Dolina Langtangu. To takie miejsce, na myśl o którym nie można powstrzymać rozmarzonego uśmiechu. Nepal - ze swoją fascynującą różnorodnością: górami, lodowcami, a jednocześnie bujną zielenią lasów tropikalnych – prezentuje się tu w całej okazałości...
TAM, GDZIE ŻYCIE Z UŚMIECHEM CHODZI PIECHOTĄ



Justiluk2006-12-17 00:29:09
Wyświetlono razy (ostatnio: )
Ocena 4.50 z 5.00. 2 głosów oddanych
jedzeniem. Mężczyźni, również uroczyście przybrani, dzierżą w rękach proste, drewniane łuki. Gdy wszyscy już są, kobiety stają naprzeciwko mężczyzn. Zaczyna się przedstawienie. Kobiety śpiewają jako pierwsze – pieśń powitalna mężczyzn. Panowie odpowiadają. Kobiety tańczą, delikatnie poruszają biodrami. Wymieniają gesty, zapraszają na strawę. Nie ma w tym wszystkim cienia powagi. Wszyscy się śmieją, wspaniale bawią. Kobiety rumienią się jak małe dziewczynki, mężczyźni dokazują jak mali chłopcy. Gdy pieśń dobiega końca, mężczyźni siadają na trawie, a kobiety roznoszą pokarm. My też zostajemy zaproszeni bliżej. Dostajemy dziwny preclo-podobny wypiek, ziemniaki curry i mleczny wyrób alkoholowy.
Gdy posiłek dobiega końca, rozentuzjazmowany tłum mężczyzn sięga po łuki. Stają wszyscy zbici w gromadę. Dwieście metrów nad nimi wbita deska, z tybetańskim symbolem po środku. Nie ma kolejności, sędziów, ani linii. Strzela się dowolnie. Sytuacja jest komiczna – nie dość, że nikt nie trafia w deskę, to nawet w jej pobliże! Odnosimy nieodparte wrażenie, że od dawien dawna żaden z zawodników nie miał w ręku swego łuku. Ale wszyscy bawią się świetnie (może poza osobą, którą jeden ze strzelców trafił przypadkiem w głowę...). Kobiety kibicują tańcząc w rzędzie i śpiewając jakąś tradycyjną pieśń. Wszyscy się śmieją, panuje idealnie sielska atmosfera. Druga runda strzałów odbywa się z górki na dół, znów w deskę z symbolem. I znów nikt nie trafia – co za radość! I znów pod górkę – jeden trafiony strzał! Ubawiony tłum pomału się rozchodzi – koniec dzisiejszych atrakcji przedpołudniowych.
Wieczorem dalsza część rozrywek festiwalowych. Zbieramy się na mniejszym placu, siadamy na specjalnie dla nas przyniesionych krzesłach. Ktoś robi nam herbatę, czekamy na występ. W końcu na zaimprowizowaną scenę wchodzą trzy młode kobiety w strojach tybetańskich. Towarzyszy im też mężczyzna z małym instrumentem strunowym, który trzyma jak gitarę. Występ jest... oryginalny. Onieśmielone kobiety mruczą coś cichutko i jakby pomiaukują, od czasu do czasu przechodząc z nogi na nogę. Kolejne popisy niewiele się od tego różnią. Cóż, preferujemy dzienne rozrywki...
Drugi dzień festiwalu. Wszystko podobnie, tylko entuzjazm mniejszy. Ale pomysł jest udany. I w zasadzie wszystko nam się podoba. Nawet wieczorne popisy.
Żegnamy się z Kyanjin Gompa. Smutno. Wracamy w pobliże Langtangu – jego niepohamowanego strumienia. Wodospady, huk rozbijającej się wody. I znów bujna roślinność, jesienne liście. Mijają nas tragarze. Najbardziej szokuje nas ten, niosący wielki czarny baniak, w którym tutaj gromadzi się wodę na prysznic dla turystów. Czarny, aby słońce szybciej nagrzewało zawartość. Baniak jest dwa razy większy od tragarza. Niewiarygodne.
Mijamy miejsca, w których już byliśmy i kilka całkiem nowych. Na dalekich zboczach, drzewa obsypane kolorowymi liśćmi, tworzą różnobarwną układankę. Przed wejściem do każdej z wiosek brama z identycznym napisem na czerwonej płachcie: LANGTANG FESTIVAL 2005. Dekoracje rozmaite: w większych miejscowościach bogate, pełne gałązek jodeł i świerków; w niższych partiach doliny - źdźbła traw i pojedyncze kwiaty. Tak żegna nas Dolina Langtangu...
Wszyscy się do nas uśmiechają, pozdrawiają. Oni się nie smucą, wiedzą, że wrócimy...
Zobacz zdjęcia:
Nepal
Nepal - wybierz obszar, który cię interesuje:

Zaloguj się
Przyłącz się do społeczności miłośników podróży
Twój profil
Wyloguj

























