Atak na szczyt Mount Everestu, 8848 m n.p.m.
Martyna Wojciechowska Wyświetlono: 5904 razy 2006-10-11 20:17:25![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:3.18235294118 (170 głosów) |
Tekst powstał na podstawie komunikatów prasowych Wojtka Trzcionki. Więcej o wyprawie na: www.mounteverest.pl, www.martyna-adventure.pl i www.martynawojciechowska.pl
13 maja 2006, sobota
Chyba nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, że będzie to najbardziej szalony dzień całej wyprawy. Już poprzedniego dnia wieczorem Ang Dorjee i Mingma Tenzing – dwóch z trzech Szerpów polskiej ekipy upiło się, posprzeczało i pobiło. Mingma oznajmił wszystkim, że w tej sytuacji opuszcza obóz. W końcu po długich nocnych negocjacjach, Szerpowie zgodzili się zostać. Rano wciąż nie rozmawiali ze sobą, ale nie zakłócali przynajmniej przygotowań do ataku szczytowego, którego celem było zdobycie Mount Everestu w okolicach 16, 17 lub 18 maja. Pierwsi opuścili Bazę Janusz, Tomek, Jura i Boguś. W południe w drogę wyruszyli Martyna i Darek.
Pechowa trzynastka dała się we znaki. Martyna spakowała już plecak i niespodziewanie potknęła się przed namiotem, upadła i uderzyła głową o kamień. Przez moment nie dawała znaku życia, wszyscy w obozie zamarli. Na szczęście po chwili podniosła się, uśmiechnęła, uznając, że to „siniak na szczęście”.
Aż do południa wpinacze szukali Szerpy, który wieczorem pobił się ze starszym kolegą. Mingma w końcu pojawił się… opuchnięty, z ruszającym się i obolałym zębem.
Tego dnia, członkowie wyprawy mieli się przekonać, że chodzenie po lodospadzie w środku dnia nie jest dobrym pomysłem… Warunki na Icefallu były potwornie ciężkie. Sypał śnieg, nie było widać szczelin, trzeba było ciągle szukać poręczówek. Droga nad Icefallem, też była fatalna, musieli torować sobie przejście przez śnieg. O tym jak bardzo niebezpiecznie jest, okazało się, gdy kilka metrów od ekipy obsunął się serak wielkości domu jednorodzinnego. Wielki huk, trzęsienie ziemi, lód przesuwający się pod stopami. Człowiek nie ma najmniejszej szansy na reakcję. Dopiero wtedy uzmysłowili sobie, jak nie rozsądnie jest wychodzić na lodospad, gdy jest on rozgrzany słońcem. Na szczęście wszyscy dotarli do namiotów cali i zdrowi. W Jedynce: Bogusław, Martyna i Darek, a w Dwójce: Janusz, Tomasz i Jura. W niedzielę obie ekipy wspinaczy miały połączyć siły w Obozie II.
14 maja 2006, niedziela
Obóz II, 6400 m n.p.m.
Ekipa Falvit® Everest Expedition 2006 spotyka się w Obozie II. Bogusław, Martyna i Darek wyruszyli przed południem z Jedynki i dotarli do Janusza, Tomasza i Jury, którzy byli już w Obozie II. Poniedziałek zaplanowali na odpoczynek, gdyż synoptycy przewidywali pogorszenie pogody. Wyjście do Obozu III zaplanowali na wtorek, o ile pogoda się poprawi i utrzyma na dobrym poziomie, co najmniej przez dwa, trzy dni.
15 maja 2006, poniedziałek
Obóz II, 6400 m n.p.m.
Ekipa jednak znów się rozdzieliła.
Do Trójki ruszyli Janusz, Tomasz i Jura. Krótko przed wejściem na ścianę Lhotse z góry zerwała się lawina. Jej czoło uderzyło kilka metrów od grupy. Wspinaczy przysypał śnieg, a jednego z Szerpów kawałek lodu ranił w głowę. Mieli dużo szczęścia, nic poważnego się nie stało. Niestety, śnieg przysypał rzeczy i chłopcy sporo czasu stracili, żeby odnaleźć plecaki oraz czekany.
Bogusław, Martyna i Darek nie wychodzili z Dwójki. Napięcie zaczęło powoli rosnąć, bo od strony północnej Everest zdobywa coraz więcej osób, gdy tymczasem od południowej nie weszła jeszcze ani jedna ekipa. Atak szczytowy planowany jest na 18 maja.
16 maja 2006, wtorek
Obóz III, 7150 m n.p.m.
Ekipa Falvit® Everest Expedition 2006 dotarła w komplecie do Obozu III. 17 maja rano ekspedycja ma wyruszyć do Obozu IV na Przełęczy Południowej na prawie 8000 m a po odpoczynku w namiotach, około północy lokalnego czasu (ok. 20.00 w Polsce), chcą atakować szczyt Everestu. Atak może potrwać nawet 22 godziny. Prawdopodobnie podejście pochłonie wspinaczom 14-15 godzin, a zejście 6-7 godzin. Odwrót ekipy ze szczytu powinien rozpocząć się najpóźniej o godz. 14.00 czasu lokalnego.
17 maja 2006, środa
Obóz IV, 8000 m n.p.m.
Wszyscy członkowie polskiej wyprawy dotarli do Obozu IV na Przełęczy Południowej. Jako pierwszy z Trójki wyszedł rano Janusz. Do Czwórki dotarł po sześciu godzinach (bez tlenu) i rozpoczął rozstawianie namiotu. Chwilę po nim zjawili się Martyna, Dariusz i Tomasz (na tlenie, szli 5 godz. 30 min.). Bogusław (na tlenie) i Jura (bez tlenu) dotarli do ekipy dwie godziny później. Ostatni do Czwórki dotarli trzej Szerpowie (szli aż z Dwójki), dlatego ekipa sama musiała uporać się z rozstawieniem namiotów oraz wypożyczyć gaz i kuchenki od innych ekip. Polaków ogromnie ucieszyła wiadomość, że w środę na Everest od strony południowej nareszcie weszła pierwsza w tym sezonie grupa wspinaczy. Ekipa informowała ze szczytu o bardzo głębokim śniegu.
17/18 maja 2006, środa/czwartek
Obóz IV, 8000 m n.p.m.
Ekipa Falvit® Everest Expedition 2006, po kilkugodzinnym odpoczynku w namiotach w Obozie IV, wyruszyła o północy czasu lokalnego na szczyt. Gdy skończyli rozbijać obóz, niespodziewane zaczął wiać bardzo silny wiatr i sypać śnieg. Żadna prognoza nie ostrzegała przed burzą. Wspinacze poważnie rozważali rezygnację z ataku. Krańcowym etapem wspinaczki jest pokonanie 850 metrów różnicy poziomów powyżej 8000 m, początkowo polami śnieżnymi, a potem ostrzem Południowo-Wschodniej Grani. Pierwszy odcinek zamyka tzw. Balkon na wysokości 8300 m - ostatnie dogodne miejsce, gdzie da się odpocząć. Większość wypraw często zostawia w tym miejscu awaryjne depozyty ratunkowe - tak będzie też w przypadku wyprawy Falvit® (płachta biwakowa, gaz, naczynia, herbata, cukier). Dalej droga będzie wiodła dość ostrym grzbietem, aż do samego Wierzchołka Południowego o wysokości 8750m. Tu ekipa odciąży plecaki i zostawi depozyt butli tlenowych przeznaczonych na drogę powrotną na Przełęcz Południową. Potem grań staje się bardzo ostra i niezmiernie trudna. I tak, aż do ostatniej największej przeszkody, do tzw. Stopnia Hilarego.
Wejście na szczyt Mount Everestu planowane jest w czwartek około południa (w Polsce będzie rano).
18 maja 2006, czwartek
Szczyt Everestu, 8848 m n.p.m.
Przed południem (czasu lokalnego) na najwyższej górze świata Mount Everest (8848 m ) stanęła Martyna Wojciechowska, dziennikarka TVN, a wraz z nią pozostali Polacy, członkowie ekipy Falvit® Everest Expedition 2006: Bogusław Ogrodnik (Wrocław), Dariusz Załuski (Warszawa), Janusz Adamski (Szczecin), Tomasz Kobielski (Gliwice), Jura Jermaszek (Rosja) oraz Szerpowie Ang Dorjee (to jego dwunaste wejście na Everest), Mingma Tenzing (drugie wejście) i Phur Tenzing (pierwsze wejście). Jako pierwszy z polskiej ekipy na szczyt dotarł Janusz, po nim Tomek. Trzecia była Martyna. Po nich kolejno wchodzili: Dariusz, Szerpowie, Bogusław. Jako ostatni na szczyt dotarł Jura.
Martyna: – Powoli dochodzę do szczytu i widzę, że nie ma Darka, który w tym czasie walczy z zalodzoną maską. Siadam jeszcze przed szczytem przyglądałam się górom dookoła. A więc to już? Naprawdę? Tyle razy widziałam tę Górę w albumach. Tyle razy śniła mi się po nocach... Czuję, że motyle w brzuchu zaczynają rozkładać skrzydła i nieśmiało nimi trzepotać... Uczucie ciepła rozlewa mi się w całym ciele. Powoli dociera do mnie myśl, że... zdobyłam Mount Everest. Weszłam na Najwyższą Górę Świata! Dopiero wtedy zdaję sobie sprawę, że to nie ma żadnego znaczenia, że jedyne, co jest ważne, Droga. Nie tylko droga na Everest, ale cała droga, którą pokonujesz w sobie, wewnętrzna motywacja, a potem cała przemiana, jaka się dokonuje. Wszystko, co najważniejsze – stało się już wcześniej... do szczytu zostało mi piętnaście kroków. Dogania mnie Darek i razem wchodzimy na szczyt o dziewiątej dwie. W tym czasie Janusz schodzi już w dół, mijając się, podajemy sobie dłonie w uścisku. Jestem dumna, że wszyscy, cała nasza ekipa stanęła na szczycie, i to jednego dnia. W dobrej formie. Nie ma znaczenia, kto był pierwszy, a kto ostatni. Nie miało znaczenia dla Hillary’ego i Tenzinga, kto postawił nogę pierwszy – weszli razem.
Co czułam? Nie było wybuchów radości, ani euforii. Co można poczuć na Dachu Świata? Po pierwsze wielką ulgę, że to już, że nie trzeba iść wyżej. Po drugie – bolesną świadomość, że czeka nas droga w dół i że więcej ludzi ginie na Evereście schodząc, niż wchodząc. Uradowani sukcesem, zdekoncentrowani i zmęczeni, popełniają więcej błędów... I po trzecie – subtelne rozczarowanie, że osiągnęło się cel, którego się pragnęło i do którego przygotowywało się wiele miesięcy czy nawet lat. I że to koniec. Że już nie ma za czym gonić, bo marzenie właśnie się spełniło...
Tekst powstał na podstawie komunikatów prasowych Wojtka Trzcionki. Więcej o wyprawie na: www.mounteverest.pl, www.martyna-adventure.pl i www.martynawojciechowska.pl
| Oceń relację | ![]() ![]() |
![]() ![]() |
![]() ![]() |
![]() ![]() |
![]() ![]() |
Komentarze
TybetWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju



















































trzymałam kciuki,gratuluje i bardzo zazdroszcze,bo to moja miłość.życzę szczęścia na piramidzie carstensz.pozdrawiam.m kraków