Na wschód od wybrzeży Afryki, na Oceanie Indyjskim, rozrzucone są wyspy archipelagu Maskarenów. Wśród nich Mauritius. Wyspa – marzenie, która działa na wyobraźnię wrażliwych dusz. A moja dusza była, i jest, wrażliwa. Zawsze pociągała mnie inność. Egzotyka krajobrazu, dziwy przyrody, ludzie żyjący w diasporze.
WYSPA CUDÓW
Zdzisław Adamiec2006-12-17 17:55:11
Wyświetlono razy (ostatnio: )
Ocena 4.57 z 5.00. 7 głosów oddanych
Oraz ten genialnie czysty, wzruszający śpiew ptactwa. I niesamowita orgia zapachów!
A kawałek dalej osuszają ocean. Po to, żeby mieć sól.
*
Jestem jednym białym wśród setek Hindusów uczestniczących w tej ceremonii. Mieczy jest czterdzieści osiem. Wszystkie doskonale wyostrzone. Każdy miecz chwyta oburącz za przeciwległe końce dwójka mężczyzn. Opierają o kolana. Ostrzem do góry. 96 mężczyzn tworzy długi szpaler. Muzycy zaczynają wybijać rytmiczną melodię. Szybciej, szybciej, coraz szybciej...
Grupka mężczyzn klęka przed szpalerem mieczy. Mistrz ceremonii każdemu z nich smaruje stopy poświęconą przed chwilą w świątyni wodą. Pierwszy wstaje z klęczek. Podchodzi do trzymających miecz. Opiera się na ich ramionach, unosi się w górę i ... s t a j e na środku ostrza! Robi krok i staje na drugim mieczu. Potem na trzecim, czwartym. Idzie do samego końca. Za nim następni. Jedni spokojnie, uważnie. Inni przystają, wrzeszczą wniebogłosy, są bliscy omdlenia.
Ostatni wchodzi na miecze sam mistrz ceremonii – Vidooruth Parbutteeu, czarownik z Pailotte, dzielnicy miasta Vocoas. Ten na ostrzach podskakuje, huśta się. Co dwa, trzy kroki (czytaj: miecze) podają mu z dołu dziecko. On je unosi, kołysze się z nim, wymawia jakieś formułki sobie tylko znanego zaklęcia. Oddaje dziecko, bierze następne. Kiedy schodzi z ostatniego miecza, pada na kolana przed świątynią Matki Kali. Tu z siedmiu czarek rozrzuca gorące mleko w górę. Medytuje. Wznosi ręce w górę. Znów medytuje.
Sprawdzam stopy tych, którzy przed chwilą przeszli przez 48 zaostrzonych jak brzytwa mieczy. Ani śladu krwi, żadnych ran. U niektórych tylko zaczerwienione miejsca i lekkie wgłębienia. Wszyscy zgodnie zapewniają, że nic ich nie bolało. Kilkudniowy post oraz całkowita wstrzemięźliwość seksualna uczyniła ich czystymi, więc podczas stąpania po ostrzach miała ich w opiece Kali.
Nagle kilku młodzieńców pod świątynię ciągnie wyrywającego się i głośno beczącego koziołka. Z boku podchodzi mężczyzna z mieczem (jednym z tych, po których przed chwilą chodzono) i błyskawicznie uderza w szyję zwierzęcia.
Głowa spada na ziemię.
Ten, który trzymał kozła za rogi, podnosi ją i biegnie do świątyni złożyć na ołtarz. Inni ciągną kozła bez głowy w stronę Parbutteeu. Czarownik klęczy i czeka z... otwartymi ustami. Tryskającą z uciętego karku kozła krew zaczyna łapczywie łykać. Pije. Krzyczy przy tym spazmatycznie. Tłum patrzy na to zachłannie.
Siedem głów koźlich padło na ziemię.
Siedem razy mag pił krew z wierzgających jeszcze koziołków.
Krwiożercza Kali została udobruchana. Przez cały rok będzie miała w opiece tych, którzy złożyli jej ofiarę (kiedyś były to głowy dziewic). Na tę hinduską dzielnicę Vacoas przez cały rok nie powinny spaść żadne nieszczęścia. Ludziom ma się tu żyć dobrze, spokojnie i dostatnio.
- Jak smakuje krew? – spytałem po kilku godzinach mistrza ceremonii.
- Jestem wegetarianinem, na krew nie mogę wcale patrzeć – odparł bardzo zdziwiony. - Ja naprawdę nie pamiętam, żebym ją pił.
- To kto pił?
- Bogini Kali. Weszła we mnie, w moje ciało, zaraz na początku całej ceremonii. Ona kierowała przez cały czas wszystkimi moimi poczynaniami. Ja tylko pamiętam początek uroczystości i koniec, kiedy odzyskałem swoją własną świadomość.
I jak tu nie wierzyć czarownikowi, cieszącemu się wielkim uznaniem na całej wyspie?
I jak nie wierzyć w cuda na Mauritiusie?
I kto mi zaprzeczy, że nie jest to WYSPA CUDÓW?
Jola, 2007-03-18 20:16:06
Zobacz zdjęcia:
Mauritius
Mauritius - wybierz obszar, który cię interesuje:

Zaloguj się
Przyłącz się do społeczności miłośników podróży
Twój profil
Wyloguj























Alicja B., 2008-02-11 19:48:50