Stałem na szczycie Tarnicy. Był jesienny, ponury dzień u schyłku lat 80-tych. Porywiste podmuchy wiatru szarpały moją flanelą, aluminiowy stelaż brezentowego plecaka uwierał w plecy. W skupieniu spoglądałem na wschód gdzie za mgłą majaczyły tajemnicze górskie szczyty. W głowie przewijały się fragmenty artykułów ze zgrzebnych numerów Gościńca i Wierchów. Kiepski papier, fatalnej jakości czarno-białe zdjęcia, błędy drukarskie i z wypiekami na policzkach czytana treść. Jakże znane nazwy - Pikuj, Połonina Równa, Borżawa i budzące dreszcz emocji mityczne wręcz Gorgany. Wytężam wzrok usiłując dostrzec w oddali dzikie szczyty pokryte gołoborzem skalnym lecz one czają się daleko i tak niedostępne jak tylko mogły być w tamtych latach.
Tam krył się mój Everest, tam była kraina z marzeń, stamtąd pachniało przygodą i tajemnicą.
Ukraińskim duktem.
Furman2006-12-17 16:03:27
Wyświetlono razy (ostatnio: )
Ocena 5.00 z 5.00. 2 głosów oddanych
rowerów tutaj to chyba najgorsza chwila na tej wyprawie. Łzy cisnęły się do oczu, ręce odmawiały posłuszeństwa, buty traciły przyczepność, a o każdy metr podejścia to mordercza walkę ze stromizną.
Jak na jeden dzień to za dużo, na przełęczy stajemy już zryci totalnie, jeszcze zaliczam niechcianą kąpiel w głębokiej po kolana kałuży i zjeżdżamy do Kołaczawy. Już czuć zmęczenie, trudno zapanować nad rowerem i kilka razy o włos unikam gleby gdy sprzęt wymyka się spod kontroli. Teraz już tylko szukać noclegu, znajdujemy extra miejsce za Kołaczawą , przyjemna chociaż niska przełęcz z dala od ludzkich siedzib zafundowała nam najzimniejszą noc na tej wyprawie.
Ranek zaczynam joggingiem aby się rozgrzać, potem jak zwykle pakowanie i żal gdyż opuszczamy te niegościnne drogi i asfaltem zmierzamy do Miżgirii. Tam jemy obiad w przydrożnym barze. Polecam gorąco gdyż mieliśmy gorące przyjęcie. Domowy obiad ze wspaniałą obsługą, smaczne jedzenie oraz ogromne oburzenie gdy chcemy dać napiwek. Tym razem nocleg już mniej romantyczny, tuż obok drogi na skrawku łąki. Pełno śmieci, zwierzęcych extrementów ale nie ma wyboru gdyż już ciemno się robi, a dotychczasowe poszukiwania nie przyniosły efektu.
Szum deszczu budzi mnie następnego dnia, pada intensywnie już od kilku godzin, wytrzymuję do 10 w namiocie lecz na dłużej brak już cierpliwości. Ignorując pogodę pakujemy szybko manatki i lecimy do Wołowca. I to było dobre posunięcie gdyż już po chwili robi się przyjemnie a gdy droga zaczyna wić się serpentynami w górę to już więcej do szczęścia nam nie potrzeba. Wołowiec to nędzna mieścina z dziurawymi resztkami chodnika. Kończy się nam czas i dlatego do Lwowa jedziemy pociągiem co powoduje u mnie ścisk w dołku bo przecież tam dalej Pikuj..Połonina Równa...
I to w zasadzie koniec wycieczki chociaż jeszcze wiele godzin spędziliśmy na rowerze bo przecież ze Lwowa do Przemyśla trzeba było wjechać na rowerach. To jednak zupełnie inna historia i zostawiam ją niedopowiedzianą ale zapewniam , że żwirowe i pofałdowane boczne drogi pomiędzy Lwowem i granicą dostarczają niewiele mniejszych emocji niż w górach. Pieszo było by zbyt monotonnie ale na rowerze jazda tamtędy daje ogromne frajdę i wrażenia estetyczne.
I wierzycie mi już teraz - że w Karpatach jest mój Everest ?
Zobacz zdjęcia:
Polska
,
Ukraina
Polska - wybierz obszar, który cię interesuje:

















































