Patronat Odyssei: Ekspedycja Sumatra
Przeczytajcie pierwszą część relacji z wyjątkowej wyprawy na Sumatrę.
Już od samego początku wyprawy wydaje się, że losy wulkanów w pewien sposób splatają się z naszymi planami. Nagła aktywność islandzkiego kolosa, którego nazwy nawet nie próbuję wymówić, w sposób dosłowny uziemiła nas, zanim jeszcze tak naprawdę wyruszyliśmy w drogę.
Czekanie nie jest łatwym wyzwaniem, wie to każdy, kogo los skazał na oczekiwanie, a serce rwało się przed siebie. Gdy chmury pyłów nad Europą skutecznie spędzają sen z powiek lotniczym potentatom, my po raz enty przegrzebujemy nasze plecaki zastanawiając się co też jeszcze mogłoby się w nich zmieścić. Na szczęście, po kilku dniach, wulkan w końcu pozwala sobie głębszy wdech i możemy wyruszyć wreszcie na spotkanie prawdziwej przygody.
Z Krakowa do Frankfurtu obywa się bez zakłóceń. Z Frankfurtu do Singapuru z kilku godzinnym opóźnieniem z powodu awarii maszyny.
Potem jeszcze najbardziej męczący przejazd autobusem do Kuala Lumpur a stamtąd, następnego ranka przelot do Medanu.
Sumatra wita nas ulewą jakiej dawno nie widzieliśmy. Drogi płyną podtapiając przydrożne sklepy i stragany. Płyną papiery, butelki, resztki warzyw, śmieci. Deszcz chlaszcze, jakby ze złością zmywając wszystko dokoła. Samo miasto, czego się zresztą spodziewaliśmy, nie zachwyca. Płaskie budynki pokryte falistą blachą i ulice niczym nie różniące się od siebie. Gdyby kazano mi w trzech słowach opisać Medan, byłyby to: Płaski, rozległy i nijaki. Zatrzymać się tutaj warto jedynie w celu wymiany pieniędzy i zakupów.
Także my nie przyjechaliśmy tutaj żeby zwiedzać, ciągnie nas w góry, do dżungli. Dojazd jednak nie jest taki prosty. Żeby się tam dostać publicznym transportem trzeba by poświęcić jakiś dobry tydzień, nie mając tyle czasu decydujemy się na wynajem auta. Koszta duże, ale to zdecydowanie najlepszy wybór. Po porze deszczowej drogi są częściowo zmyte lub przywalone, walącymi się ze skarp głazami.
Poruszamy się średnio jakieś 30km na godzinę, a „droga” kręci się niczym diabelski młyn na wesołym miasteczku. Nie wytrzymam. Dori również wygląda jak zielona wróżka.
Ostatnio, podczas podróży, czułem się tak chyba w czasie szkolnych wycieczek i od tej pory żyłem w szczęśliwym przeświadczeniu, że czas takich problemów dawno już dla mnie minął.
Teraz przeżuwam gorzki smak rozczarowania, muszę wziąć aviomarin. (dobrze, że Dori o tym pomyślała)
Po dłuższej chwili zaczynamy orientować się, co się wokół nas dzieje. Jest chyba lepiej. Zieleń powoli znika, ustępując miejsca szlachetnej bladości. Co za droga, ledwie wymijamy się z innymi samochodami, które nagle pojawiają się zza zakrętów.
Po sześciu godzinach jest nam już jednak wszystko jedno, po piętnastu przechodzimy stan permanentnego otępienia, a po dwudziestu już nawet nie wierzymy, że można pozwolić sobie na krótki nocleg.
Następnego dnia, wreszcie docieramy na miejsce.
Zaczyna się las, zaczynają się góry, poznajemy naszego przewodnika, tragarzy. Rozpoczyna się proces żmudnych negocjacji. Jesteśmy trochę zmiękczeni podróżą, a tutaj wszystko ma swoją cenę. W końcu dochodzimy do porozumienia. Patrzę po twarzach tragarzy, to młode chłopaki ale silni i doświadczeni. Nikt nie chodzi na Gunung Leusera. W ciągu ostatnich 30-tu lat odbyło się tylko 14-ście wypraw, głównie naukowych. Jelly (nasz przewodnik) jest jedynym, który zna tamte rejony. Jest bardzo znany. Szanują go zarówno separatyści jak i lokalne władze. Jest jedyną osobą, która prowadzi wojskowe akcje ratunkowe w rejonie gór Barisan.
Można rzec, że właściwy człowiek na właściwym miejscu. Naszą drużynę trzeba jednak wyposażyć w odpowiedni sprzęt. My mamy oczywiście plecaki, ale to za mało. Jedzenia trzeba zabrać ze sobą na co najmniej dwa tygodnie. W górach Barisan nie ma wielu miejsc, by mógł wylądować helikopter ratowniczy. To dzikie ziemie, prócz przyrody można tu natknąć się jedynie na plantatorów marihuany, za którą grozi w Indonezji kara śmierci. Lepiej się więc za bardzo nie rozglądać i o nic nie pytać.
W prowincji Acech często pojawia się też wojsko. Dym z płonących domostw unosi się wtedy ponad drzewami. Niewiele jest tu miejsca i czasu na sprawiedliwość. Armia, rebelianci, bazy szkoleniowe Jammela Islamija (terroryści islamscy ściśle współpracujący z Al.-Kaidą, odpowiedzialni min za zamachy na Bali z przed paru lat) i miejscowi, biedni ludzie, których gościnność jest wręcz zawstydzająca. Ci biedni ludzie nie wiedzą nawet dlaczego to akurat ich ziemię wybrano na arenę walk, tak jak i nie wiedzą, kto następny spali ich domostwo. Żyją i pracują pod mieczem Demoklesa.
Będąc tutaj aż trudno jest w to wszystko uwierzyć. Trudno uwierzyć widząc uśmiechy na twarzach tych ludzi, których naprawdę raduje nasz widok. Nie wiem, może przynosimy im odrobinę normalności, czegoś z zewnątrz ich świata, ze świata, którego nie znają. Ich zainteresowanie jest autentyczne, nie widzą w nas jedynie $ jak ma to miejsce w wielu krajach, gdzie widok turysty wywołuje jedynie błysk chciwości w oczach sprzedawcy. Na Sumatrze miejsca turystyczne to: Bukit Lawang, jezioro Toba, wulkan Brastagi i Palau Weah, choć również tam ludzie są przemili i uczciwi.
Zawsze obserwując ludzi takich jak tutaj ogarnia mnie wstyd, że u nas „w krainie mlekiem i miodem płynącej” wyrzuca się jedzenie czy stare ubrania, wydając jednocześnie grube miliardy na broń i wspieranie przeróżnych reżimów, które akurat odpowiadają naszym doraźnym interesom.
Kupujemy potrzebny sprzęt: plecaki, jedzenie itp. i szykujemy się do drogi.
Pierwsze godziny marszu powodują, że ciężko złapać oddech. Droga przez cały czas pnie się niemal pionowo w górę. Dodatkowo prawie nie ma możliwości by się zatrzymać choćby na chwilę. Ziemia jest śliska. Mamy wrażenie jakby umykała nam spod nóg. Trzeba się trzymać by móc zaczerpnąć oddechu. Na szczęście po kilku godzinach docieramy do obozowiska zwanego szumnie Tabacco Hut. To ostatni przyczółek cywilizacji, las został całkowicie wykarczowany. Jesteśmy na wielkiej polanie pośród dżungli. Żyje tu jedna, kilkuosobowa rodzina rolników, mająca parę poletek upraw i jednego bawoła błotnego. Widząc zresztą nasze powstające obozowisko natychmiast się pojawiają i siadają wokół zerkając ku nam ciekawie. Bawół też zerka odganiając jednocześnie ogonem gzy.
Zapada zmierzch, komary uprzykrzają nam życie jak tylko się da. Żaby kumkają sobie w najlepsze a ognisko trzaska aż miło. Pierwsze koty za płoty, słuchamy rozmów w nieznanym nam języku, kilkanaście tysięcy kilometrów od domu. Oczy same się zamykają, ogarnia nas sen. Zdrowy, mocny sen. Kto wie może to ostatni tak spokojny sen, tego nigdy się nie wie.....
Rankiem budzi nas przeraźliwy wrzask małp, nawet ptaki nie są tak głośne. To Thomas Leaf monkey próbują udowodnić, że są tutaj najważniejsze. Gibbony wypadają przy nich trochę słabiej, choć i tak całkiem okazale. Zresztą ich nawoływania są znacznie przyjemniejsze dla ucha. Eh, aż chce się żyć. Nawet woda z sadzawki z żabami po przegotowaniu smakuje przyzwoicie, a i kopka ryżu z chili i sardynkami wydaje się mile łechtać nasze podniebienia.
Dzisiaj czujemy się dużo lepiej. Żegnamy rolników, którzy zerkają na nas ciekawie. Machamy bawołu na pożegnanie, choć ten najwyraźniej znudził się już naszą obecnością, czego daje wyraz prezentując nam swój masywny zad. No cóż trudno, Bóg da to spotkamy się z nim w drodze powrotnej, a teraz plecaki na grzbiet i w drogę.
CDN..
www.DNA2007.pl
Wywiad z Dorotą Polaczek w "Modnym Krakowie" >>>
Sponsorzy:
Pozostali patroni medialni:
Komentarze
























Mam astmę i dużo lat. Wiem, że są miejsca do których nigdy nie dotrę. Tym bardziej z zachwytem czytam relacje o nich. Tylko pozazrościć.