Trzy dni hamady - część 1
Szafir Wyświetlono: 556 razy 2006-10-06 17:22:28![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:3.07 (90 głosów) |
Zapiski z wyprawy Land Roverem na marokański skrawek Sahary
Jak daleko można odjechać na kołach od domu. Dla jednych są to Mazury, dla drugich Ukraina lub Chorwacja. Niewielu jednak odważa się pokonać więcej niż trzy lub cztery tysiące kilometrów w jedną stronę, tylko po to, aby przeżyć krótką przygodę na innym kontynencie. Tymczasem w ciągu kilku dni można dojechać do Afryki. Niemożliwe? Absolutnie realne!
Był świt. Na horyzoncie widniała gigantyczna góra z piachu, nad którą przebijał róż z pomarańczem. To Erg Chebbi. Jedyny kawałek prawdziwej Sahary w Maroku. Trzasnąłem kilka zdjęć wschodzącego słońca, wypiłem kawę i wystawiłem do porannych promieni sztywny od mrozu namiot. W oczach tajał.
Jeśli nie byłeś wcześniej na Saharze, to Erg Chebbi robi niezapomniane wrażenie. Jest inny niż wszystko, co do tej pory widziałeś. Z płaskiej jak lotnisko kamienistej hamady wyłania się nagle wysokie na kilkadziesiąt, czy może nawet sto kilkadziesiąt metrów pasmo piaszczystych wydm. I tylko o wschodzie lub zachodzie słońca erg nabiera prawdziwie trójwymiarowych kształtów. Gdy słońce jest w zenicie, wydaje się natomiast płaski i nijaki.
Diuny, kawa i wełniane czapy
Jeżeli w nocy nie wiało, to rano wyraźnie widać odciśnięte w piasku ślady kół motorów i aut, jakie dzień wcześniej jeździły po wydmach. My też je dostrzegliśmy. I szybko ulegamy magii miliardów ton piachu. Pokonując łagodnie wznoszące się dolinki między diunami posuwamy się głębiej i głębiej. Defendery coraz częściej się stawiają, aż wreszcie definitywnie mówią "stop". Ale co jest? Przecież tamte ślady wiodą jeszcze kilkaset metrów dalej i wyżej... Cóż, zagrzebani po brzuchy odpinamy blachy i chwytamy za łopaty. Zabawę w piaskownicy czas zacząć. Potem jeszcze kilka razy próbujemy wjechać w głąb piaskowych gór. Zawsze z tym samym rezultatem... Nie dajemy rady. Bezradni i pokonani z zawiścią spoglądamy na jakieś Pajero, które zwinnie śmiga po wydmach kilkaset metrów na wschód od nas. Ktoś wpada na genialne odkrycie, że przecież nasze auta są okrutnie zapakowane. Mamy usprawiedliwienie! Żegnamy więc Erg Chebbi i przed wjechaniem na ponoć najpiękniejszy pustynny szlak Maroka, lądujemy na kawę w legendarnej osadzie Merzouga.
To zadziwiające, że w Maroku właściwie w każdej większej osadzie można wypić dobrą kawę. W prymitywnych "cafe" często nie można zamówić nic innego niż kawę lub herbatę. Naiwni pomyślą, że może można tu jednak wypić kieliszek wina lub zimne piwo. Nic z tego. Ani białego, ani czerwonego wina. Ani zimnego, ani ciepłego piwa. Ani tu, ani nawet w promieniu kilkuset kilometrów. Chyba, że ma się własne zapasy...
A kawa? Do woli. Mocna i pełna właściwego smaku. Podana w małych szklaneczkach z grubego bezbarwnego szkła.
| Oceń relację |

























