Annapurna 2006 - grań wschodnia
czyli mBank Lotto Tryptyk Himalajski część druga
Tryptyk Himalajski - Annapurna - część IV


Piotr Morawski2007-01-24 14:31:38
Wyświetlono razy (ostatnio: )
www.piotrmorawski.com
Vamos tres Pedros
Ranek wita nas cholernym mrozem. Długo nie możemy wywlec się ze śpiworów. Chcieliśmy wyjść jeszcze w nocy, a wychodzimy o świtaniu. Kości zastałe prawie bolą przy każdym ruchu. Kolejny dzień na tej wysokości przytępia i spowalnia. Przed nami Lotse zaczął torować drogę. On jedyny używa tlenu i wyrwał się na ochotnika. Teren łatwy, to i porusza się szybko.
Za naszym biwakiem otwiera się kolejna dolina. Nie spodziewaliśmy się jej. Do wierzchołka wschodniego jest dalej niż myśleliśmy. A potem owo zdziwienie, kiedy przed nami pokazał się jeszcze wierzchołek pośredni... To będzie dużo dłuższy dzień, niż się spodziewałem. Otworzyły się przed nami kolejne setki metrów do przejścia, o których nie mieliśmy zielonego pojęcia. Ponadto chcieliśmy obejść wierzchołek wschodni, ale okazało się to niemożliwe. Przez zapych tracimy ze 2-3 godziny. Droga do góry jest jeszcze nudniejsza i bardziej męcząca niż podejście pod Roc Noir. Długi, stromy kuluar, potem pole zawalone skalnymi płytami i w końcu jesteśmy pod charakterystyczną, wielką przewieszoną skałą zwieńczającą wierzchołek wschodni. Ale co dalej?
Wchodzimy na śnieżną grań zakończoną wierzchołkiem wschodnim. Tędy nie można przejść. Peter leci natchniony zboczem w dół, może tamtędy się da przebić? Pokonuje dwójkowo-trójkowy teren, po czym zatrzymuje się i macha do nas radośnie ręką. Idziemy za nim.
Czas mija, a Lotse idzie coraz wolniej. Mamy do zejścia ze 200 metrów, ale za każdym krokiem trudności skalne zwiększają się. W końcu z dwóch 60cio metrowych odcinków liny wspinaczkowej zakładam poręczówki. Lotse chce zawracać. W końcu, dopiero w okolicach zmierzchu opuszczamy skalne zbocze i stoimy pod wierzchołkiem pośrednim. Peter zniknął torując dalej drogę. Widzę go nawet jak zmierza w kierunku wierzchołka głównego.
Odwrót
Znowu powstaje pytanie: co dalej? Piotr na początku nie chce biwakować. Niebo ciemnieje z minuty na minutę. Lotse stoi przerażony i chce wracać. Trudno znaleźć miejsce na biwak w miejscu, w którym stoimy. Po długiej dyskusji decydujemy się na odwrót. Mamy tylko jedną czołówkę. Wyjmuję ją z plecaka i zawracam.
Lotse idzie coraz gorzej. Jest ciemno, ale mimo tego orientujemy się, że on właściwie nic nie widzi. Decyzja o odwrocie wydaje się jak najbardziej słuszna. Dopiero o 5 rano, kiedy jest już jasno, wpełzamy do namiotu. Oczy Lotse są w przerażającym stanie. Dwie wielkie napuchnięte powieki i cały czas płynące łzy. Postanawiamy zaczekać ze dwa dni, aż Lotse wyzdrowieje. Nie mamy ani grama jedzenia, nie pamiętamy nawet jak smakuje. Ale wydaje nam się, że damy radę. W okolicach południa wraca Peter i przynosi radosną wiadomość: był wieczorem na szczycie! Przy zejściu zabiwakował. Zganiamy go na dół, do trzeciego obozu, bo wygląda na naprawdę zmęczonego. Z Piotrem i chorym Lotse zostajemy sami na grani.
www.piotrmorawski.com
Zobacz zdjęcia:
Nepal
Nepal - wybierz obszar, który cię interesuje:

Zaloguj się
Przyłącz się do społeczności miłośników podróży
Twój profil
Wyloguj






















