CHO OYU 2006 - ZDĄŻYĆ PRZED SEZONEM
czyli mBank Lotto Tryptyk Himalajski część pierwsza
Tryptyk Himalajski - Cho Oyu - część II


Piotr Morawski2007-01-24 13:49:11
Wyświetlono razy (ostatnio: )
Ocena 5.00 z 5.00. 1 głosów oddanych
www.piotrmorawski.com
Zmagania z wiatrem
Mimo śniegu do roboty. Po rozgospodarowaniu się na tej niegościnnej ziemii lecimy do góry. Nikogo nie ma oprócz nas. Bałem się bazy pod Cho Oyu. Straszono mnie opowieściami o strasznej komersze, o tłumach walących do góry i depczących słabszych oraz o przepychaniach się w kolejce na szczyt. Wiem, trochę koloryzuję, ale Cho Oyu nie ma najlepszej sławy, jeśli chodzi o ludzi próbujących zdobyć tę górę.
Mamy ten komfort, że jesteśmy sami. Najpierw wytrasowanie drogi przez lodowiec. Nocleg u podstawy ściany. A potem długie podejście kamienistym zboczem. Nic trudnego, ale upierdliwe potwornie. Kamienie ciągną się przez jakąś godzinę szybkiego marszu, by wyprowadzić na przełęcz. Na lewo syf, na prawo syf, a w środku stoją platformy. Kilka metrów pod nami w śniegu i lodzie tkwią powtapiane kijki bambusowe, puste kartusze, śmieci, szczątki namiotów. Na samej przełęczy, na skałach, poukładane platformy. Jesteśmy w jedynce. Zegarki pokazują 6100 metrów.
Wybieramy najlepsze platformy pod dwa namioty. Wiatr się wzmaga i jest coraz zimniejszy. W bazie też nie było za ciepło, ale tam można było zwalić na wysokość. Dopiero dwa tygodnie później, kiedy wiatr ucichnie, zdamy sobie sprawę, że zima jeszcze do końca nie odeszła. Raczyła nas swoim ostatnim tchnieniem. Jedynka za dwa tygodnie będzie oazą spokoju, na której będzie można się wygrzewać (chyba że ktoś nie zauważy opalającego się w tłumie i nadepnie).
Pierwsza noc przypomina mi zimowe wyprawy. Namiot trzęsie się spazmatycznie, szron leci na gębę. Zakładam słuchawki na uszy i przy kojących dźwiękach Sex Pistols zasypiam. Grają znacznie spokojniej, niż łopot tropiku na wietrze...e przestaje padać do wieczora — codzienne torowanie od nowa. Szybko się do tego przyzwyczajamy. Wedle starej zasady, że nigdy nie jest tak, żeby nie mogło być gorzej...
Do boju!
Nad jedynką niebieszczą się lodowe pola. Ani grama śniegu. Na zdjęciach zupełnie inaczej to wyglądało. Kładziemy tam ze 200 metrów swojej liny. Znajdujemy jakieś stare poręczówki, które przy użyciu noża i dwóch, nowych śrub, tniemy, wiążemy, mocujemy. I już mamy ciąg lin do śnieżnej, łatwej grani. Całość roboty zajmuje nam może ze dwa dni.
Droga do obozu drugiego otwarta. Jak to zwykle bywa zostajemy zgonieni do bazy przez niepogodę. Zaczyna sypać śnieg, a my siedzimy skuleni w obozie pierwszym i nie robimy nic konkretnego. Poza wyjadaniem kończącego się już jedzenia. W bazie stoją już inne namioty. Koreańskie. Mógłbym rozwodzić sie na temat owych "alpinistów" długo, ale przez grzeczność tego nie zrobię. Przychodzili też do nas po poradę medyczną, więc może nie wypada. Jedyne co można powiedzieć, to że dwóch nie dotarło do bazy i zaginęło po drodze z dołu. Z tych, co dotarli jeden odmroził nogi w bazie, drugi dostał ślepoty śnieżnej, a trzeci został przyprowadzony w stanie kompletnego wyczerpania. Z nimi trzeba zacząć współpracę. Na szczęście zakończyliśmy wyprawę, zanim wyszli poza obóz pierwszy.
Kolejne wyjście, to osłabiony wiatr i nasza szansa. Idziemy do góry powoli, ale skutecznie. Śpimy gdzieś na owej śnieżnej grani, porządkujemy kolejne poręczówki i docieramy do obszernego plateu na wysokości ok. 7000 metrów. Jesteśmy w obozie drugim. Nad nami skalna kopuła szczytowa.
www.piotrmorawski.com
Zobacz zdjęcia:
Chiny
Chiny - wybierz obszar, który cię interesuje:













































