Outback Wertep Expedition 2006 - wspomnienia z samochodowej wyprawy przez australijski outback
Porachunki z Simpsonem

Szafirek2006-10-06 17:06:52
Wyświetlono razy (ostatnio: )
Ocena 5.00 z 5.00. 4 głosów oddanych
Czerwonej, ja już we wszystkich kołach miałem po 0,8 atmosfery. A gdy zniknął za granią, odruchowo wyłączyłem klimę, zapiąłem reduktor, trójka i gaz do dechy. Przede mną było jakieś 300 m podjazdu łagodnym trawersem, a potem ostry skręt w lewo w szeroką rynnę, która wyprowadzała na niewielką przełęcz między dwoma wierzchołkami Big Reda. Do zakrętu szło gładko. Auto rozpędziło się do granic możliwości i teraz wszystko zależało od sprawnego przełączenia we właściwym momencie na dwójkę. Wchodzę w zakręt. Czuję, jak czerwony piach chwyta za opony i odbiera nam power. Jak tylko wyjdę z zakrętu, to zmienię bieg, powtórzyłem sobie kolejny punkt planu. Wyszedłem. Sprzęgło i biegi. Ale co to!? Czwórka! Podobno wrzasnąłem na całe gardło i rzuciłem jakieś przekleństwa. To były ułamki sekundy. Nie pierwszy raz jadąc na reduktorze miałem w tej Toyotce kłopot z biegami. Byłem już pewien, że to koniec. Że dołączę do tych, co to nie wjechali za pierwszym razem. Ale szybko sobie wytłumaczyłem, że przecież nie jest ważne, za którym razem tu wjeżdżasz, tylko to, czy przejedziesz na drugą stronę. Nie poddałem się jednak. Nie było czasu. Kilka razy dłużej przyjdzie pewnie przeczytać ten akapit niż trwało to w realu. W tych ułamkach sekundy poprawiłem bieg. Udało mi się nie wytracić mocy. I z mozołem, ale i z wielką satysfakcją, wjechałem na Big Reda. Nawet nie wiedziałem, że tu będzie tylu widzów. Wokół rozległy się brawa i owacje. Przez chwilę poczułem się jak gwiazda na Wielkiej Czerwonej. Szkoda, że nie sprawdziłem, czy mój wjazd obserwował tamten Australijczyk. Powinienem mu podziękować.
Z dala od cywilizacji zatraca się poczucie czasu. Nie wiesz, jaki jest dzień tygodnia. Często nawet nie jest ważne, która jest godzina. Dopiero po przyjechaniu tamtego wieczoru do Birdsville ktoś mi uświadomił, że jest piątek. To był Wielki Piątek. Dosłownie i w przenośni. Mijał szósty dzień wyprawy, a my osiągnęliśmy cel. Wszystko zgodnie z planem. Teraz mieliśmy wracać do Alice Springs. Za nami było już ponad 1100 km, ale przed nami jeszcze prawie 2500. Siedząc następnego dnia przy piwie w klimatycznym pubie w Birdsville Hotel pomyślałem sobie, że poszło nam gładko. Jedna zabłąkana w outbacku burza mogła zamienić wyschnięte błotne jeziora między wydmami w maź nie do przejechania. Zamiast 4 dni, moglibyśmy zmagać się z Simpsonem może przez tydzień, albo i dłużej. A kto wie, czy ranger nie zawróciłby nas po prostu do Mount Dare, tak jak przed kilkoma laty mnie. Nam jednak się udało. Simpson jest już nasz, a moje osobiste porachunki wyrównane.
Tekst i zdjęcia: Tomasz Gdawiec
Strona: Â 1 Â 2 Â 3 Â 4 Â 5 Â [6]
Zobacz zdjęcia:
Australia
Australia - wybierz obszar, który cię interesuje:















































