Jurek Owsiak - podróże sławnych ludzi
Jurek Owsiak - dziennikarz, producent telewizyjny, witrażysta, a przede wszystkim działacz społeczny. Organizuje m.in. festiwal Przystanek Woodstock, który gromadzi dziesiątki tysięcy młodzieży. Jest też głównym pomysłodawcą i realizatorem corocznego Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.
Podróż w jakie miejsce zapadła Panu najbardziej w pamięć? Dlaczego?
Wszystkie dalekie podróże pozostają na długo w pamięci, bo to takie
oderwanie się od naszego europejskiego klimatu, przyzwyczajeń i
jednakowych standardów. Pamiętam swoje pierwsze wrażenia z Berlina
Zachodniego. Po przekroczeniu granicy NRD moje odczucia były wprost
euforyczne, ale to były kompletnie inne czasy i uznajmy je jako początek
mojego podróżowania. Podróżowania dla ciekawości, poznania świata, bo na
szczęście nigdy nie były one związane z polską tradycją szukania pracy.
Z tych dalekich miejsc bardzo mi w pamięć zapadła podróż po Nepalu, ale
także przedziwnym było przemierzanie siedmiu rzek w Wietnamie, gdzie już
na 3 promie byliśmy jedynymi kolesiami z Europy. Jak tu również nie
wspomnieć o podobnym promie na szlaku niewolników w Ghanie, gdzie także
byliśmy jedynymi białymi, odważnie jedzącymi jajka na twardo rozwijanymi z
gazety w cenie chyba powietrza. Jak już o promach, to zapadła mi w pamięci
podróż z duszą na ramieniu na terytorium Tygrysów Tamilskich na Sri Lance,
gdzie jechaliśmy z misją charytatywną, a przyjęło nas tam wojsko w
spodniach w kant, laczkach, tureckich koszulach, z wielkimi karabinami
maszynowymi na piersiach. I tak samo dziwnym i pozostającym w pamięci było
wyjście za potrzebą w krzaki, za którymi ciągnęły się tory, w
nieskończoność w jedna stronę i w drugą, temperatura +38 stopni, a my na
trasie do Uluru, czyli do wielkiego aborygeńskiego głazu w środku
Australii. I co w tym dziwnego? Bo tam była nazwa stacji, a nie sposób
było znaleźć w promieniu kilkudziesięciu mil ludzkiej osoby.
No dobrze. Aby już kończyć to szperanie, to – czy uwierzycie, że na
Islandii, która wygląda, jakby składała się z żużlu, pumeksu, kłębów pary
i przepięknych małych koników, gdzieś hen daleko od lądu, na totalnym
pustkowiu, gdzie w ciągu dnia przejeżdża jeden, może dwa samochody, jest
oznakowane przejście dla pieszych i, żeby było śmieszniej, zaraz obok z
gleby wystaje wrak kutra? Wszystko razem wygląda jak wielki rebus, mam to
na zdjęciach i filmach.
Najdziwniejsze miejsce, do jakiego Pan dotarł?
Sklep też na Islandii, gdzieś na totalnym pustkowiu. Sklep spożywczy,
do którego skierowała nas kartka na domu, w którym mieliśmy spać. Adres
domu znaleźliśmy w przewodniku Pascala. Uwaga – dom jeden, jedyny,
zamknięty, z kartką „klucze w sklepie”. 600 metrów dalej sklep. Za sklepem
widać jeszcze 3, 4 domy i kościółek, przed sklepem stacja benzynowa.
Idziemy po klucze, jest godzina 23.30, ale to był czerwiec, więc mamy do
czynienia z białymi nocami. W sklepie, wydaje mi się, absolutnie islandzka
atmosfera – 4 osoby, czyli chyba wszyscy mieszkańcy, oparci o ladę,
gaworzą. Widzieli już nas z daleka, więc gaworzą chyba 6 razy więcej. Są
bardzo mili, klucz jest w szufladzie, a sklep jest pełen fantastycznych
ciekawostek: suszone ryby, kalosze, dziwne i przedziwne drobiazgi
(niestety, chińskiej produkcji), jakieś rzeczy nieznanego zastosowania i
do tego wielkie pudło z Prince Polo. Za szklaną gablotą ciastka domowego
wypieku, ale wydaje mi się, że nigdzie nie widzieliśmy alkoholu. Wzięliśmy
klucze, w domu stało pianino i w ogóle panowała atmosfera bardzo domowa.
Pyszna kolacja, super noc i piękny następny poranek. I gdzie to było,
trudno mi teraz powiedzieć.
Czy jest miejsce, do którego wciąż Pan wraca?
Wracam do miejsc, które siłą rzeczy mnie ciągną, bo coś musze tam
załatwić, jedne lubię inne mniej. Z takich wojaży bardzo lubię nasz Gdańsk
i bardzo, bardzo radośnie wracałem – i chciałbym to robić jak
najczęściej – do klimatów australijskich.
Jaki jest wymarzony cel Pana przyszłej podróży?
Księżyc, tylko po to, aby spytać się, czy jest tam miejsce dla wariatów, którzy tak bardzo komplikują nam naszą dzisiejszą Polskę. Ale w sumie, po co komuś, gdzieś daleko, robić taką przykrość? Chciałbym bardzo z kimś, kto żyje w tych miejscach, bardziej wgryźć się w Afrykę. Można to liznąć z wycieczką, można to liznąć z grupą przyjaciół, ale zawsze (co już przeżyłem!) miejscowa dusza zaciągnie Cię w miejsca, których nigdy inaczej nie zobaczysz. Taką podróż miałem okazję przeżyć w Ghanie, na Sri Lance, czy Indiach. Ale to jest tak jak ze mną, też lubię kogoś ze świata ciągać za sobą po swoich ulubionych dziurach.
Czy doświadczenia nabyte podczas podróży są przydatne w Pana pracy?
Stanowi to wręcz część mojej pracy. Mając program telewizyjny, wielokrotnie pokazuję relacje ze swoich podróży, czyli jest to też moja praca. A poza tym nauczyło mnie to bardzo dużo i chętnie tymi umiejętnościami dzielę się z innymi. A tak na końcu, to przez te wszystkie podróże nauczyłem się jednego i najważniejszego – potrafię się spakować na każdy wyjazd w minutę sześć i nawet mam u siebie w plecaku gotowy zestaw kosmetyków, wyjazdowych golarek, aspiryny, kompletu majtek, skarpet i peleryny.
Zaloguj się
Przyłącz się do społeczności miłośników podróży
















