Lądem do Singapuru - Good morning Vietnam
Liberwig Wyświetlono: 2074 razy 2007-01-27 00:44:11![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:2.74 (133 głosów) |
Podróż lądem (Koleją Transsyberyjską) do Indochin (2005r): Białoruś - Rosja - Mongolia - Chiny - Laos - Tajlandia - Malezja - Singapur - Kambodża - Wietnam.
Robert Wasilewski i Kamila Grączewska
www.liberwig.republika.pl
25.07 PONIEDZIAŁEK
Rano śniadanie w hotelu i o 7.00 pakujemy się do furgonetki. Autokar odjeżdża spod innego hotelu i czekamy pod nim jeszcze jakieś pół godziny. Obserwacja poczynań kierowców potwierdza nasze uczucie ulgi, że już stąd wyjeżdżamy. Kamila, w porównaniu do mnie to anielę niewinne, ale też ma ich już powyżej uszu – jeżeli potrafili ją doprowadzić do takiego stanu, to mogę się pocieszyć, że nie uprzedziłem się do nich „na kredyt”. Jakaś młoda Angielka klęcząc przy luku bagażowym mocuje się z plecakiem, wzrokiem prosi kierowcę o pomoc i ten z obrażoną miną rzuca go na ziemię prosto w błoto – pół metra dalej czysty chodnik. I jak ich nie pokochać?
Na granicy jesteśmy 0 12.30 – posterunek kambodżański prymitywny, ale przejście go zajęło niecałe pół godziny. Strona wietnamska – luksusowy koszmar. Budynek przejścia prawie jak chiński dworzec, niestety czynne tylko dwa okienka, z czego jedno dla tubylców. Tutejsi celnicy traktują swoje obowiązki albo zbyt poważnie, albo zbyt nonszalancko – nie wiadomo, co gorsze. W każdym razie trwa to strasznie długo – jedna osoba kwadrans, a przed nami 15 metrowy ogonek. Urzędnik biorąc do rąk paszport każdego białego, ogląda go najpierw kilka minut wertując wszystkie kartki i z lubością wczytując się we wszystkie pieczątki, potem rozmarzony zamyka oczy zapadając w kilkuminutowy letarg, wreszcie budzi się i znów wertuje kartki... Jakiś „przedsiębiorczy” tubylczy kierowca przeprowadza swoich protegowanych pasażerów do naszego okienka z pominięciem kolejki, używając przejścia służbowego udostępnionego mu przez jednego z ziewających celników, który po każdej takiej operacji chowa do kieszeni niezbyt dyskretnie wsunięty banknot. Teraz już przynajmniej wiem, dlaczego to tyle trwa, ktoś w końcu musi nie wytrzymać i udzielić celnikom dotacji zgodnie z naukami księcia Sałtykowa – Szczedrina (rosyjskiego patrona spraw beznadziejnych, który twierdził, że wystarczy kilka rubli wsuniętych do właściwej kieszeni, aby sprawa przestała być beznadziejna).
Po ponad dwóch godzinach wreszcie przebrnęliśmy przez ten posterunek (pobierają po pół dolara, nie wiadomo za co) i w strugach deszczu pognaliśmy pod odległy o kilkadziesiąt metrów daszek, gdzie oczekiwaliśmy na nasz dalszy transport i resztę pasażerów. W pobliskiej knajpce chcieliśmy kupić coś do picia, szybko nam jednak przeszło. Dosłownie kilka sekund wcześniej jakieś dwie amerykańskie panienki bez słowa zapłaciły po dolarze za puszkę coli i od tej pory sprzedawczyni najwyraźniej zaczęła snuć marzenia o kupnie luksusowego jachtu za jednodniowy utarg.
Pół godziny później zapakowali nas do dwóch furgonetek i ruszyliśmy do Sajgonu. Jazda nie trwała długo, bo to zaledwie niecałe 100 km. W miarę zbliżania się do celu przecieraliśmy oczy ze zdumienia.
| Oceń relację |
Komentarze
KambodżaWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju






















Ale mieliście przezycia pozazdrościć:)
Rewelacyjnie piszesz wpadłam tu tylko przypadkiem szukając namiarow na tanie bilety i po przeczytaniu kilku stron juz sie nie moge oderwac i "zaprzyjazniłam się" z wami. Zawsze marzylam o wyjeździe poza Europę, ale jak nie praca to teraz na taką wyprawe przez jakiś czas tez nie poajde bo mam dzidziusia i tym chetniej czytam wasze przygody.
Naprawde wspaniala wyprawa i naprawde świetnie piszesz.