatem... autostopem przez Bałkany i Turcję do granicy gruzińskiej w Sarpie. Jedziemy w piątkę. Stopowo podzieleni na dwie ekipy 2+3, w Batumi łączymy siły i już do końca podróżujemy razem. Następnie pociągami i marszrutkami zwiedzamy Batumi, Tbilisi i wyruszamy na podbój pierwszego państwa chrześcijańskiego - Armenii, której chrzest nastąpił już w 303 roku (wg niektórych źródeł 301 lub 307). Urzekają nas krajobrazy - surowe, ale niezwykle piękne oraz ludzie, a przede wszystkim ich uśmiechy i życzliwość (co obserwowaliśmy oczywiście również w Gruzji). Stolica - Erewań wita nas niesamowitą temp. 33 stopni o 4 czy 5 rano. Szybki przemarsz, przez komunistycznie 'odnowioną' bardzo starą, bo założoną przez urartyjskiego króla Argiszti w 782 roku p.n.e. jako Erebuni, stolicę. Mimo, że gmachy i bloki wyrosły podobnie jak u nas, klimat mają zupełnie inny, gdyż są zbudowane z najbardziej dostępnego tu materiału, czyli tufu wulkanicznego i porfirów. Dzięki temu budynki, a przez to całe miasto jest czerwono-różowo-żółtawe, co nie jest tak przygnębiające jak wielka, szara płyta. Ale obojętne jak piękne, miasto jednak męczy, więc wyruszamy na południe kraju w góry, będące częścią Wyżyny Armeńskiej. Po drodze zatrzymując się nad największym jeziorem Armenii - Sewan. Stopobusowymi środkami transportu dostajemy się w końcu do Goris, skąd już tylko i wyłącznie taksówką do Tatevu. Położona w górach osada, z piękną świątynią, cudownymi ludźmi i nieziemskimi krajobrazami fascynują nas na tyle, że w końcu wykorzystujemy w pełni nasze nogi i robimy sobie mały trekking po 'górkach' (ok.2000 m n.p.m.). W Tatevie umówieni jesteśmy z moim bratem Pająkiem, który był w górskim Karabachu i wybrałam właśnie tą wioskę na spotkanie z nami. Tatev, ma jeszcze jedną tajemnicę, która przyciąga i wciąga - Czarci most. Jest to naturalnie wyżłobiony most w skale, czyli po prostu jaskinia utworzona w wapiennych skałach, z niezwykłymi formami i naciekami w przeróżnych barwach od białej do żelaziście czerwonej, ciepłymi źródłami i krystalicznie czystą wodą. W żadnym przewodniku nie znalazłam informacji o tym miejscu, a z pewnością jest numer jeden wyjazdu! Przez góry docieramy do starożytnego obserwatorium astronomicznego w Zorac Karer. Czas goni, więc wracamy do Erewania, zwiedzamy nieopodal położony 'ormiański Watykan', czyli Eczmiadzyn. Jest to siedziba Katolikosa, czyli 'szefa' kościoła ormiańskiego. Kolejne odwiedziny Erewania i jazzda do Tbilisi, stolicy Gruzji. Odbieramy wcześniej załatwiane wizy azerskie i wyruszamy na północ, wojenną ścieżką gruzińską,wybudowaną w roku 1817 w celu połączenia północnego i południowego Kaukazu, do Pasanauri, a kolejnego dnia do Kazbegi. Szybciutka przebieżka do położonego na wysokości 2170 m n.p.m. klasztoru Gergeti, Sameba pod pięciotysięcznikiem Kazbegiem. Tu faktycznie czuje się już aurę wysokich gór, pięknego Kaukazu. Kolejny powrót do stolicy Gruzji i pociągiem jedziemy do Baku, stolicy Azerbejdżanu. Azerbejdżan, z pewnością stoi na wyższym stopniu rozwoju gospodarczego niż sąsiadujące z nim Gruzja i Armenia. Powodem tego jest oczywiście występowanie ropy naftowej, którą widać, i to często dosłownie, niemal na całej długości Morza Kaspijskiego. Baku okazuje się być, najsympatyczniejszą stolica na Zakaukaziu. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta, posiada starówkę. Historyczne centrum miasta obwiedzione jest murami, a w środku wąskie uliczki, urocze kamieniczki, położone tak blisko siebie, aby dawały jak najwięcej zbawiennego w tym klimacie cienia, czyli typowa zabudowa miast arabskich. A do zwiedzenia między innymi Pałac Shirvanshahs, Wieża Dziewicza oraz warte odwiedzenia sklepy z dywanami. Jednak poza ścisłym centrum, znów blokowiska, tak typowe dla państw byłego ZSRR. Wieczorem jesteśmy już na półwyspie Absheron, najpierw w świątyni zoroastriańskiej, gdzie teoretycznie powinien płonąć wieczny ogień, a następnie na plaży - relaks. Cały półwysep wygląda przerażająco, pozbawiony roślinności, obudowany domkami i szybami naftowymi, i przede wszystkim plamami ropy, którymi nikt sie nie interesuje. Ze względu na ograniczone możliwości czasowe wybieramy południe kraju i jedziemy do Qobustanu, gdzie podziwiać można malowidła naskalne oraz zagrać można na nietypowym skalnym bębnie (w końcu coś dla perkusisty Bolka). Jednak po drodze pada pomysł odwiedzenia złomowiska czołgów, rdza - kolejna fascynacja Bolka:) Niestety okazało się, że nie powinniśmy w ogóle pojawiać się w tamtych okolicach, posądzeni o szpiegostwo trafiamy do aresztu, najpierw wojskowego, później policyjnego. Trwało to ok 14 godzin. Przesłuchania, przetrzepywanie nawet przez pracowników ministerstwa obrony i turystyki. Sytuacja była bardzo napięta, szczególnie, przez wizy armeńskie i nasz tygodniowy pobyt w Armenii, ale w końcu udało nam się udowodnić nasza niewinność i wyszliśmy na wolność. Przekonaliśmy się jednak, że Azerbejdżan z pewnością jest najbardziej policyjnym państwem na Zakaukaziu, o czym świadczyły również późniejsze legitymowanie i spisywanie przez policjantów w różnych innych miasteczkach. Pałają niesamowitą nienawiścią w stosunku do Ormian, co można usłyszeć nawet w najzwyklejszej rozmowie z przygodnym przechodniem na ulicy. Smutne, bo chyba Armenia powinna się czuć bardziej pokrzywdzona, a ludzie tam może i mają poczucie krzywdy, ale do nikogo nie żywią nienawiści. Po takich nieprzyjemnych przygodach postanawiamy dość szybko 'uciekać' z Azerbejdżanu. Odwiedzamy jeszcze po drodze wulkany błotne, nad Morzem Kaspijskim w okolicach Qobustanu. Widok księżycowy. Totalnie jałowa góra, na szczycie której wyrastają różnej wielkości kratery, bulgoczące i wypluwające szarą, zimną maź, która formuje się w spływy błotne. Okres wakacyjny chyba nie jest szczytem aktywności wulkanicznej, gdyż spływające błoto zasycha, tworząc swego rodzaju, mozaikowe szlaki. Mimo, że miejsce niezwykłe i fascynujące, postanawiamy opuścić Azerbejdżan i wracamy do Gruzji. Znów stolica i tym razem już wracając na zachód odwiedzamy przelotem Gori, miejsce urodzin Stalina. Dalej jedziemy do skalnego miasta Uplistsikhe, w którym oprócz dużych rozmiarów jaszczurek nie było żywej duszy. Co prawda w drodze do tego miejsca spotkaliśmy inną ekipę z Krakowa, ale jakoś później się rozminęliśmy. Choć miasto ciekawe, porównywanie go do tureckiej Kapadocji jest przesadą. Szczególnie, że zostało ono zeszpecone betonowymi słupami. Ale warto wyjść na szczyt, chociażby po to, żeby zobaczyć piękny widok na dolinę rzeki Kury i stare ruiny miasta na brzegu. Pociągami dostajemy się na wybrzeże Morza Czarnego do Poti, następnie Batumi i stopem do Europy. Podróż trwała zaledwie miesiąc. Może to niewiele, aby zobaczyć wiele, ale wystarczająco, by poczuć klimat tego regionu, doświadczyć gościnności mieszkających tam ludzi oraz choć w pewnym stopniu poznać ich kulturę i obyczaje. Złapaliśmy bakcyla Zakaukazia i mimo, że trzeba wędrować dalej, znajdzie się czas, żeby tam wrócić.
leaff, 2007-02-24 20:42:59
Armenia - wybierz obszar, który cię interesuje:






































diotyma, 2007-03-15 20:23:17