![]() | Wygrywaj wyjazdy w egzotyczne miejsca. |
Meksyk- W krainie potomków Boga Słońca i Bogini Księżyca
Otworzyłam mój podróżniczy notatnik, który każdego dnia towarzyszył mi podczas siedmiodniowego pobytu na Jukatanie. Na jednej ze stron widnieje napis „ Chaya” a pod nim intensywnie zielony liść przypominający liść klonu.
Jeszcze nie zdążył się zasuszyć, bowiem od powrotu z Meksyku minął zaledwie tydzień. Liść przywiódł mi na myśl orzeźwiający napój- chaya, do którego przygotowania używa się liści chaya oraz cukier i lemoniadę. Napój sprawdza się doskonale w upalne dni, gasi pragnienie i orzeźwia.
Po raz pierwszy skosztowałam go podczas obiadu w meksykańskiej tawernie w miasteczku Xcaret. To było gorące, duszne popołudnie, zmęczenie dawało się już lekko we znaki, a nasza grupa zasiadała przy wspólnym stole w oczekiwaniu na obiad. Stół jeszcze świecił pustkami, jedynie wysokie, przezroczyste szklanki zostały na nim rozstawione. Ich zawartość stanowił zielony, pozbawiony aromatu napój, który już od pierwszych łyków pokochaliśmy. Był nim właśnie chaya. W błyskawicznym tempie ugasił nasze pragnienia, zrewitalizował i pobudził kubki smakowe.
Wspomnienie tamtego lunchu podczas upalnego popołudnia, kiedy żar lał się z nieba nasuwa na myśl kolejne wspomnienie.
Jest nim kuchnia meksykańska, nie bez powodu uważana za jedną z najlepszych na świecie. Jej charakterystyczną cechą jest pikantny smak potraw. Uzyskuje się go głównie dzięki zastosowaniu chili- małych, zielonych lub czerwonych papryczek, których nawet niewielka ilość potrafi diametralnie zaostrzyć danie. Ale Meksykanie spożywają chili nie tylko ze względu na pikanterie jaką dodaje on potrawom. Przypisują oni tym małym papryczkom iście magiczną moc. Wierzą, że spożywanie dużych ilości chili wzmaga potencje seksualną.
Nawet owoc mango lub plasterki ananasa polewa się sosem z domieszką chili dla uzyskania ognistego smaku.

Jednak rozmaity smak potraw kuchni meksykańskiej nie jest wyłącznie zasługą chili. W szeregu tych najpopularniejszych składników znajdziemy: fasolę, awokado, kukurydzę i kakao. Pierwszy z nich bywa często elementem frijoles, czyli ciemnej papki oczywiście bardzo pikantnej. Awokado natomiast stosowany jest do przyrządzenia sosu guacamole. Przyznaję szczerze, że zakochałam się w tym sosie. Podczas tygodnia spędzonego na Jukatanie nie odmówiłam go sobie ani razu. Guacamole ma kolor intensywnie zielony, cechuje się bardzo łagodnym, delikatnym smakiem, przez co świetnie się komponuje z wypalającymi usta i przełyk specjałami Meksyku. Oprócz wyśmienitego smaku spożywanie guacamole jest bardzo zdrowe. To ze względu na witaminy oraz proteiny zawarte w owocu awokado.
Kukurydza z kolei jest farszem tortilli, tacos czy burito. Dodatkowo tacos wypiekane są z mąki kukurydzianej.
Wydaje się, że na tle tych wszystkich składników kakao ma najciekawszą historię. Początki jego dziejów splatają się z okresem panowania cywilizacji majańskiej, dla której ziarna kakaowca służyły za środek płatniczy, zanim odkryła, że można sporządzić z nich aromatyczny napój- czekoladę. Od tej chwili Majowie delektowali się przyprawionym, gorzkim napojem z nasion kakaowca podawanym na zimno i na ciepło. To właśnie zimną czekoladą poczęstowali hiszpańskich konkwistadorów w szesnastym wieku. Współcześni Meksykanie dodają do przyrządzonej czekolady oprócz cukru również laski cynamonu i wanilię. Polecam, warto spróbować!

Jeśli jesteśmy przy temacie trunków to nie można zapomnieć o tequili. Ta z robakiem w butelce nazywana jest meskalem, ta zupełnie biała sporządzana jest z najlepszych owoców agawy. Tequile można pić na parę sposobów. Tym najbardziej tradycyjnym jest spożywanie jej w towarzystwie soli i limetki. Zaczynamy od niewielkiej ilości soli, następnie wypijamy szybko „pięćdziesiątkę” i dla załagodzenia smaku przegryzamy limetką. Ja preferuję inny sposób picia tequili, dużo łagodniejszy, w formie koktajlu. I tu do wyboru mamy popularną margaritę oraz tequile sunrise. Do przygotowania margarity potrzebny jest oprócz tequili inny alkohol- mianowicie triple sec a także sok z połówki limetki oraz sól do obtoczenia szklanego kieliszka z którego będziemy pić. Tequila sunrise to wstrząśnięte w odpowiednich proporcjach zaledwie trzy elementy: tequila, sok pomarańczowy i syrop grenadine. Mało skomplikowane i szybkie w przygotowaniu a co najważniejsze smakuje wyśmienicie.
Tyle na temat kuchni, choć mogłabym się o niej jeszcze rozpisać, gdyż te parę linijek nie wyczerpuje jej bogactwa smaków, różnorodności dań i składników z których sporządza się meksykańskie specjały.
Pora przejść do początku podróży, czyli do momentu w którym samolot Air Italy wylądował na lotnisku w Cancun. Tu też miała miejsce moja pierwsza i oczywiście nie ostatnia przygoda.
Pewnie zaraz ktoś zada pytanie, co takiego może się stać w Cancun a nie w każdym innym porcie lotniczym na świecie. Wyjaśnienie jest proste –losowa kontrola bagażu.
Cancun jako jedyne lotnisko świata wyłania w formie losowej bagaże, które zostaną szczegółowo sprawdzone przez celnika. Po przejściu odprawy paszportowej należy nadusić przycisk. Zapala się wówczas mała lampka, jeśli na zielono- to jest to znak, że tym razem nam się udało, jeśli na czerwono- to niestety nie obędzie się bez skontrolowania co i w jakiej ilości przewozimy.
Muszę przyznać, że zapoczątkowałam złą passę naszej dziewiętnastoosobowej grupy. Byłam pierwszą osobą, przy której żarówka rozbłysła w czerwonym kolorze a zaraz po moim bagażu poddanym rutynowej kontroli następne znalazły się pod czujnym okiem meksykańskiego celnika. Na szczęście nic co mieliśmy w walizkach nie okazało się niewłaściwe i nie wzbudziło podejrzeń. Po paru minutach siedzieliśmy już w autokarze, który wiózł nas do hotelu. Transfer trwał krótko, zaledwie piętnaście minut. To naprawdę napawa entuzjazmem zwłaszcza po siedemnastogodzinnym locie. Mimo ogromnego zmęczenia, które mi towarzyszyło, ostatnią rzeczą o jakiej myślałam było pójście spać. W Cancun wybiła właśnie siedemnasta, w Polsce była już północ. Nie spałam od ponad trzydziestu godzin, mimo to nie mogłam się doczekać, kiedy w końcu ujrzę Morze Karaibskie, postawię stopę na białym, miękkim piasku, kupię pierwsze sombrero i zobaczę Chichen Itza.
Z zobaczeniem Chichen Itza musiałam jeszcze trochę poczekać, bowiem zwiedzanie stanowiska archeologicznego cywilizacji majańskiej przewidziane było na trzeci dzień pobytu. Pozostałe życzenia udało mi się zrealizować nazajutrz.
Chichen Itza
W środku płaskiego jak tortilla Półwyspu Jukatan, około dwieście kilometrów na południe od Cancun wznoszą się ruiny miasta Majów- Chichen Itza. Zwiedzanie rozpoczeliśmy od Piramidy Kukulkana, która swą nazwę zawdzięcza bogowi jawiącemu się Majom pod postacią pierzastego węża.
Było potwornie gorąco i duszno. W centralnej części Jukatanu klimat nie jest już tak przyjemny jak w nadmorskich resortach. Mimo to dzielnie zniosłam upał i z uporem słucham przewodnika, który mówił płynnie po angielsku, jednak jego silny meksykański akcent spowodował, że mało udało mi się zrozumieć z jego pasjonującej opowieści. Na szczęście jedna z uczestniczek wyprawy – Pani Beata zareagowała odpowiednio szybko i tłumaczyła tym razem w ojczystym języku całą zawiłą historie, którą próbował nas zaciekawić nasz meksykański przewodnik.
Zaczyna się ona tak:
Początki osadnictwa Majów na obszarze Meksyku, Gwatemali i Belize datuje się na okolice trzeciego wieku przed naszą erą. Jeszcze niedawno twierdzono, że Majowie stanowili pierwszą cywilizację tego regionu, dziś już wiadomo, że to Olmekowie stworzyli wysoce rozwiniętą kulturę około osiem wieków przed naszą erą. Po upadku cywilizacji olmeckiej około piątego wieku p.n.e. na terenach majańskich zaczynają powstawać centra rozwoju. Na początku były to domy zdobione stiukiem i zbudowane wokół centralnego dziedzińca. Jaskinie utożsamiano z wejściem w zaświaty, rozwinęło się rolnictwo i ceramika, zapożyczone od Olmeków.
W historii Majów można wydzielić następujące okresy:
Preklasyczny – związany z ogromnym wzrostem demograficznym na obszarze całej Mezoameryki, który zaowocował szybkim rozwojem miast. Na ten okres datuje się też pierwsze przypadki użycia pisma.
Klasyczny – datowany na trzeci wiek n.e. Wówczas zaczynają się pojawiać pierwsze inskrypcje zawierające dane kalendarzowe. Miasta przybierały strukturę określaną mianem miast- państw. Obejmowały swym zasięgiem miasto stołeczne o luźnej zabudowie oraz przyległe wioski oraz inne mniejsze jednostki miejskie. W miastach pojawił się podział na klasy społeczne. Na ten okres datuje się rozwój ośrodka miejskiego Teotihuacan w środkowej części Meksyku. To tutaj swoją siedzibę mają słynne piramidy Słońca i Księżyca. Teotihuacan był największym starożytnym miastem Meksyku, którego wpływy pojawiają się we wszystkich ośrodkach Majów.
Klasyczny schyłkowy – przypadający na lata 800-900, wówczas nastąpił upadek majańskiej cywilizacji, który wciąż pozostaje niewyjaśniony. Powszechnie istnieje wiele teorii. Ze względu na złożoność jaką osiągnęła kultura Majów okresu klasycznego, jest mało prawdopodobne, że jej upadek mógł zależeć od jednego czynnika. Wśród tych czynników wyróżnia się destabilizacje w ośrodkach miejskich, związaną z ogromną przepaścią między klasami społecznymi, nadmierny wzrost liczby ludności i jego skutki związane ze środkami utrzymania, przeeksploatowanie zasobów naturalnych na którą nałożyły się długotrwałe susze.
Postklasyczny – przypadający na lata 900-1500, bardzo dobry rozwój miast Półwyspu Jukatan, w tym Chichen Itza, pojawienie się cywilizacji Tolteków, którym przewodził Kukulkan, utożsamiany z wygnanym tolteckim władcą z Tuli. Kolejnymi przybyszami, którzy zdominowali Jukatan byli Itza, czyli zmeksykanizowani Majowie.
Konkwista – ten okres datowany jest na wiek szesnasty. Dla Majów przybycie hiszpańskich konkwistadorów zakończyło się klęską w aspekcie zarówno biologicznym jak i kulturowym. Rozpoczęła się kolonizacja polegająca na eksploatacji ziem jak i zamieszkanych ją Indian.
To jednak nie koniec, teraz czas na bliższe poznanie historii stanowiska archeologicznego na którym byliśmy- Chichen Itza.

Miasto zostało założone przez Majów około roku 450. Największy jednak rozwój datowany jest na lata dziesiątego i jedenastego wieku. Dwa wieki później miasto straciło na znaczeniu a już w piętnastym wieku zostało opuszczone. Miasto przetrwało hiszpańską konkwistę bez zniszczeń, bo gdy przybyli tu Hiszpanie, było już opuszczone. W mieście oprócz wiodących elementów majańskich dostrzec można wpływ innych kultur: Tolteków, Itzów.
Trzydziesto metrowa piramida pod którą się znaleźliśmy, rzucała ogromny cień, chroniąc nas przed palącym słońcem. To El Castillo- Świątynia Kukulkana. Została wzniesiona na piramidzie schodkowej złożonej z dziewięciu tarasów. Schody prowadzą na szczyt piramidy z czterech stron, każdy bieg ma dziewięćdziesiąt jeden stopni( razem trzysta sześćdziesiąt cztery stopnie), ostatni trzysta sześćdziesiąty piąty stopień stanowi wejście do świątyni i równa się ilości dni roku słonecznego, mierzonego przez Majów kalendarzem słonecznym – Haab.
Według tego kalendarza rok liczył trzysta sześćdziesiąt pięć dni, czyli osiemnaście miesięcy, każdy po dwadzieścia dni z dodatkowym miesiącem liczącym pięć dni. Ten ostatni miesiąc uważany był za czas pechowy. Nie zawierano wówczas żadnych transakcji handlowych , nie odbywano sądów, nie robiono nawet porządków.
Każdy z czterech boków Piramidy Kukulkana dzieli się na pięćdziesiąt dwie artystyczne zdobione płyty kamienne. Liczba pięćdziesiąt dwa jest jednostką kalendarza Majów.
Niektóre teorie głoszą, że Majowie strącali ze schodów Piramidy ofiary złożone bogowi deszczu Chac Mool wcześniej wyrywając nieszczęśnikom ich serca. Inne teorie mówią, że ofiary strącano do senoty, czyli studni a ich serca składano Chacowi. Te obrzędy miały na celu przyniesienie opadów w czasie susz. Trudno uwierzyć, że łagodny naród był zdolny do takich działań.
Piramida Kukulkana usytuowana jest w tak wyrafinowany sposób, że w dniach 21 marca i 21 września można obejrzeć jedyne w swoim rodzaju widowisko. Rankiem 21 marca wschodzące słońce oświetla płaszczyznę piramidy po wschodniej stronie. Im wyżej podnosi się słońce, tym więcej promieni słonecznych sięga w kierunku schodów biegnących od ziemi do szczytu piramidy. Po bokach piramidy znajduje się pierzasty wąż- Kukulkan. Wąż ciągnie się od góry do dołu, tak że jego głowa spoczywa na ziemi. Gdy słońce wschodzi, dziewięć stopni piramidy stwarza grę trójkątów światła i cienia, które pokrywają się dokładnie z umieszczonym na boku schodów pierzastym wężem. Im wyżej wspina się słońce, tym kształt węża staje się wyraźniejszy. Ma się wrażenie, że wąż zsuwa się wzdłuż schodów. Odwrotny spektakl można obejrzeć 21 września. Nasz przewodnik pokazał nam zdjęcia na których zostało uchwycone to interesujące zjawisko. Szkoda tylko, że nie mogliśmy zobaczyć tego na własne oczy! Cóż pozostaje tu jeszcze kiedyś wrócić!
Sztuka i architektura Majów były zdominowane przez astronomię. Każda kolumna, zdobienie, schodek miało związek z kosmosem, kalendarzem, bogami.
Obserwacje astronomiczne prowadzono na okrągłej wieży El Caracol. Wewnątrz jej umieszczono okrągłą klatkę schodową z oknami rozłożonymi promieniście, stąd przypuszczenie o zastosowaniu wieży do prowadzenia obserwacji astronomicznych.
Kolejną budowlą przy której zatrzymaliśmy się na dłużej była Świątynia Wojownika. Głównym motywem, który przykuł moją uwagę była półleżąca postać Chaca Moola, znajdująca się na szczycie świątyni. Z dołu jest ona słabo dostrzegalna, jednak dzięki obiektywowi wyposażonemu w zoom widoczne jest jej doskonałe wykonanie.
Ostatnim przystankiem w mieście Chichen Itza było największe w regionie boisko do gry w pelotę o powierzchni stu pięćdziesięciu metrów. Na przylegających do boiska ścianach znajdują się dwa kamienne okręgi. Zadaniem graczy było przerzucanie kauczukowej piłki przez jedną z obręczy.
Drużyna składała się z siedmiu graczy. Często obstawiano wynik gry z góry, posuwano się nawet do sadystycznych sposobów osłabiania zawodników jednej z drużyn poprzez upuszczanie krwi z uszu czy genitaliów. I pomyśleć, że Majowie byli nastawionymi pokojowo ludźmi!
Piłkę wykonywano z kauczuku, miała średnicę dwudziestu centymetrów. Można ją było odbijać jedynie łokciem, kolanem, biodrem i barkiem.. Przegraną drużynę składano bogom w ofierze. Istnieją też teorię, że było na odwrót, że to zwycięzcy byli przekazywani bogom.
Trudno było mi sobie wyobrazić jak za pomocą wyłącznie odbić zawodnikom udawało się przerzucić piłkę przez zawieszone obręcze.
Pewnie większość z nas miałaby z tym problem. Zarówno dlatego jak i dla pełnej wizualizacji tej pasjonującej historii polecam wszystkim wizytę w Xcaret. Na to jednak potrzebny jest osobny dzień.
Xcaret
Xcaret leży około sześćdziesiąt kilometrów na południe od Cancun. Na powierzchni osiemdziesięciu hektarów zastosowano połączenie parku rozrywki z zachowaną, odrestaurowaną architekturą majańską. Dostęp do złocistej plaży i ciepłego morza czyni to miejsce bardzo atrakcyjnym.
Jednak Xcaret to przede wszystkim ambitny projekt, który powstał w hołdzie niezwykłej przyrody. Rosną tu agawy- drzewa z których owoców powstaje meksykańska tequila i meskal, wszędzie biegają iguany, swój dom mają także rekiny, płaszczki, żółwie, delfiny, papugi.
Atrakcji jest wiele, każdy znajdzie coś dla siebie. Można popływać w podziemnej rzece lub przy rafie koralowej a także z delfinami. Złożyć wizytę w majańskiej wiosce, pawilonie motyli lub podejrzeć w jaki sposób hoduje się jukatańskie grzyby oraz orchidee. Mnie zachwyciło najbardziej dwugodzinne przedstawienie jakie przed widownią wystawili meksykańscy artyści. Scena otoczona była z czterech stron trybunami, które równo o godzinie osiemnastej zapełniły się do ostatniego miejsca. Wyrafinowany spektakl liczył ponad dwie godziny. Opowiadał historię Meksyku od cywilizacji Majów poprzez przybycie konkwistadorów aż do czasów współczesnych. Dał mi pełną wizualizację rytuałów i obrzędów majańskich, zwłaszcza gry w pelotę. Muzyka pobudzająca zmysły, barwne stroje aktorów oraz ich doskonały występ na długo pozostaną w mojej pamięci. Spektakl podziałał na mnie wręcz elektryzująco, wzbudził ogromny zachwyt i radość. Jego niezwykłą atmosferę poczułam już od momentu w którym zasiedliśmy na widowni. Każdej z osób rozdane zostały małe świeczki. Po zapadnięciu mroku, który w lutym w Meksyku następuje wcześnie, bo już około osiemnastej i po zgaszeniu świateł wytworzyła się magiczna atmosfera, a ja miałam wrażenie, że czas cofnął się i to o setki lat.
Valladolid
Również podczas wizyty w mieście Valladolid ma się wrażenie, że czas się dawno temu zatrzymał a dokładniej wraz z przybyciem konkwistadorów. Valladolid to jedyne jukatańskie miasto w którym architektura kolonialna zachowała się tak dobrze. To również miasto, które najdłużej walczyło o swoją niepodległość w dziewiętnastym wieku. Tubylcy przywykli do widoku turystów nie zwracają na nas uwagi, może oprócz lokalnych kramarzy, którzy zachęcają nas do zakupu meskali i sombrero oferując „specjalną”, wyjątkowo niską wyłącznie dla nas cenę. W centralnej części miasta wyrasta jako przykład hiszpańskiej kolonizacji Katedra otoczona parkiem w którym możemy sobie poplotkować z koleżanką, sąsiadką na specjalnie w tym celu stworzonych ławkach „plotkarach”- pojedynczych krzesełkach umieszczonych na wprost siebie. Prawie wszystkie ławki w parku zostały zajęte przez meksykańskie kobiety o rubensowskich kształtach ubrane w luźne bawełniane sukienki z wyszywanymi na przodzie kwiatami. Wokół Katedry biegają meksykańskie dzieci oferując turystom przybywającym do miasta bransoletki z wizerunkiem Maryi, wyhaftowane ręcznie chusteczki z zabawnymi motywami, wcale nie nawiązującymi do symboli Meksyku, czego przykładem może być chusteczka, którą kupiła moja koleżanka- Monika a na której widniała pszczółka siedząca na nieproporcjonalnie małym kwiatku. Ale tak naprawdę nie chodzi o zakup kolejnej pamiątki z Meksyku, chodzi raczej o gest poczyniony wobec tych dzieci, mieszkańców Valladolid jak i całego Jukatanu, którzy mimo, że bardzo biedni wzbudzają szacunek swoją ciężką pracą i dumną postawą. Współcześni Meksykanie zamieszkujący ziemie jukatańskie to ludzie radośni, zawsze uśmiechnięci, prostolinijni i przede wszystkim szczerzy. Nie spotkałam tu nikogo, kto byłby nachalny i w sposób uporczywy prosił o jałmużnę. Każdy Meksykanin z którym miałam okazję obcować pozostawił po sobie pozytywne, miłe wrażenie. Dla mnie to najsympatyczniejsi ludzie na świecie!
I tym pozytywnym akcentem chcę zakończyć moją krótką opowieść o Meksyku a właściwie Półwyspie Jukatan, jego zabytkach, ludziach i kulinariach! Nadal jestem pod ogromnym wrażeniem, że w ciągu tygodnia mogłam poczuć tak intensywnie smak tej krainy, dowiedzieć się tak wiele o niej i jej mieszkańcach, mieć wrażenie jakby historia była wciąż żywa. Jednak udało się, konsekwencją czego był napięty grafik na każdy spędzony tam dzień. Było to siedem niezwykłych, intensywnych, ciekawych i bardzo emocjonujących dni.
Ostatnie zdanie przywiodło mi na myśl zabawną przygodę. Dlatego nie omieszkam i opowiem ją. Owa przygoda miejsce podczas powrotnego rejsu katamaranem z Wyspy Kobiet- Isla Mujeres do Cancun. Zanim jednak przejdę do sedna, cofnę się do początku.
Było to idealne popołudnie na odbycie rejsu- bezchmurne niebo i delikatna bryza. Naszej dziewiętnastoosobowej grupie towarzyszył iście szampański nastrój, wzmocniony dodatkowo rozbrzmiewającą na pokładzie muzyką i szklaneczką wystrzałowej tequili. Kiedy przybyliśmy po prawie godzinnym rejsie na wyspę każda z osób miała czas wolny dla siebie. Ja poszłam wypatrywać Kubę. Pragnę dodać, że Wyspa Kobiet znajduję się w odległości zaledwie dziesięciu mil od Kuby. Niestety na nic nie zdały się moje próby. Mój wzrok nie sięgał dalej niż horyzont, a na horyzoncie widoczne było jedynie morze. Postanowiłam więc przejść się wąskimi uliczkami, co nie należało do najprzyjemniejszych przechadzek, jako, że meleksy prowadzone przez rozbawionych turystów co jakiś czas zajeżdżały mi drogę. W końcu jednak znalazłam swoje „eldorado”. Co nim było i gdzie się znajdowało pozostaje moją małą tajemnicą. Po paru godzinach wróciliśmy z powrotem na pokład. Powrót do Cancun nie był już taki relaksujący i błogi jak rejs na wyspę. Pogoda spłatała nam psikusa. Powiał silny wiatr, morze groźnie się rozkołysało a katamaran giął się na boki. Trudno było utrzymać się na pokładzie, jeszcze trudniej było pozostać w suchym ubraniu. Woda morska nie zostawiła na żadnym z nas suchej nitki. Totalnie przemoczeni kontynuowaliśmy podróż w kabinie, gdzie z przerażeniem spostrzegliśmy, że cztery osoby z grupy zostały na wyspie. Pomimo, że nie mogliśmy zawrócić po naszych „rozbitków” udało im się opuścić wyspę i szczęśliwie wrócić do Cancun. I jak każda przygoda w Meksyku i ta znalazła szczęśliwe zakończenie!
Organizatorzy: Patroni Medialni:
-
-
-
-
-
-
-
Wyspy Zielonego Przylądka-Cabo Verde Sam Smak
Cabo Verde! - jak to smakuje? Może jak tuńczyk, maniok, ryż i dużo dobrej oliwy? A może jak papaje, banany i mango? A może bardziej pachnie niż smakuje? Wiatrem, rajskim kwiatem, dymem ognisk. A może ważniejszy jest tu dotyk piaszczystej ciepłej plaży i szum fal? -
-
-
Teneryfa
Poniedziałek 10 listopada 2008 Mroźny poranek na warszawskim lotnisku Okęcie. Zaspana ekipa Smaków Podróży spotyka się w hali odlotów. Dziennikarze tygodnika Gala, fotograf, dziennikarz i operator kamery TVP1, dziennikarz radia Zet, kucharze, organizatorzy i gwiazda wyjazdu, aktorka Sylwia Gliwa.








































