Annapurna 2006 - grań wschodnia
czyli mBank Lotto Tryptyk Himalajski część druga
Tryptyk Himalajski - Annapurna - część III


Piotr Morawski2007-01-24 14:26:22
Wyświetlono razy (ostatnio: )
www.piotrmorawski.com
W kierunku szczytu...
Wieczorem jeszcze jemy całkiem smaczny posiłek, oczywiście głównie złożony z muesli. Moje myśli oscylują już tylko wokół tego, że jutro będziemy na grani. Rankiem startujemy. Wychodzimy z bezpiecznego schronienia na odsłoniętą przełęcz. Wiatr jest tak silny, że po niecałej godzinie zmagania się z nim zarządzamy odwrót. W takich podmuchach nie przejdziemy nawet przełęczy.
Wieczorem kolacja na coraz mniejszych racjach. Pytamy się naszych tybetańskich towarzyszy, jak stoją z jedzeniem. Okazało się, że wystarczy im najwyżej na jeden dzień. To by oznaczło, że nie mogą z nami iść na grań. Po długich dysputach z sąsiedniego namiotu pada decyzja: na grań pójdzie tylko Lotse. Tashi i Dawa schodzą na dół.
W ten, dosyć niespodziewany sposób, zostały tylko 4 osoby przeznaczone do ataku szczytowego.
Następnego dnia wyposażeni w jeden namiot, prawie bez jedzenia, przy bezwietrznej, przepięknej pogodzie, w końcu ruszamy ponad przełęcz. Podejście pod Roc Noir, które ma prawie 7500 wykańcza nas swoją monotonnią. Długie, kilkusetmetrowe, strome zbocze. Czuję się jakbym podchodził po schodach podczas jednego z treningów. Późnym popołudniem jesteśmy na grani. Na stromej, śnieżno-lodowej, ostrej grani, na której można usiąść na oklep. Przed nami długi, niebezpieczny trawers do płaskiego miejsca. Tam będzie można zabiwakować.
Czas dłuży się niemiłosiernie, słońce zachodzi, a my cały czas trawersujemy. Krok za krokiem, z dwoma kilometrami powietrza pod nogami. Nie mogę się nadziwić widokom. Tylko Lotse jest mocno nieswój. Okazało się, że po takim terenie nigdy nie chodził bez poręczówek. Że właściwie nigdy się nie wspinał, bo zawsze ktoś owe poręczówki zakładał. Że na koniec ma tylko jedną, prostą, turystyczną dziabę, bo z dwiema też nigdy nie chodził. Idę z nim w parze. Powoli uczę go asekuracji, zakładania stanowiska z dziab, prowadzenia liny itp. Na szczęście łapie szybko.
Od biwaku do biwaku
Wiatr na grani ucichł. Kolacja składa się głównie z herbaty. W namiocie mało miejsca, ale jest przynajmniej ciepło. Gotujemy i gotujemy. Zasypiam jak kociak i budzi mnie dopiero poranne słońce. Jemy jakieś resztki muesli, popijamy obrzydliwą herbatą, zwijamy namiot i do góry. Kolejny piękny dzień. Kolejne trawersy. Niezapomniana, stroma grań. A przed nami majaczy wschodni wierzchołek. Dzisiaj dzień wypoczynkowy. Idziemy wolno i wczesnym popołudniem mamy namiot na małej przełęczy pod wschodnim wierzchołkiem. Z tyłu, jak na dłoni, widać główny szczyt. Wydaje sie tak niedaleko...
Każdy z nas chowa po batonie na atak szczytowy. Oprócz tego nie mamy już nic do jedzenia. Gotujemy jak zwykle dużo wody, ale nie ma żadnych minerałów, by do niej dodać. Właściwie pijemy wodę destylowaną. Do tego wyjadamy resztki z naszej torby żywnościowej. Jutro przystępujemy do ostatecznej rozprawy z górą.
www.piotrmorawski.com
Zobacz zdjęcia:
Nepal
Nepal - wybierz obszar, który cię interesuje:

Zaloguj się
Przyłącz się do społeczności miłośników podróży
Twój profil
Wyloguj






















