Azja Południowo-Wschodnia'02 -> VANG VIENG i VIENTIANE
ab Wyświetlono: 836 razy 2004-03-26 14:07:24![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:2.98 (54 głosów) |
Zdecydowałyśmy się szybko na pierwszy lepszy nocleg sto metrów od dworca autobusowego gdzie zostawiłyśmy plecaki i natychmiast poszłyśmy na kolację.
Centrum Vang Vieng, które wyobrażałam sobie jako
pustawe miejsce z dala od cywilizacji zaskoczyło mnie ilością domów gościnnych i restauracji. Niewiele różniło
się od centrów turystycznych z barami i głośną muzyką znajdowanych w bez porównania łatwiej dostępnych miejscach. Szczytem zaskoczenia było znalezienie indyjskiej knajpki z autentyczną hinduską obsługą i prawdziwie indyjskim jedzeniem. Nigdzie indziej nie jadłam tak pysznego placka (nazywanego przez nich chlebem ) z czosnkiem oraz ziemniaczków z pomidorami w sosie ziołowym. Rano wyszłam sama na parę godzin rozejrzeć się po okolicy.
Magda, którą po ostatnich deszczowych dniach złapało ostre przeziębienie i kurowała się w guest house'ie, nie chciała zostawać tu długo, zdecydowałyśmy się więc wyjechać jeszcze tego popołudnia. Miałam jeszcze dobre kilka godzin aby chociaż zasmakować w okolicznych krajobrazach.
Wychodząc poza centrum turystyczne wróciła mi wiara w sielankowy charakter Vang Vieng - tam gdzie kończyły się domy gościnne zaczynały się stare budynki wioski, pomiędzy które żadne białe twarze nie zapuszczały się. A za wioską niewiele już przypominało, że zjeżdżają się tu dziesiątki turystów w poszukiwaniu przygód w postaci odkrywania tamtejszych licznych jaskiń czy szalonych spływów na dętce na wodach górskich rzek. Snułam się po okolicy bez mapy mając nadzieję natrafić na jakąś strzałkę wskazującą drogę do jakiejkolwiek jaskini. Wśród chat na obrzeżach znalazłam słabo oznaczony szlak do jednej z nich; idąc najpierw
ścieżką doszłam do podmokłej łąki gdzie ślad szlaku zniknął, następnie podążając za jakimś Laotańczykiem stanęłam niezdecydowana widząc jak ścieżka wpada prosto do zimnego potoku i wydaje się kończyć.
Laotańczyk podwinął jednak nogawki i przeszedł na druga stronę,zrobiłam więc to samo i po przejściu w wysokiej ponad kolana wodzie w towarzystwie kaczek wyszłam na brzeg gdzie ścieżka pojawiła się ponownie i doprowadziła mnie w końcu nad rzekę. W łódce siedziała kobieta trudniąca się przewożeniem ludzi na drugi brzeg, spytałam się jej o drogę do jaskini - na to wskazała drugą stronę rzeki i podała cenę za przewiezienie, która była dla mnie zdecydowanie za wysoka, a nie chciałam czekać nie wiadomo ile na następnego
przechodnia, który podzieliłby się ze mną kosztem. Wróciłam więc tą sama drogą którą przyszłam, znowu minęłam centrum wsi i po krótkim odpoczynku nad rzeką przy zimnym bananowym szejku skierowałam się w drugą stronę w poszukiwaniu innej jaskini. Znalazłam taką około półtora kilometra za wsią - przeszłam przez metalowy mostek dla pieszych i po zapłaceniu niewielkiej opłaty weszłam przez położone około 15 metrów nad ziemią wejście do środka. Jaskinia była wprawdzie zagospodarowana turystycznie , tzn.
| Oceń relację |
LaosWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju




















