• Relacji z podrózy: 17305
  • Zdjęć: 122762
  • Podróżników: 28287
  • Porad: 18790
  • Postów: 112606
  • Tematów: 10283

Patronat Odyssei: Rowerem do Dakaru


Relacja z samotnej wyprawy rowerowej z Konina do Dakaru.

Dakar Solo RideMając w perspektywie trzy miesiące pedałowania przez alpejskie przełęcze, Pireneje, spaloną słońcem Hiszpanię, Marokański Atlas, a na koniec setki kilometrów monotonnego, pustynnego krajobrazu wydawał mi się to szmat czasu. Dakar był abstrakcją majaczącą gdzieś na horyzoncie wyobraźni. Gdy na liczniku zaczęły wskakiwać pierwsze kilometry zostałem porwany przez nurt przygody, a czas przestał mieć znaczenie. Mozolne podjazdy w Alpach nie wiedzieć kiedy zostały daleko za mną, Hiszpania okazała się najgorętszym miejscem na trasie podróży, a Marokańska gościnność czasami odejmowała mi mowę. Wreszcie ta długo wyczekiwana Sahara... nie była wcale tak drapieżna, ale często kapryśna.

Czuję jak niewidzialne wrota zatrzaskują się za moimi plecami, a głowa nieustannie pulsuje od myśli, które kotłują się i ciążą niczym dodatkowy balast. Zupełnie jakbym przekraczał magiczną granicę zagłębiając się w inną rzeczywistość. Właśnie pierwszego dnia mieszają się ze sobą dwa światy, ale z każdym przejechanym kilometrem jeden z nich pozostaje coraz dalej w tyle. Powoli powraca klimat podróży rowerowej, pojawia się specyficzny rytm dyktowany codziennymi czynnościami, które będą powtarzane niczym mantra przez najbliższe trzy miesiące.

 Dakar Solo RideMożna odnieść wrażenie, że Czechy to ciągnąca się w nieskończoność sielska wieś, ale rowerzysta czuje się trochę jak na wzburzonym morzu. Pofalowana powierzchnia sprawia, że podjazdy i zjazdy nieustannie się ze sobą przeplatają, a tańcząca wstęga asfaltu przypomina rozbrykane nuty na pięciolinii, które połączone w całość tworzą żywe wariacje. Te skoczne obertasy potrafią być wymagające gdy wezmą rowerzystę w obroty i stanowią dla mnie dobrą zaprawę przed Alpami. Największy w Europie łańcuch górski po raz pierwszy ukazuje się na południu Niemiec. Pagórkowaty teren nagle staje się płaski, a na horyzoncie wyraziście strzępią się ostre zęby Alp Bawarsko – Tyrolskich, które prują grubą powłokę granatowych chmur. Obfite opady sprawiają, że wieczorem trudno znaleźć miejsce na rozbicie namiotu, bo wszystkie pola przypominają bajora, na których nawet kaczki zaczynają pływać. O wiele bardziej przydatny byłby chyba dmuchany materac. Przez pierwsze dwa dni alpejska aura kaprysi na całego serwując jedną ulewę za drugą, ale w końcu siwa skorupa spoczywająca nad Alpami zaczyna pękać przepuszczając nieśmiało blask żółtych promieni. Cały świat natychmiast się zmienia. Następnego dnia jeszcze nie rozświetlone porannym słońcem poszarpane alpejskie szczyty odznaczają się wyraźną ostrą kreską na nieco bladym błękitnym niebie. Po kilku minutach ciepłe barwy zaczynają zalewać doliny. Zbocza natychmiast zielenią się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a skaliste kolosy dumnie prężą swoje torsy. Każdy przejechany kilometr jest niesamowitą przygodą.

Dakar Solo RideSzybko zostawiam za sobą Austrię, obwieszony suszącymi się ubraniami przejeżdżam przez księstwo Lichtenstein i dopiero w Szwajcarii zaczynam prawdziwą zabawę z Alpami. Serpentyny prowadzące na przełęcz Oberalpass (2046m) to pierwszy alpejski podjazd na wysokość ponad 2000 m. Ze Szwajcarii trasa prowadzi do Włoch zeszłorocznym etapem  Tour de France przez Col du Grand St. Bernard (2469m), a następnie wdrapuję się na Col du Petit St. Bernard (2188m) i z prędkością dochodzącą do 70 km/h zjeżdżam do miejscowości Bourg St. Maurice. Droga oplatające zbocze góry przypomina zahipnotyzowanego węża, który unosi masywne cielsko i faluje nim w rytm melodii. Sam zjazd jest zawsze wyczekiwaną nagrodą po kilku godzinach mozolnego podjazdu, ale na ostrych zakrętach o zbytnim rozluźnieniu nie ma mowy. Wystarczy chwila nieuwagi żeby stracić kontrolę nad obładowanym rowerem. Dakar Solo RideW takich warunkach klocki hamulcowe zdają się dosłownie rozpuszczać i na dziewięciu alpejskich przełęczach wymieniam dwa komplety. Przygodę z Alpami kończę podjazdem na przełęcz Col de la Cayolle (2327m). Nadzieje na odpoczynek okazują się jednak płonne, a droga przyklejona do stromych ścian kanionu Verdon jak na złość co chwila wyrywa ostro do góry. Widoki kolejny raz rekompensują wszelkie niewygody. Początkowo rzeka Verdon leniwie kreśli kolejne meandry przeciskając się między wapiennymi skałami, które wznoszą się kilkaset metrów wyżej, aż wreszcie kanion jakby rozwija się niczym kwiat z zamkniętego pąku. Rzeka poszerza się, a jej turkusowa barwa odznacza się na tle białych ścian, które rozsunęły się na boki. Jadąc przez południe Francji czuję, że upały stają się coraz bardziej uciążliwe. Po przekroczeniu Pirenejów zaczynam się zastanawiać czy nie zmierzam przypadkiem w stronę piekła. Hiszpańskie słońce nie ma absolutnie żadnej litości, a temperatura powietrza dochodzi codziennie do 40stC w cieniu. Płaskie odcinki są katorgą, a podjazdy nawet te najmniejsze wypompowują litry potu. Nie ma nawet co liczyć, że podmuch wiatru przyniesie orzeźwienie. Jadąc w dół zderzam się z powietrzem, które przypomina buchający żar z otwartego piekarnika, oprawki od okularów zaczynają parzyć, a woda w bidonie jest gorąca. Staram się rozpoczynać dzień jak najwcześniej żeby wykorzystać rześkie poranki. Przed godzina siódmą ostatnie gwiazdy dogasają na ciemnym, granatowym niebie.  Dakar Solo RideHiszpania powoli budzi się do życia, przeciąga się i ziewa jakby od samego rana zapanowała „maniana”. Słońce z charakterystycznym dla tutejszego zwyczaju małym opóźnieniem wynurza się zza linii horyzontu i opieszale wznosi się rozjaśniając szare kontury wzgórz. Czerwona kula zaczyna świecić żółtym intensywnym światłem i od tego momentu stopniowo ogrzewa wychłodzone przez noc powietrze. Po trzech godzinach z nieba leje się żar, który wypala wszystkie chęci na dalszą jazdę, a czas zdaje się rozciągać w nieskończoność. Wnętrze Hiszpanii w niczym nie przypomina kurortów na brzegiem morza. Zazwyczaj przejeżdżam przez małe wioski wtulone w barwną mozaikę pól, gdzie czas płynie jakby wolniej i czuć oddech minionej epoki. Aż trudno sobie wyobrazić, że kilkadziesiąt kilometrów stąd na piaszczystych plażach Costa del Sol wyrastają „drapieżne” hotele, w których turyści pławią się w luksusach. Zwieńczeniem podróży przez Europę jest podjazd na Pico del Veleta  (3398m) najwyżej położoną drogą asfaltową na naszym kontynencie.

Dakar Solo RideOd samego początku droga prowadząca z Granady na Pico del Veleta rozpoczyna swój taniec po zboczu góry i robi to z gracją godną baletnicy. Dopiero jednak 13 kilometrów przed wierzchołkiem wjeżdżam na słynne serpentyny. Nie wiem czy ja mam coraz mniej siły, czy to droga staje się bardziej stroma. Mozolnie i z trudem pokonuję każdy metr. Krajobraz staje się księżycowy i po chwili otaczają mnie tylko skalne rumowiska. Droga kluczy między nimi, a asfaltu jest mniej z każdym kilometrem. Tylne koło zaczyna się obracać w miejscu na szutrowej nawierzchni. Determinacja jest tak duża, że nie zauważam, że to już koniec drogi. Wierzchołek znajduje się 16 metrów wyżej, można na niego co najwyżej wnieść rower na plecach. Podjazd na Pico del Veleta zajmuje mi 7 godzin, podczas których pokonuję drogę o długości 43 km i przewyższeniu 2660m.

 Dakar Solo Ride

Po 38 dniach i przejechaniu 4100 km dojeżdżam do Malagi, gdzie kończy się europejski etap mojej podróży. Wsiadam na prom i po kilku godzinach jestem w Melilli, hiszpańskiej enklawie, która zapoczątkowuje afrykańską przygodę. Trasa prowadzi przez wnętrze Maroka gdzie turyści rzadko zaglądają, a obładowany rower z przyczepką wzbudza często sporą sensację. Już pierwszego dnia poznaję prawdziwą marokańską gościnność. Gdy zaczynam rozbijać namiot zjawia się nieznajomy przybysz o imieniu Ahmed i zaprasza mnie do swojego domu. Mówi, że za chwilę kończy się Ramadan i jego żona przygotuje kolację. Nalega żebym poszedł razem z nim. Mówię, że nie mam zbyt dużo pieniędzy i nie będę mógł mu zapłacić. Na twarzy Ahmeda pojawia się wyraz zdziwienia i zmieszania, że tak potraktowałem jego propozycję. Taka gościnność jest dla niego czymś naturalnym, zupełnie bezinteresowna. Wieczorem długo razem rozmawiamy. Wnętrze lepianki rozświetla gazowa lampa, a ze starego radia wydobywają się marokańskie rytmy. Nazajutrz dostaję na drogę ciastka i całą torebkę fig. Szybko okazuje się, że pomimo powszechnej biedy ludzie chcą się podzielić dosłownie wszystkim.

 

 Dakar Solo RideArabowie nazwali Afrykę północno – zachodnią Al Dżezira al Maghrib, czyli „Wyspa Zachodu”, bowiem ten obszar góruje nad pustynią. Po kilku dniach docieram do najwyższego łańcucha górskiego Afryki, , który wypełnia serce Maroka. Gdy opuszczam miasteczko Rich droga leniwie pełznie szeroką doliną w marokańskim Atlasie Wysokim i tylko czasami niemrawo podryguje. Masywne, stożkowe góry marszczą swoje oblicze przybierając postać ogromnych rodzynków. Po drugiej stronie doliny wyrastają podłużne nastroszone garby o płytowej budowie, a różowe i czerwone warstwy przeplatają się tworząc ogromnego przekładańca. Z obydwu stron opadają dolinki wyżłobione przez wody opadowe.  Przecinają drogę szatkując ją na kawałki. Zazwyczaj są to wyschnięte koryta, ale czasami przejeżdżam przez niewielkie strumyki, które nie zanikły po wieczornych ulewach. Atlas jest nieobliczalny. Z otwartej przestrzeni droga nurkuje do kanionu. Ściany skalne staja się coraz wyższe, bardziej masywne, aż w końcu przypominają drapacze chmur. Ich ogrom jest przytłaczający i w Dakar Solo Ridedobitny sposób pokazuje potęgę natury, która potrafi stworzyć takie cudo. Na samym dnie przeciska się z dużym trudem rzeka, a droga wgryza się w poszarpane skały. Przejazd przez kaniony  Todra i Dades można porównać do wizyty w galerii sztuki, wszystko wokół przypomina misterne rzeźby, które wyszły spod ręki mistrza. W tej dramatycznej scenerii czuję się jak mały robak, który pełznie między kamieniami. Zapewne tak może wyglądać świat z jego perspektywy. Wzdłuż malowniczych dolin intensywna zieleń aż kipi, jakby miała zaraz wypłynąć na otaczające góry. Wioski, przez które przejeżdżam zdają się być z innej epoki, jakby czas tutaj zamarł dawno temu. Przypominają zaginione miasta z filmów przygodowych i tylko białe talerze anten satelitarnych przygniecione kamieniami żeby je wiatr nie porwał, wskazują na postęp cywilizacji, który dociera do najdalszych zakątków i odciska swoje piętno. Ja jednak cały czas odnoszę wrażenie, że przeniosłem się w czasie moim trójkołowym wehikułem.

Dakar Solo RideGórskie drogi w Maroku potrafią być nieobliczalne i mogą bardziej przypominać górski szlak niż coś, po czym można jechać. Momentami zatrzymuję się prawie w miejscu próbując złapać równowagę. Wjeżdżając cały czas na stojąco, centymetr po centymetrze, odnoszę wrażenie, że bardziej przypomina to balansowanie na linie niż jazdę na rowerze. W końcu chwytam kierownicę i z całych sił napieram przesuwając rower do góry. Na grząskich kamieniach zarówno koła jak i moje buty zsuwają się co chwila w dół. Trudno jest się o cokolwiek zaprzeć. Wierzchołek wzniesienia tkwi w oddali jak wmurowany. Trudo jednak żeby było inaczej skoro przez godzinę przesunąłem się o 200 metrów. Gdy wreszcie jestem na górze roztacza się przede mną oszałamiający krajobraz, zdecydowanie wart swojej ceny. Dalej trasa jest już dużo łatwiejsza. Zjeżdżam serpentynami z przełączy Tizi-n-Tichka (2260m) wprost do bajecznego Marrakeszu. To właśnie od tego miasta założonego przez Almorawidów pochodzi nazwa Dakar Solo RideMaroko. Plac Djemaa-el-Fna jest sercem Marrakeszu. Od niego odchodzą, niczym naczynie krwionośne, wąskie uliczki starej Mediny. Tam właśnie kryje się magiczny świat kolorowych straganów, czyli suki. Czuję się w nim jak w wielkim maglu. Mózg ledwo nadąża z odbieraniem wszystkich bodźców, które do niego docierają. Każdy z handlarzy niemal siłą próbuje zaciągnąć turystę do swojej „świątyni” i wciska mu dżelabę, wisiorki, ceramiczne naczynia czy marokańskie kapcie. Skręcam kilka razy w przypadkowe uliczki i już zaczyna się przygoda. Nie mam zielonego pojęcia gdzie się znajduję. To jest chyba najlepszy sposób żeby poznać świat suków. Po prostu daję się im porwać i idę przed siebie niesiony na fali tego szaleństwa. Trzy dni to z pewnością zbyt mało aby poznać miasto takie jak Marrakesz, ale muszę ruszać w dalszą drogę. Kierując się na południe przekraczam Tizi-n-Test (2100m) ostatnią przełącz na mojej drodze. Już do samego końca moja trasa prowadzić będzie wzdłuż Oceanu Atlantyckiego. Z niecierpliwością czekam na spotkanie z pustynią.

Dakar Solo Ride„Getaway to the Sahara” – takie miano nosi miasto Goulmim, jednak teraz tonie w strugach deszczu i ani przez chwilę nie można odczuć pustynnego klimatu. Wreszcie 62 dnia w oddali zaczynają majaczyć wydmy, które w promieniach słońca mienią się złocistym kolorem. Formowane przez wiatr przybierają przeróżne formy – podłużne, kopulaste, szerokie, wąskie. Z czasem jest ich coraz więcej. Łagodne kształty są zaostrzone przez cienie, które przesuwają się po ich powierzchni z dużą gracją. Atlantyk zanika, a na jego miejsce pojawia się ocean piasku. Monumentalne wydmy tkwią niczym piaskowe rzeźby przypominając morskie fale, które zamarły w bezruchu. Tak malownicza sceneria to zaledwie mały ułamek ogromnej Sahary, która w znacznej mierze składa się z kamieni i żwiru. Przez setki kilometrów prosta droga przecina płaską jak stół przestrzeń, która jest wręcz przytłaczająca. Ogarnąć można niewielki jej fragment, ułamek zaledwie, cząsteczkę. Próżno wypatrywać, że linia horyzontu zacznie się nagle zmieniać. Monotonia, która drąży psychikę z każdym przejechanym kilometrem wkrada się niepostrzeżenie do codziennej rzeczywistości. Krajobraz przypomina zawieszony na ścianie obraz. Patrzę jedynie na czerwono-białe betonowe przydrożne słupki, na których zmniejsza się ilość kilometrów. Ustawione co dwa kilometry są jedyną oznaką, że cokolwiek w całym otoczeniu ulega zmianie. W Saharze Zachodniej przynajmniej raz dziennie mijam stację benzynową gdzie uzupełniam zapas wody, bo jedyne duże miasta na tym odcinku liczącym 1000 km to Laayoune i Dakhla. Nawet tutaj w samym sercu pustyni spotykam ludzi, którzy chętnie mi pomagają. W Laayoune grupka kolarzy proponuje mi nocleg, a ich mechanik zupełnie za darmo wymienia popękaną obręcz w przednim kole mojego roweru. Gdy dojeżdżam do Dakhli zatrzymuję się na dwa dni u poznanego wcześniej małżeństwa Anglików, którzy mieszkają tutaj od trzech lat.

Dakar Solo RideSiedemdziesiątego czwartego dnia jestem na granicy z Mauretanią. Słyszałem wiele historii o kaprysach tutejszych służb jeżeli chodzi o wydanie wizy na przejściu granicznym, ale mam nadzieje, że rowerzysty do ambasady w Rabacie nie zawrócą. Granicę przekraczam razem z kilkunastoma samochodami, które ustawiły się przez noc. Za plecami słyszę „bonne route” wypowiedziane z lekkim uśmieszkiem przez strażnika. Rozpoczyna się okryty złą sławą „no man’s land”, czyli zaminowana pięciokilometrowa przestrzeń między Saharą Zachodnią, a Mauretanią. Tutaj urywa się asfalt i pozostaje kamienista, zapiaszczona droga, a raczej plątanina śladów pozostawionych przez samochody. Już na samym początku mijam spalone wraki pojazdów, które miały mniej szczęścia. Wizja „morderczej przeprawy” jaką przede mną roztaczano okazuje się nie być wcale taka straszna. W kilku miejscach muszę pchać rower w grząskim piachu, ale gdy trafiam na właściwy ślad to nie ma większych problemów. Wizę też Dakar Solo Ridedostaję, ale tylko tranzytową. Co prawda można ją przedłużyć w Nawakszut, ale na przejechanie 430 km mam trzy dni. Wydaje się, że Sahara tak naprawdę dopiero w Mauretanii budzi się do życia. Bardzo silny boczny wiatr obrzuca mnie coraz większą ilością pisaku, który przywiera do spoconych nóg, ramion i twarzy tworząc szorstką warstwę. Zaczyna nawet zgrzytać między zębami. Każdy samochód ciągnie za sobą piaskową ścianę, z którą muszę się zderzyć, a podmuch przejeżdżającej ciężarówki sprawia, że z trudem utrzymuję równowagę. Już na samym początku Mauretania okazuje się być bardzo pechowa. Najpierw pęka opona, a później szprychy w tylnim kole. Gdy się zatrzymuję mam wrażenie, że piasek całego mnie zaraz zasypie. Nie zastanawiam się długo i zatrzymuję pierwszy pojazd. Jest to stary samochód kempingowy, którym podróżuje para francuzów i razem z nimi zabieram się do stolicy Mauretanii, Nawakszut. Spędzam tam sześć dni załatwiając sprawy wizowe i ruszam dalej na południe. Do Senegalu pozostało 200 km.

Dakar Solo RideDocieram do Rosso, jednego z najkoszmarniejszych przejść granicznych, położonego nad  rzeką Senegal, która oddziela Mauretanię od Senegalu. Trudno opisać panujące tu zamieszanie. Przyzwyczajony jeszcze do marokańskiej życzliwości nie do końca zachowuję czujność i to wystarcza, aby mój portfel wyparował jak kamfora. Brodzę w wodzie nerwowo przeciskając się w tłumie ludzi wchodzących na prom, ale kilkunastoletni chłopak znika w mgnieniu oka. Dociera do mnie, że już jest po sprawie. Uświadamiam sobie jednocześnie jak łatwo można było uniknąć tej sytuacji, ale to jest już bez znaczenia. Trudno, stało się. Odwracam głowę i wpadam ponownie na ścianę absurdu i niedowierzania. Gdy dostrzegam, że mój prom znajduje się kilkanaście metrów od brzegu czuję jakby zbliżała się rozpędzona lawina, która zaraz mnie zmiecie. Mój rower jest w drodze do Senegalu, a ja stoję po kolana w wodzie w Mauretanii, bez pieniędzy, ale przynajmniej z paszportem w ręku. Szybko jednak po raz kolejny okazuje się, że najważniejsi w podroży są napotkani ludzie, którzy zapalą światełko w ciemnym tunelu beznadziei. Tym razem Belgowie pożyczają mi pieniądze na dalszą podróż i po raz kolejny czuję, że pomimo samotnej podróży wcale nie jestem sam.

Po kilku dniach docieram do Dakaru. Mija 87 dzień podróży, a licznik pokazuje 7866,9 km. Te suche liczby kryją w sobie mnóstwo przeżyć i emocji. Powracają one ponownie gdy siedzę już wygodnie w samolocie lecącym nad Saharą i spoglądam przez okno śledząc prostą długą rysę. To jest właśnie droga którą podążałem przez pustynię.


Dodaj nowy komentarz
Twoje imię:
Treść komentarza:

Wpisz wynik działania z obrazka:
Wybierz kontynent:
Wybierz kraj:





Jeżeli chcesz otrzymywać nasz Newsletter, wpisz swój adres: