Chorwacja bezdrożami
mr Wyświetlono: 2762 razy 2004-05-06 12:10:31![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:2.66 (95 głosów) |
Oczywiście nie możemy jechać tą samą drogą z powrotem, znajduję rzadko uczęszczaną trasę...
Siedzę na zatłoczonej plaży gdzieś w środkowej Dalmacji, w zawiesistym powietrzu, gęstym od zapachu olejków do opalania, hałas chorwackiego disco-polo. Plaża taka jak w Polsce tylko zamiast piasku są małe kamienie, a woda jest trochę cieplejsza. To zupełnie inna Chorwacja od tej, którą pamiętam. A miałem sobie odpuścić nadmorskie radości w tym roku, ale pojawiła się kusząca propozycja, więc szybko plan trasy przejazdu, rower, płetwy, maska do nurkowania i w długą. Ktoś jednak chyba źle nam życzył, bo pech prześladował nas od samego początku. Najpierw zabrakło mi 10 minut żeby kupić zieloną kartę ubezpieczenia, potem bankomat zarekwirował mi kartę, ale nic to, do losu trzeba się uśmiechać, to może i on uśmiechnie się do nas.
Na efekty tego śmiesznego działania długo nie trzeba było czekać. W Nysie trafiamy do salonu Daewoo, a tu uczynny pan ściągnął agenta ubezpieczeniowego, któren właśnie sobie poszedł do domu. Pan agent przyszedł a jakże, ale lekko wstawiony i poprosił abym to ja wypełnił blankiet ubezpieczenia, bo on jako, że jest w niezwykle dobrym humorze może coś spieprzyć. Ale nie żywię urazy, w końcu to sobota i już po 13-stej.
W Czechach rąbiemy się w potężną burzę. Wycieraczki mogą się wykazać, a prędkość spada do 40km/h. Jedna ulewa kończy się w Bruntal, a druga zaczyna w Uherskich Hradistach. Jedziemy zwykłymi drogami, czasami takimi co to ich nie ma na mapie, żeby tylko zaoszczędzić na płatnej autostradzie, dla niektórych głupota, a dla innych folklor. Do Słowacji przedostajemy się w okolicach miasteczka Myjava, w cywilizowanym języku, moja Java. Słowacki celnik patrzy w zachmurzone niebo i dziwi się na głos, że o tej porze roku jeszcze ktoś może jechać nad morze. Teraz kiedy piszę te słowa siedzę sobie na plaży i myślę sobie - co ty tam wiesz chłopie.
Posuwamy się w ślimaczym tempie przez Małe Karpaty. Mijamy urokliwe małe miasteczka Casta, Pezinok, Modra. Cicho tu i spokojnie. Między starymi, pochylonymi chatynkami wyrastają wille z Mercedesami na doczepkę, w końcu blisko do Bratysławy.
W stolicy Słowacji bez większych problemów znajdujemy kemping Zlate Pieski, rozstawiamy namiot i prujemy do miasta. Jest sobota wieczór, ulice puste jak w sylwestra, nuda i szarówa, jak zwykle w Bratysławie. Robimy 30km objeżdżając całe miasto, tylko po to aby wpaść na pomysł odwiedzenia centrum handlowego, które jest tuż obok naszego kempingu. Parkujemy brykę i wchodzimy przez szklane drzwi i już wiemy gdzie się wszyscy schowali. Carefour jest pełny po brzegi, głośna muzyka, pokazy mody, ganianie między regałami, pełno luda. Kupujemy prowiant w płynie i coś na zagrychę, czyli Malagę i ser, a na rano acidofilne mleko i kolacje jemy w namiocie bo burza nad nami.
| Oceń relację |
Komentarze
SłowacjaWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju




























Znowu dopisuję swoje "trzy grosze", ale muszę ;) - "Odwieczny problem podróżników, gdzie pojadą chcą zamieszkać, gdzie zamieszkają chcą uciekać." - to zdanie, znalezione w twojej opowieści idealnie nadaje się na motto, będę je często cytować :D gdyż w jednym zdaniu zawarte jest to ... na co ja musiałabym poświęcić całą epopeję ... a to takie proste???
Fantastycznie, czytałam naprawdę z zapartym tchem :D uwielbiam takie podróże :)