Annapurna 2006 - grań wschodnia
czyli mBank Lotto Tryptyk Himalajski część druga
Tryptyk Himalajski - Annapurna - część II


Piotr Morawski2007-01-24 14:22:44
Wyświetlono razy (ostatnio: )
www.piotrmorawski.com
W końcu do góry
Nareszcie poranek bez deszczu. Chwytamy nasze zawilgotniałe plecaki i całą siódemką ruszamy do góry. Wraz z nami Jagat i kilku tubylców. Pomagają nam wynieść sprzęt do pierwszego depozytu. Dalej będziemy działać sami. U stóp labiryntu wiodącego przez lodowiec rozbijamy namioty.
Labirynt zleckeważyliśmy w naszych przedwyjazdowych rozmyślaniach. Faza przejścia pzez lodowiec w naszych umysłach praktycznie nie istniała. Jakaś droga przecież musi być. Szukamy jej długo. Kierowani wskazówkami poprzednich zdobywców tej drogi usiłujemy się przebić na lewą stronę lodowca. Niestety nie udaje się. Co chwila napotykamy szczeliny, których nie jesteśmy w stanie przejść. W końcu na wysokości 6000 metrów odnajdujemy swoją drogę... po prawej stronie lodowca.
Sto metrów wyżej staje nasz drugi depozyt. Myśleliśmy, że to koniec kluczenia, a przed nami otworzył się kolejny lodowiec z kolejną plątaniną szczelin i seraków. Jeszcze tego samego dnia, gdy postawiliśmy namioty "dwójki" wypuszczam się z Dawą na rekonesans. Dobijamy do wysokości 6600 tylko po to, by stwierdzić, że wyżej się nie da. Szczeliny, szczeliny, szczeliny. Z żalem patrzę na plateau 100 metrów wyżej, nad którym widnieje przełęcz. Tam chcieliśmy dojść...
Oby dostać się na grań!
Tego dnia nastroje panują grobowe. Usiłujemy wieczorem wypatrzeć drogę w plątaninie seraków. Duża część ściany runęła odsłaniając potrzaskane zwały lodu. Kawał ściany już spenetrowaliśmy i nie znaleźliśmy nawet cienia szansy na przejście. W szerokiej na kilometr dolinie został tylko jeden kuluar, którym możemy wyjść do góry. Jeśli się nie da, możemy zawracać do domu.
Rano pakujemy wszystkie nasze rzeczy na grzbiet i wbijamy się w ów kuluar. Z ciężkimi plecakami i z ciężkimi sercami pokonujemy kolejne seraki i szczeliny. Słońce powoli przesuwa się po horyzoncie, a nas zabija upał i monotonnia labiryntu. Od tej pory zaczynamy nasz atak. W plecakach mamy cały sprzęt biwakowy i jedzenie...
Tak przynajmniej nam się wydaje. Już w "dwójce" zaczynamy ograniczać racje żywnościowe. Droga przez labirynt lodowcowy zajęła nam dwa dni więcej, niż się spodziewaliśmy. Wcześniej wydzielone racje muszą starczyć na kolejne dni. Poza tym popełniliśmy gdzieś niewybaczalny błąd: zamiast racji obiadowych zabraliśmy tylko śniadaniowe. Pyszne, liofilizowane potrawy zostały gdzieś w "jedynce", w pierwszym depozycie.
Jedzenie jednak nie jest naszym największym problemem. W końcu znajdujemy drogę przez ostatnie partie lodowca i w promieniach zachodzącego słońca docieramy pod przełęcz pod Roc Noir na wysokości około 7000 metrów. Przed nami upragniona grań. Rozbijamy nasze biwakowe namioty, a miejsce chrzcimy "trójką", czyli obozem lub depozytem trzecim. Niestety docieramy tylko w sześciu. Don zachorował i musiał zejść na dół. Znaczne osłabienie zespołu.
www.piotrmorawski.com
Zobacz zdjęcia:
Nepal
Nepal - wybierz obszar, który cię interesuje:

Zaloguj się
Przyłącz się do społeczności miłośników podróży
Twój profil
Wyloguj






















