Azja Południowo-Wschodnia'02 -> XUAY XAY i LUANG PRABANG
ab Wyświetlono: 1040 razy 2004-03-26 14:05:25![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:3.11 (65 głosów) |
W końcu udało się nam wrócić do punktu granicznego, gdzie już bez problemów odprawiono nas z ziemi tajlandzkiej i po przejściu pod drewnianą konstrukcją nazwaną dumnie Bramą do Indochin w ciągu 10 minut przeprawiłyśmy się starą, chwiejną łódką na druga stronę Mekongu.
Pamiętając o kłopotach sprzed kilkunastu minut, na przystani laotańskiej wioski Xuay Xay skierowałyśmy się od razu do punktu imigracyjnego aby załatwić wszelkie wymagane formalności, a zaraz potem do punktu wymiany walut. Kurs za Bahta był dużo lepszy niż się spodziewałyśmy - przez ciągłą inflację laotańska waluta traci na wartości i tamtego dnia 1 BHT warty był 245 Kip (dla przeliczenia 1 złoty to 2450 Kip). Sam proces wymiany dał odczuć, że znalazłyśmy się w kraju komunistycznej biurokracji - dokument, który musiałyśmy wypełnić w kantorze zawierał takie detale jak nasze nazwiska, adresy, wiek oraz zawód. Za sumę 2000 BHT, a więc około 200 złoty, otrzymałyśmy w zamian prawie pół miliona Kip czyli stertę stu banknotów o najwyższym wówczas nominale 5000, które z racji objętości wygodniej było nosić w woreczku niż portfelu. Niedaleko przystani znalazłyśmy pokój za jedyne 100 BHT, ze wspólną łazienką, ale za to z ciepłą wodą i co bardzo ważne z małym balkonikiem gdzie na palącym słońcu nasze kompletnie mokre buty z trekkingu wyschły w ciągu kilku godzin. Po prysznicu wyszłyśmy
rozejrzeć się po wiosce, która oprócz spokoju nie oferowała wielu atrakcji. Jedna świątynia na wzgórzu nie przestawiała się okazale w porównaniu do tych, które widziałyśmy do tej pory, udało nam się jednak podejrzeć jakiś rytuał wyprawiany na pół nagim wieśniaku przez mnichów oraz porozmawiać z dwoma z młodymi mnichami,którzy zresztą sami wszczynali rozmowę chcąc poćwiczyć swój angielski. Jak się dowiedziałyśmy jeden z nich został mnichem w wieku siedemnastu lat, i od dwóch lat przenosił się z klasztoru do klasztoru ucząc okoliczne dzieci matematyki w rzyklasztornej szkole. Mnisi byli jedynymi mieszkańcami tej miejscowości chętnymi do rozmowy, inni, zwłaszcza w porównaniu do wiecznie uśmiechających się Tajów, wydawali się nie tylko
obojętni,ale w niektórych przypadkach nieprzyjaźni, może nawet wrogo nastawieni. W ciągu całego pobytu tam nie zauważyłam żadnego bezinteresownego uśmiechu czy skinięcia głową do których tak przyzwyczaiłyśmy się w Tajlandii i Malezji. Być może miało to swoje przyczyny w wychowaniu w duchu komunizmu, który nie zakłada przyjaznego stosunku do przybyszów z imperialistycznego zachodu . A być może w tym małym przygranicznym miasteczku będącym punktem przejściowym dla wielu ludzi podróżujących w głąb Laosu mieszkańcy mieli już dość turystów. Wydawali się zamknięci, a może zmęczeni? W każdym razie przez nastawienie otoczenia czułam się tam obco i niezbyt przyjemnie. Chcąc jak najszybciej wydostać się stamtąd poszłyśmy poszukać przystani dalekobieżnej, tzw. przystani wolnych łodzi, aby dowiedzieć się jaka jest cena biletu oraz czas odpłynięcia barki do Luang Prabang.
| Oceń relację |
LaosWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju

















