Wielkie cielsko podrdzewiałego autobusu wreszcie się zatrzymało. Gdy wyskakiwaliśmy na drogę, w uszach ciągle brzmiał dźwięk piszczących hamulców. Po godzinach jazdy niezbyt utwardzoną trasą, gdzieś we wschodnim Zimbabwe, staliśmy teraz przed kilkoma rozrzuconymi na łące budynkami. -- To Rukweza – powiedział Francis, po czym skierował się do czegoś co przypominało sklep. Kupił dwa piwa, podał mi jedno mówiąc – Pij szybko, bo już trochę późno, a przed nami długi spacer.
Dolina Magiczna
Sempeck2006-12-16 23:56:15
Wyświetlono razy (ostatnio: )
Ocena 1.00 z 5.00. 1 głosów oddanych
kozła.
Niedawno zmarła babcia Francisa. Część rodziny domaga się teraz rekompensaty za tę śmierć. Przychodzili po pieniądze. Matka chciała, by Francis kupił im kozła.
- Jeśli go nie dostaną, mogą rzucić czar – mówiła.
Cmentarz
W chatce zjawił się Chamu, kuzyn, młody farmer. Na nogach miał sandały zrobione ze starej opony. Mocny chłop, Francis opowiadał, że potrafi przejść 70 kilometrów, biorąc ze sobą tylko pół bochenka chleba i butelkę coli.
Chamu powiedział, że zaprowadzi nas na cmentarz. Ruszyliśmy więc na spacer. Na górce w lesie znaleźliśmy kilka murowanych, prostych nagrobków. W zastygniętym cemencie, patykiem wyrysowane były imiona i daty śmierci. Grób babci na razie tylko przykryty ziemią.
Wracając, skacząc przez strumienie po kamieniach, szliśmy też przez las. Coś zaszamotało przed nami, Francis o mało nie wdepnął na mambę, jadowitego węża. W porę się zatrzymał i nie spanikował. Gad uciekł szybko w krzaki. Jakiś znak?
Telefon
Kolejnego dnia dotarliśmy do jaskini na zboczu góry, by obejrzeć naskalne malunki. Bardzo wyraźne, słonie, osły, wielbłądy i inne. Czerwone, białe, można dotykać. Tak po prostu. Nikt nie wie ile mogą mieć lat.
Wracając spotkaliśmy kolejnego kuzyna, który jest tu nauczycielem. Zasiedliśmy z jego rodziną przy łuskaniu kukurydzy. Znów omawiana była sprawa kozła. Dostaliśmy słodkie ziemniaki na obiad. Nauczyciel mówił też o swojej sytuacji, że lista narzekań i zażaleń jest długa. Zaczyna się brakiem elektryczności. Przed domem widziałem baterię słoneczną, która ładuje akumulator. - Przynajmniej jest radio i można ładować komórkę, chociaż zasięg jest tylko przy drodze - mówił kuzyn. Ale właśnie dzięki temu mogli wezwać Francisa, który teraz mieszka w mieście.
Knajpa
Wieczorem kolejna przeprawa przez bagna. Zachciało nam się piwa. Odnaleźliśmy kilka kanciastych domków, czyli niemal centrum handlowe z dwoma sklepami spożywczymi. Piliśmy na murowanej werandzie, wsparci o kolumnę, w górach, przy zachodzie słońca. A potem przy świecach chłopaki pili chibuku, ledwo sfermentowany napój alkoholowy w brązowej, plastikowej beczułce. 2 litry. Nazywają go tu scud, bo pociski używane w wojnie w Zatoce miały taki sam kształt.
Biesiadnicy przekrzykiwali się, jakaś dziewczyna dała mi numer telefonu, zaledwie kilka cyfr. Zrobiło się całkiem ciemno, gwiazdy tylko i świeczki.
Rozmowa zeszła na tematy poważne. Rozmówcy pytali mnie czy to prawda, że węże nie kąsają białych ludzi...
Opowiadali o hienach, o tym, że zjadły człowieka, czy raczej jego ciało, bo prawdopodobnie zmarł wcześniej. Jak? Nie wiadomo. Żona nie widząc męża przez kilka dni nie podniosła alarmu. Teraz gdy wyszło na jaw, że ciałem zajęły się hieny, uciekła. Boi się klątwy.
Noc
Spanie na kamiennej podłodze, w śpiworze, w chatce. Świeczka jeszcze trochę grzała, ale potem już tylko chłód. Zawinięta kurtka pod głowę, w nocy budziłem się żeby ją ubrać, dygotałem śpiąc w spodniach i bluzie. Dziwne sny.
Francis stwierdził, że wszystko przemyślał i zbadał. Nie kupi kozła. To zwykłe przesądy i brednie.
- Musisz kupić tego kozła – odezwałem się stanowczo, po czym dodałem, jakby się tłumacząc – Choćby tak na wszelki wypadek…
Zobacz zdjęcia:
Zimbabwe
Zimbabwe - wybierz obszar, który cię interesuje:

Zaloguj się
Przyłącz się do społeczności miłośników podróży
Twój profil
Wyloguj























