• Relacji z podrózy: 17305
  • Zdjęć: 122762
  • Podróżników: 28287
  • Porad: 18790
  • Postów: 112606
  • Tematów: 10283

Patronat Odyssei: Podróż marzeń


Po trzech miesiącach podróży przez piaski, lasy, pustynie, góry i jeziora możemy powiedzieć: „to już za nami”. Tak, Australia - pierwszy stop w naszej wyprawie – została przez nas zdobyta.

W 90 dni dookoła Australii

Na naszej trasie spotykaliśmy wielu przemiłych, bardzo pomocnych ludzi, mnóstwo nieznanych nam dotąd zwierząt na czele z kangurami, a przede wszystkim  zobaczyliśmy wiele tak różnorodnych krajobrazów, że starczyłoby tego na całą Europę.

Zapowiedź wyprawy >>>

Zanim dotarliśmy do kraju kangurów mieliśmy dwa dodatkowe przystanki (nie ma bezpośrednich lotów z Polski do Australii). Pierwszym z nich była stolica Anglii - Londyn. W ekspresowym tempie zdołaliśmy obejrzeć większość najważniejszych atrakcji turystycznych miasta (m.in.: Buckingham Palace, Big Ben, Westminster, muzeum Madame Tusseaud) i poczuć atmosferę wielkiego brytyjskiego miasta. Londyn jednak nas nie polubił, ponieważ przez cały czas naszego pobytu w nim mieliśmy różne problemy transportowe – to wyłączyli całą linię metra, którą akurat mieliśmy podjechać, to spóźnił się nam autobus a spieszyliśmy się na lotnisko, to w końcu mieliśmy opóźniony lot do Kuala Lumpur. Na szczęście cali, zdrowi i z niezagubionym bagażem dolecieliśmy do stolicy Malezji. Przylecieliśmy z nocy w noc (8 godzinne przesuniecie czasu), ale znaleźliśmy szybko dom naszej couchsurfingowej (www.couchsurfing.org) gospodyni, u której spaliśmy przez kolejne dwie noce. Gorąca i duszna aura przyświecała naszemu całodniowemu spacerowi po Kuala Lumpur. Zapewne wrócimy tutaj jeszcze kiedyś, by zobaczyć coś więcej niż udało nam się w ten jeden dzień pomiędzy jednym lotem, a kolejnym – prowadzącym do Melbourne. I tu zaczyna się nasza „właściwa” przygoda.

Melbourne

Centrum Melbourne

Australia zauroczyła nas już od pierwszych godzin od naszego przylotu (a było to notabene w środku nocy – o 00.30), ale także niemiło zaskoczyła, ponieważ przez pierwszy tydzień naszego pobytu było dosyć zimno i cały czas padało. Przez dwa dni zwiedzaliśmy Melbourne – miasto ładne chociaż to nie to samo, co bardzo stare Europejskie miasta. 12 godzin zajęło nam przejechanie 8 różnymi autostopami do Canberry – stolicy australijskiej. Miasto sztucznie stworzone w wyniku sporu między Sydney i Melbourne (o to, które ma być stolicą państwa) okazało się spokojnym, mało zaludnionym miejscem, w którym główną atrakcją turystyczną okazały się być stojące w każdym możliwym miejscu memoriały ku chwale wszystkiego i wszystkich. Jedynie futurystyczny budynek parlamentu oraz sejm i senat były naprawdę warte zobaczenia. Pomimo rozczarowania się miastem i jego zabudową będziemy miło je wspominać ze względu na Willa, który gościł nas w swoim domu i przyjął nas niezmiernie ciepło. Zabrał nas także na spacer na granicę z buszem, gdzie mogliśmy zobaczyć kangury kicające na wolości.

Z Canberry, łapiąc kilka kolejnych autostopów – które przez pierwszy miesiąc były naszym jedynym środkiem transportu po wschodnim wybrzeżu -  dojechaliśmy do turystycznej miejscowości Kiama. Tam po raz pierwszy rozkładając nasz namiot na campingu zlokalizowanym prawie na plaży mieliśmy zamiar ponurkować z rurką. Niestety pogoda nam pokrzyżowała plany – padało non stop przez półtora dnia. Pozostał nam tylko kilkogodzinny spacer po pobliskich zatoczkach i oglądanie oryginalnych formacji skalnych (Blow Hole, Cathedral Rock czy skał w kształcie organów). Stąd udaliśmy się prosto do Sydney.  Śpiąc u wujka naszego przyjaciela z liceum, spędziliśmy bardzo przyjemne 2 dni. Pierwszego obeszliśmy najciekawsze miejsca w Sydney (zaczynając oczywiście od Opera House), zaglądając także na kilka godzin do Taronga ZOO, gdzie mieliśmy okazję pogłaskać i pobawić się z kangurami. Drugiego natomiast wsiedliśmy w pociąg i pojechaliśmy na zachód do Blue Mountains. Tam  zastał nas deszcz, który na szczęście po południu ustąpił miejsca słońcu. Wspaniały spacer po buszu i widok z klifu (tutejsze góry są niczym płaskowyże z pionowymi ścianami spadającymi w doliny pokryte puszczą) na potężne przestrzenie pokryte drzewami oraz „Trzy Siostry” (formacja skalna) dostarczyły nam wielu wrażeń tamtego dnia. Wyjeżdżając z Sydney na północ udało nam się dotrzeć w okolice Great Lakes – do małej mieścinki Pacific Palms. Tutaj znaleźliśmy camping pod  palmami pomiędzy jeziorem, a oceanem. Dzień minął nam na odpoczynku, opalaniu się, pływaniu oraz nurkowaniu z rurką. Stamtąd udaliśmy się do więzienia w South West Rocks – stare bo ponad 100 letnie ruiny więzienia (Australia jest tak młoda, że ciężko znaleźć tutaj starsze zabytki) były dobrą  odskocznią od dnia spędzonego na łapaniu autostopu. Już następnego dnia byliśmy w Byron Bay – nadmorskiego kurortu pełnego restauracji, barów, dyskotek, hoteli, campingów i wszelkiej innej infrastruktury turystycznej. Wielu naszych autostopowych kierowców polecało nam to miejsce, ale według nas było ono trochę zbyt „głośne”,  z wybrzeżem niezbyt odróżniającym się od innych oglądanych przez nas plaż. Spędziliśmy tam jeden dzień korzystając z uroków pięknej pogody i gorącej morskiej wody. Wieczorem zaś przespacerowaliśmy się do tutejszej latarni morskiej i najbardziej wysuniętego na wschód punktu Australii (byliśmy tak jakby na końcu świata).

Kolejnym przystankiem za Byron Bay było Brisbane, do którego dotarliśmy odwiedzając po drodze Golden Coast (które poniekąd przypomina Miami, albo inne amerykańskie miasto pełne kasyn, wysokich budynków, surferów i plastikowych dziewcząt). Brisbane mile nas zaskoczyło rozplanowaniem przestrzeni – sztuczną plażą nad rzeką, pięknymi parkami i możliwością szybkiego transportu z miejsca na miejsce. Pomimo oddalenia miasta od oceanu i tak mieliśmy okazję, by się pomoczyć i to dużo – w największym na półkuli południowej parku wodnym. Spędziliśmy w nim cały dzień, dzięki czemu zregenerowaliśmy swoje akumulatorki na kolejne dni podróży. A były intensywne. Z każdym dniem byliśmy coraz bardziej na północy kraju. Krajobraz zmieniał się z głębokiej zieleni do suchego brązu. Podwożący nas kierowcy zawieźli nas do Rainbow Beach, gdzie wśród wielokolorowego piasku spędziliśmy leniwy dzień na plaży, aby kolejnego wybrać się na jednodniową autobusową wycieczkę po Fraser Island. Na Fraser Island nie ma dróg i poruszają się po jej piaszczystym terenie tylko pojazdy z napędem 4x4 (także autobusy specjalnie dostosowane do tych warunków). Po zobaczeniu na wyspie lasu deszczowego, psów Dingo, wielkich jaszczurów oraz krystalicznych jeziorek złapaliśmy kilka autostopów w kierunku Bundaberg. Po noclegu przy stacji benzynowej zawitaliśmy do destylarni rumu Bundaberg. Wycieczka po działającej nadal fabryce i degustacja trunków były dobrym początkiem pełnego wrażeń dnia. Dotarliśmy bowiem w okolice Bangary, gdzie mogliśmy się „rozgrzać” przed nurkowaniem na wielkiej rafie koralowej – tu posnorkelingowaliśmy w przejrzyście czystej wodzie pełnej rybek, koralowców i innych morskich stworzonek. Dwa kolejne dni podróżowania autostopem doprowadziły nas do Airlie Beach. W przerwach pomiędzy podwózkami spędziliśmy noc w rozbitym „na dziko” na plaży namiocie oraz podróżując skalnymi korytarzami jaskiń Capricorn Caves.  Z Airlie Beach, przetransportowaliśmy się kilkoma autostopami do Cairns. Tu zdecydowaliśmy się ponurkować, gdyż właśnie to miasteczko jest położone najbliżej Wielkiej Rafy Koralowej. Dwa nurkowania na głębokość ponad 15 metrów oraz kilkadziesiąt minut spędzonych na snorkelingu dały nam niesamowicie wiele radości i nowych przeżyć. Przed nami rozpościerał się ogromny, nowy, tęczowy świat podwodny. Wśród wielu gatunków ryb, rybek i rybeczek udało nam się nawet spotkać rekina, który pływał bardzo niedaleko nas. Do tego przepiękna pogoda i bardzo sympatyczna załoga statku spowodowały, iż był to dla nas jeden z niezapomnianych dni w życiu. Ale nie traciliśmy czasu i już w ten sam dzień, po powrocie z nurkowania, złapaliśmy podwózkę do niewielkiej mieścinki Mossman. Mieliśmy wtedy dobry dzień, ponieważ jeden z naszych kierowców zaproponował nam nocleg na swojej wielohektarowej farmie. Ułatwiło nam to wiele, gdyż nie musieliśmy szukać noclegu po zmroku, w nieznanym sobie miejscu. A nasz gospodarz i jego rodzina okazali się być bardzo sympatyczni i otwarci. Będąc w Mossman chcieliśmy przejść się przez tutejszy wąwóz. Niestety okazało się, że – odwrotnie do naszych oczekiwań – są tu tylko dwie kilkuset metrowe ścieżki wzdłuż rzeki, z których jedna jest zamknięta. Toteż nasze plany co do dnia spędzonego na górskiej wycieczce spełzły na niczym. Po orzeźwiającej kąpieli w górskiej rzece wróciliśmy po nasze plecaki i postanowiliśmy jechać dalej na Cape Tribulation. Upał przy szosie był niesamowity. Na niebie nie było ani jednej chmurki, a drzewo pod którym staliśmy łapiąc autostop nie dawało zbyt wielkiego cienia. Szczęśliwie nie musieliśmy długo czekać – bardzo miła para jechała prosto do przylądka i postanowiła nas ze sobą zabrać. Cape Tribulation jest bardzo tropikalnym, gorącym, zarośniętym i …. pustym miejscem. Jest tu kilka campingów w lesie, ale poza tym niewielu ludzi tutaj mieszka. Na przylądek z miasteczka Daintree prowadzi prom kursujący co jakiś czas, gdyż nieopłacalne było tu budowanie mostu dla tak niewielu osób, które tu przyjeżdżają. Dzięki temu wypoczęliśmy w tropikalnej głuszy i nabraliśmy sił przed dalszą trasą. Pomimo niewielkiego ruchu na lokalnej drodze udało się nam złapać okazję i wróciliśmy po dwóch dniach z powrotem do Cairns, skąd 1 grudnia mieliśmy samolot do Darwin.

las deszczowy

Las deszczowy w Kuranda

W Darwin zaczęła się zupełnie inna bajka, co poczuliśmy już po wyjściu z lotniska. Duża wilgotność powietrza w połączeniu z ogromnym gorącem dawały duchotę nie do wytrzymania. Ale daliśmy radę. Goszcząc u Ming – wieloletniej mieszkanki Darwin – mieliśmy okazję zabawić się na małym Christmas Party organizowanym dla jej współlokatorki i przy okazji poznać choć trochę jacy są tutejsi ludzie. Czy są inni od mieszkańców wschodniej Australii? Raczej nie – mają jedynie inny akcent.
W Darwin wypożyczyliśmy samochód, który był naszym środkiem transportu przez całe 22 dni. Było to dobre posunięcie, gdyż  - jak zdążyliśmy zauważyć będąc już w trasie – północno-zachodnia część kraju jest prawie pusta. Od jednej miejscowości do kolejnej (czyli średnio od 300 do 500 km) można przejechać nie spotykając nikogo, lub mijając dwie lub trzy wieloprzyczepowe ciężarówki (tzw. Road Trains). Łapanie autostopu w takich warunkach byłoby niezmiernie trudne, o ile w ogóle możliwe. Na szczęście nie musieliśmy się nad tym zastanawiać, gdyż mieliśmy swój własny wehikuł.
Po wyjechaniu z Darwin cały tydzień spędziliśmy na odwiedzaniu Parków Narodowych Północnego Terytorium Australii. Zaczęliśmy od Litchfield, gdzie po raz pierwszy spotkaliśmy się z mnogością kopców termitów oraz otaczającą nas zewsząd czerwoną ceglastą ziemią. Tu także po raz pierwszy zażywaliśmy orzeźwiających kąpieli w lokalnych wodospadach – Florence, Rockhole oraz Wangi, co było fantastycznym doznaniem po spacerze do Lost City na więcej niż czterdziestostopniowym upale. Z Parku Litchfield pojechaliśmy do Parku Kakadu – największego terytorialnie parku narodowego w tym stanie. Tu mogliśmy przejść „namacalną” lekcję historii oglądając kilkutysięczno-letnie aborygeńskie malowidła naskalne umiejscowione w przepięknych skalistych sceneriach.  Niestety nie udało nam się podziwiać parku w pełnej krasie – wszelkie jeziorka, strumyczki, rzeki, bagna i bajora były wyschnięte na proch po sezonie susz. Przez to także mniej zwierząt było widocznych, gdyż wyemigrowały one w głąb lasu w poszukiwaniu wody.
Kolejnym na naszej trasie był PN Nitmiluk (inaczej zwany Katherine Gorge). Tu przespacerowaliśmy się przez wyschnięty las wzdłuż wielopoziomowych wodospadów Edith, a następnie wypożyczyliśmy kajak, którym przepłynęliśmy się po rzece w wąwozie Katherine. Był to najlepszy i najprzyjemniejszy sposób zwiedzania tego miejsca, gdyż w górze wąwozu temperatura dochodziła do 45 stopni, a przy rzece była o 10 stopni niższa. I to był ostatni park odwiedzany przez nas na Północnym Terytorium. Potem już tylko długa droga do stanu Zachodniej Australii i oceanu. Bardzo dłuuuuuuga droga…
   
Tysiące kilometrów przebyliśmy od Darwin do Perth. Po drodze odwiedzaliśmy ciekawe i piękne miejsca na zachodnim wybrzeżu. Po przekroczeniu granicy ze stanem Australii Zachodniej najpierw zawitaliśmy do Pn Karijini, gdzie postanowiliśmy przejść przez najtrudniejszy szlak po wąwozie Hancock. I tak brodziliśmy przez wodę, przedzieraliśmy się po skalistych ścianach i przemykaliśmy się przez przesmyki sposobem „na pająka” zaparci o ściany wąwozu rękami i nogami. Po eksploracji lądu przyszedł czas na eksplorację tutejszych wód. I tak dwa dni spędziliśmy nurkując przy brzegu na rafie Ningaloo. Rafa zupełnie inna od tej, która widzieliśmy na wschodzie Australii. Żyją tu inne gatunki ryb, występują inne koralowce i ukwiały, a i innych morskich stworzeń – jak rozgwiazd, ośmiornic – jest więcej. Udało nam się nawet pływać z dużym żółwiem wodnym, co było dla nas kolejnym niesamowitym przeżyciem.

Kierując się na południe zajechaliśmy do Shark Bay. Tu odwiedziliśmy najstarsze organizmy świata – stromatolity, które żyją w tutejszych przesolonych wodach morskich z dala od wszelkich naturalnych wrogów, którzy mogliby im zagrażać. Wstąpiliśmy także na Shell Beach – plażę usianą małymi, białymi muszelkami, po czym dotarliśmy do Monkey Mia, gdzie Mateuszowi udało się nakarmić rybką przyjaznego delfina, który podpłynął do brzegu.
Kolejne dni spędziliśmy na leniuchowaniu. Przemieszczaliśmy się z miejsca na miejsce coraz dalej w stronę Perth, zatrzymując się w bardziej interesujących mieścinkach. Spacerowaliśmy po nadmorskich klifach w Kalbarri, oglądaliśmy jedną z wielu farm wiatraków w Geraldton, cofnęliśmy się do przeszłości w ponad stuletnim skansenie w Greenough, korzystaliśmy z uroków słońca i pięknych piaszczystych plaż w Sandy Cape oraz ekscytowaliśmy się pustynią pełną skalnych tworów – Pinnacles.  Do tego każdego dnia mogliśmy podziwiać niesamowitą faunę i florę, która była dużo bujniejsza niż na północy Australii oraz nastrojowe zachody słońca wprost do oceanu.

Wielka Rafa Koralowa

Nurkując na Wielkiej Rafie Koralowej

Przed dojechaniem do Perth zboczyliśmy  jeszcze bardziej w głąb lądu do jedynego w całym kraju miasteczka klasztornego – New Norcia. Tam towarzyszyliśmy mnichom w ich modlitwach i zaznajomiliśmy się z historią miasta w trakcie wycieczki z przewodnikiem. Jadąc już do Perth  wstąpiliśmy po drodze do Discovery Centre, gdzie bawiliśmy się różnymi technicznymi maszynami, a także do Parku Narodowego Yanchep, w którym spotkaliśmy sympatyczne niedźwiadki Koala.

Perth zwiedziliśmy dosyć szybko. Jest to miasto podobne do wszystkich większych aglomeracji, jak Sydney czy Melbourne. W dzień wigilijny pojechaliśmy na wycieczkę na pobliską Rottnest Island, gdzie spędziliśmy kilka godzin jeżdżąc na rowerach i snorkelując. Znów podwodny świat okazał się być zupełnie inny od tego, z którym obcowaliśmy na północy – mniej kolorowy, z mniejszą liczbą koralowców, a większą ilością traw. Niestety nie udało się nam spotkać lwów morskich, które często osiedlają te tereny. Ale liczymy na to, że w przyszłości nam się to uda.
Wigilię i Święta Bożonarodzeniowe spędziliśmy w rodzinnym (u kuzyna Mateusza) gronie kontemplując i przygotowując się do dalszej podróży.

Po opuszczeniu Perth wraz z kuzynem Mateusza, ruszyliśmy jego Land Cruiserem na południe w stronę winnej krainy Margaret River. I tak często podróżując trasami tylko dla samochodów z napędem na cztery koła podziwialiśmy zachodnio-południowe wybrzeże kraju. Tu mieliśmy okazję uczestniczyć w degustacji przetworów oraz win z jednego z dwóch zagłębi winiarskich Australii i spróbować swych sił w nowych sportach – Mateusz pływał w tutejszych wodach na Boagie Boardzie.  Na naszej trasie do Augusty odwiedziliśmy także 3 jaskinie: Mamouth, Lake i Jewel Cave. W pierwszej oglądaliśmy szczątki wymarłych dinozaurów, w drugiej unikalne jak na Australię podwodne jezioro, a w trzeciej niesamowicie bogatą szatę naciekową. W Augusta pojechaliśmy na przylądek Leeuwin, gdzie łączą się Ocean Spokojny z Indyjskim (niestety tylko na mapie bo w rzeczywistości tej „granicy” nie widać). Następnie nasze kroki skierowaliśmy na wschód zatrzymując się w Black Point – legendarnym surfingowym miejscu dostępnym tylko dla doświadczonych kierowców samochodów 4x4. Tutaj także zaczęły się zimne wieczory i noce (temperatura spadała do 5-10 stopni Celsjusza, co w porównaniu z 40 stopniowymi upałami w ciągu dnia było dla nas nowością). Sylwestra spędziliśmy w lesie w okolicach Pemberton, świętując z wszechogarniającym odgłosem lasu (szumiących drzew, nietoperzy, owadów oraz wyciem psów dingo). W Nowy rok Mateusz wraz z kuzynem wspięli się na 70-metrowe drzewo Dave Evans Bicentennial, które niegdyś służyło za punkt obserwacyjny na wypadek pożaru buszu. Widoki z czubka na morze zieleni były niezapomniane. Eksplorując dalej południowo-zachodnie wybrzeże przeszliśmy się po Tree Top Walk – pieszym szlaku turystycznym zbudowanym na wysokości czubków wiekowych drzew, oraz mogliśmy podziwiać odrodzony las, który wiele lat temu uległ spaleniu. Kolejnym miejscem, które odwiedziliśmy była nadmorska mieścinka Albany, w okolicach której musieliśmy zatrzymać się na przymusowy postój, ponieważ pękła nam dętka i musieliśmy ją wymienić własnoręcznie. Następne dwa dni spędziliśmy w Parku Narodowym Fitzgerald, gdzie próbowaliśmy swoich sił w morskim łowieniu ryb. W tym miejscu pożegnaliśmy się z kuzynem Mateusza, który wraz ze swoją żoną oraz 7 miesięcznym synem musieli wracać już do Perth. A my znowu wróciliśmy do łapania autostopu.

Breakaways

"Gwiezdny" krajobraz Breakawyas

Bez większych problemów, dotarliśmy do Esperance, gdzie przeżyliśmy najgorętszy w naszym życiu dzień. Nie dość, że termometry w cieniu wskazywały 45 stopni Celsjusza, to jeszcze wiał silny wiatr od strony lądu, który był cieplejszy od powietrza i zamiast chłodzić jeszcze bardziej ogrzewał otoczenie. Następne dni spędziliśmy na przemierzeniu płaskowyżu Nullarbour, który jest 2000 kilometrowym odcinkiem drogi, na której praktycznie nie ma nic, poza oddalonymi o 400 km od siebie stacjami benzynowymi.  Mimo przejeżdżających tędy tylko ok. 8 samochodów na godzinę, udało nam się złapać 2 autostopy, które przewiozły nas aż do Port Augusta. Po drodze mogliśmy przejechać najdłuższy w Australii prostu odcinek drogi liczący prawie 150 km. oraz odwiedzić opuszczone miasteczko znajdujące się przy starej nieutwardzonej drodze, prowadzącej niegdyś z zachodu na wschód Australii. Następnie skierowaliśmy nasze kroki na półwysep Yorke. W tym miejscu przytrafiło nam się niesamowite szczęście. Emerytowany nauczyciel, który zabrał nas w stronę przylądka, zaprosił nas najpierw do swojego kolegi w Moonta Bay, a następnie do swojego domu w Adelajdzie. I tak z Ray’em spędziliśmy 4 dni, podziwiając Cape Yorke, a następnie stolicę Południowej Australii. Następnie pożyczyliśmy samochód, którym w ciągu tygodnia zrobiliśmy prawie 5000 km. W tym czasie odwiedziliśmy sam środek Australii – ceglastoczerwony interior. Najpierw zawitaliśmy do Coober Pedy, gdzie mogliśmy podziwiać podziemne mieszkania, sklepy i restauracje oraz kopalnie opali. Tutaj także „zawitaliśmy na inną planetę” – a tak dokładnie odwiedziliśmy miejsce będące planem zdjęciowym większości filmów których akcja toczy się na marsie, księżycu czy na innej planecie – tzw. Moon Plain oraz wielokolorowe pagórki Breakaways. Później zajrzeliśmy do Alice Springs – metropolii w środku pustkowia, oddalonej od jakiegokolwiek większego skupiska ludzi o ponad 1000 km. W PN Mc Donnell Ranges podziwialiśmy wąwozy, wyrwy skalne oraz mieniące się wieloma kolorami wzgórza orchy, którą aborygeni używają do malowideł naściennych. Noc spędziliśmy z widokiem na krater usytuowany w miejscu, gdzie ongiś kometa zderzyła się z ziemią. Następnie udaliśmy się pod słynne na cały świat Ayers Rock, lub Uluru jak go nazywają Aborygeni. Potężny monolit wystający z ziemi w środku pustkowia, mieniący się przeróżnymi kolorami w zależności od pory dnia i usytuowania słońca zachwyca swoim majestatem. Rzeczywiście najładniejsze (bo cała czerwone) Uluru jest w czasie zachodu. Tutaj także przeszliśmy się po Kata Tjuta, czyli pagórkach większych od Ayers Rock przypominających „wiele głów” (co też oznacza ich tradycyjna nazwa).

 Ayers Rock

Pod Ayers Rock (Uluru)

Zanim wróciliśmy na południowe wybrzeże przeszliśmy jeszcze ciekawy pieszy szlak w Kanionie Królów, który jest imponującym pokazem siły przyrody. Wracając do Adelaide zboczyliśmy też do Flinders Ranges, gdzie przespacerowaliśmy się górskimi szlakami, przypominającymi nasze europejskie. W Adelaide znowu zawitaliśmy do naszego autostopowego nauczyciela – Ray’a i wraz z nim zwiedziliśmy drugi po Margaret River australijski kurort winiarski Barossa Valley oraz przylądek Fleurieu. Następnie zgłosiliśmy się do relokacji samochodu dla firmy wypożyczającej auta i tak w trzy dni mieliśmy przewieźć samochód z Adelaide do Melbourne.

Podążaliśmy nadmorską Great Ocean Road oglądając przepiękne klifowe wybrzeże. Nie omieszkaliśmy zobaczyć 12 Apostołów, czyli samotnie wyrastających z fal formacji skalnych toczących od lat nierówną walkę z żywiołem oceanu. I tak z powrotem wróciliśmy do Melbourne, po okrążeniu całej Australii. Wielki to i bardzo różnorodny kontynent ale okazał się dla nas przyjazny i zawsze będziemy wspominać go z radością. A może tutaj kiedyś jeszcze wrócimy?

Jest tu czysto i schludnie (pomimo, że w miastach można czasem chodzić pół godziny i nie znaleźć żadnego kosza na śmieci). W parkach i różnych innych zielonych przestrzeniach czy plażach postawione jest po kilka darmowych gazowych grilli (z obawy przed pożarami w Australii się praktycznie nie używa grilli na węgiel), z których może każdy korzystać (i stoją nie zdewastowane, czyste i zdatne do użytku). A jak się tutaj podróżuje? Otóż, na wschodzie Australii było jak na zachodzie Europy, tylko że odległości były trochę większe (z miejscowości do miejscowości było 150-200 km. a nie jak w Europie 50). Drogi bardzo dobre, co chwila parking przygotowany dla zmęczonych kierowców. Główne Hi-Way (HWY) dwupasmowe, chociaż im bardziej na północ tym coraz częściej jednopasmowe. Na każdej HWY ograniczenie prędkości do 110. Samochodów na drogach natomiast było całkiem sporo – w dzień osobówki a nocami Trucki. No i chyba tyle o wschodniej Australii…
Krajobraz znacznie się zmienił gdy dotarliśmy do zachodniej Australii. Tam są drogi tylko jednopasmowe – równe jak stół i proste jak linijka…bardzo długa linijka. Odległości między miastami wynoszą czasem po 400 km., a między nimi nie ma zupełnie nic… Pustowie na którym czasami można spotkać wałęsające się krowy (które zapewne mają gdzieś swojego właściciela i czasami są zaganiane do zagrody, ale generalnie to chodzą sobie gdzie chcą). Droga jest strasznie nudna bo do horyzontu prosta – co kilkadziesiąt kilometrów zdarza się łukowaty zakręt i to by było na tyle. Można przejechać 300 km nie spotykając  na drodze żywej duszy (pomijając krowy, ptaki i ewentualnie kangury). Jeśli już zdarza się jakiś samochód (który kiedy się zobaczy na horyzoncie, to mija się dopiero po 10 minutach…), to jest to najczęściej tzw. Road Train, czyli duża, długa ciężarówka z trzema, lub czterema przyczepami. Mogą one mieć ponad 50 metrów długości i telepią się czasem na wszystkie strony, kiedy wieje większy wiatr. Wyjątek od tej „zachodniej” pustki stanowią okolice Perth.
W lecie (grudzień, styczeń, luty) jest na północy pora deszczowa i wiele z głównych dróg jest corocznie zalewana przez powodzie zupełnie odcinając możliwość przemieszczania się. Dlatego też jest niemożliwe przejechać w tym czasie ze wschodu na zachód Australii po północy kraju.

leniwe kangury

Leniwe kangury

W Australii można prowadzić tylko w dzień (no chyba że ma się duży ciężki samochód z kratką z przodu), ponieważ kangury wylegują się w cieniu i nie mają ochoty kicać. Gdy jednak zapada zmrok budzą się i bardzo często wychodzą na ulicę, a że są to głupie zwierzęta to zamiast uciekać przed nadjeżdżającym samochodem, to wskakują mu pod koła. Dlatego liczba zwłok walająca się po poboczach jest ogromna. 
Dookoła całego kraju jest poprowadzona sieć dróg asfaltowych, ale większość bocznych dróżek to drogi gruntowe – czerwone jak cegła, utwardzone drogi, po przejechaniu których cały samochód jest w czerwonym kurzu (drogi są bardzo sfalowane i jazda po nich autem „nieterenowym” jest bardzo nieprzyjemna tak dla samochodu jak i dla siedzących w nim ludzi). A w Australii jest także wiele, mierzących po parę tysięcy kilometrów HWY, które nie mają asfaltowej nawierzchni tylko czerwoną ziemię. Poza tym wiele miejsc jest dostępna tylko dla samochodów z napędem na 4 koła. Ale nie jest to tutaj bynajmniej problemem, ponieważ duża większość Australijczyków ma właśnie tego typu samochody.

Podsumowując, spędziliśmy w Australii dokładnie 3 miesiące. Przez ten czas zrobiliśmy ponad 8000 km autostopem, prawie 14000 km samochodem (wypożyczonym, a także z kuzynem Mateusza), oraz 1700 km samolotem. W sumie ponad 25000 km, czyli średnio około 280 km dziennie… Na warunki Europejskie to strasznie dużo, na Australijskie to przeciętność – tutaj ludzie często dojeżdżają do pracy ponad 100 km. Przez ten czas zobaczyliśmy prawie wszystko to, co zaplanowaliśmy – wyjątkiem jest tylko kilka zamkniętych Parków Narodowych w północno-zachodniej części kraju oraz kilka miejsc które, po rozmowie z mieszkańcami Australii, postanowiliśmy ominąć zastępując je innymi. Gdybyśmy w kilku słowach mieli opisać ten wielki kontynent to wspomnielibyśmy na pewno o ogromnych odległościach, o klimacie (który w zależności od miejsca jest zupełnie inny (na wschodzie przypominający trochę śródziemnomorski, na północy gorący i bardzo wilgotny, na zachodzie czasami dosyć zimny, a na południu zmienny w zależności od pory dnia)), o dzikiej florze i faunie, która jest tutaj wyjątkowo bogata (zarówno tej lądowej, jak i wodnej), oraz o przemiłych ludziach których udało nam się tutaj spotkać. Tu wszystko jest inne od tego, co znane nam jest z Polski czy z Europy w ogólności.  Zobaczyliśmy tu bardzo dużo przepięknych krajobrazów i przeżyliśmy chyba jedne z najgorętszych dni w naszym życiu. Opuszczamy ten kraj z nostalgią i sami chyba niedowierzamy, że jesteśmy nadal bliżej początku naszej wyprawy niż jej końca. Teraz przed nami Nowa Zelandia, którą mamy zamiar przejechać w dwa miesiące. Liczymy na kolejną porcję wrażeń, krajobrazów i ciekawych spotkań z lokalnymi mieszkańcami, a na początku kwietnia rozpoczniemy już eksplorację Ameryki Południowej. Trzymajcie kciuki :).

Więcej na temat wyprawy >>>

Więcej zdjęć >>>

Sponsorzy:

Diving Planethi-tec

Patronat medialny:

Odyssei.comgeozetaonet.pl

 


Dodaj nowy komentarz
Twoje imię:
Treść komentarza:

Wpisz wynik działania z obrazka:
Wybierz kontynent:
Wybierz kraj:





Jeżeli chcesz otrzymywać nasz Newsletter, wpisz swój adres: