Wygrywaj wyjazdy w egzotyczne miejsca.


Madera


.....Wita nas słońce, błękit nieba i przyjemna temperatura około 22 stopni Celsjusza. Jesteśmy na południu wyspy. Hotel Montemar Palace - nasz punkt docelowy - jest położony na północnym krańcu Madery w miejscowości Ponta Delgada......

oryginal - Bohaterka wyjazdu na MaderęPewnego grudniowego popołudnia czekając w dworcowej poczekalni na spóźniający się pociąg kartkowałam „Galę”. Zziębnięta, zniecierpliwiona raczej nie potrafiłam skupić się na tekście. Bezwiednie śledziłam kolorowe fotografie. Nagle mój wzrok przykuł zwrot „Weź udział w niesamowitej akcji „Smaki podróży” i wybierz się z Galą do najpiękniejszych miejsc na ziemi!” Pomyślałam - wygrana w takim konkursie byłaby spełnieniem moich marzeń o egzotycznych podróżach połączonych z rajskimi doznaniami dla mojego podniebienia. Przeszywający mnie chłód przyspieszył decyzję o natychmiastowym wysłaniu smsa zgłoszeniowego. Po kilku dniach okazało się, że zakwalifikowałam się do drugiego etapu, w którym należało zareklamować własną osobę opisując swoją najciekawszą podróż. Wkładając wiele wysiłku i jeszcze więcej serca stworzyłam tekst o mojej podróży kulinarnej, którym próbowałam zachęcić redakcyjne jury do zabrania mnie do Kenii. Jednak moje starania okazały się nieskuteczne. Mój ośli upór nie pozwolił mi odpuścić. Nęciły kierunki - Brazylia, Wyspy Zielonego Przylądka, Meksyk... Zgłaszałam się więc do kolejnych etapów akcji. Jednakże z każdym miesiącem traciłam nadzieję. Telefon milczał. Postanowiłam wysłać smsa po raz ostatni zgłaszając się do etapu, w którym nagrodą była wycieczka na Maderę. Stwierdziłam – „Teraz albo nigdy. Jeżeli tym razem nie wygram to znak, że nie ma sensu próbować więcej razy” Ta myśl okazała się dobrą wróżbą - zadziałała niczym zaklęcie.
Nie potrafię opisać tego słowami jaka radość wypełniła mnie od środka, gdy okazało się, że tym razem się udało. Życie od poznania tej wiadomości do wyjazdu potoczyło się szaleńczym pędem. Szybko nadszedł wymarzony dzień wylotu 17.04.2009r. - a wraz z nim początek mojej przygody:

DZIEŃ PIERWSZY
17.04.2009 piątek
W głowie wciąż mnożą się pytania. Większość z nich wynika raczej z ciekawości, a nie z obaw, gdyż wciąż nie potrafię sobie odpowiedzieć, co tak naprawdę znaczy taka wyprawa pod znakiem „Smaki podróży”. Myślę, że każdy kolejny dzień będzie odsłaniał rąbka tej tajemnicy.
Godz. 9:00 - zbiórka uczestników w hali odlotów Portu Lotniczego im. Fryderyka Chopina w Warszawie. Tutaj po raz pierwszy widzę ludzi, których twarze wypełnią mi każdy dzień nadchodzącego tygodnia. Zapowiada się bardzo sympatycznie.
Odprawa bagażowo - paszportowa przebiega szybko i sprawnie. O godz. 11:00 następuje wylot na Maderę. W samolocie szczęśliwa zajmuję miejsce przy oknie. Dzięki temu mam możliwość naocznej obserwacji największej atrakcji, czyli lądowania na lotnisku Santa Cruz, które jest usytuowane tuż nad oceanem na betonowych filarach o wysokości kilkunastu pięter. Ten wyczyn okazuje się być niezłą sztuką i wyzwala niezwykły poziom adrenaliny u pasażerów. Bajeczne widoki skał wystających z wody wzbudzają „ochy” i „achy” wśród zebranych na pokładzie samolotu. Madera okazuje się miejscem niezwykłym - taka mała wyspa gdzieś na Atlantyku, którą utworzyły wulkany 4 mln lat temu jako kupkę lawy której wierzchołek wystaje z wody na blisko 2 km.
Jest 15:15 czasu miejscowego. Przestawiamy zegarki o jedną godzinę do tyłu. Tutaj wszystko dzieje się o godzinę wcześniej niż w Polsce.
Wita nas słońce, błękit nieba i przyjemna temperatura około 22 stopni Celsjusza. Jesteśmy na południu wyspy. Hotel Montemar Palace - nasz punkt docelowy - jest położony na północnym krańcu Madery w miejscowości Ponta Delgada. Przejazd do hotelu okazuje się wspaniałą okazją do wstępnego rekonesansu tej malowniczej wysepki.
Pierwsze zetknięcie z Maderą jest szokujące - takiej ilości zieleni i kwiatów, dosłownie na każdym kroku, nie spodziewałam się na wulkanicznej wyspie, która składa się głównie z bazaltu. Teraz nie dziwi mnie już fakt, że Maderę często nazywa się podzwrotnikowym rajem.
Odległość północ - południe w linii prostej na mapie to około 22 km. Jakże się myliłam myśląc, że po około 20 minutach będziemy na miejscu. Dopiero po przeszło godzinie docieramy na miejsce. Czytałam przed przyjazdem, że miłośnicy poziomych ulic i płaskich podłóg nie mają na Maderze łatwego życia. Ale jeszcze nigdy nie widziałam dróg o takim kącie nachylenia, do tego często na zakręcie. Jazda autobusem jest przeżyciem ekstremalnym. Jestem pełna podziwu dla ogromnej sprawności, cierpliwości i uprzejmości miejscowych kierowców. Gdy na wąskiej drodze spotykają się tutaj dwa samochody, oko w oko, jeden z nich spokojnie się wycofuje do miejsca, gdzie mijanka jest już możliwa.
Oprócz tego Madera to wyspa tuneli i zmiennej pogody. Jest to uwarunkowane ukształtowaniem Madery wyjątkowo urozmaiconym, stromym i górzystym z głębokimi dolinami. Niewiele tu terenów płaskich. Pogoda na północy diametralnie różni się od tej zastanej na południu. Tutaj zbiera się na deszcz i jest wyczuwalnie chłodniej. Nad górami wiszą ołowiane chmury. Cóż … pozostaje nam tęsknić za stolicą. Chyba potwierdza się stwierdzenie, że na Maderze zawsze świeci słońce tylko czasem trzeba je poszukać.
Widok hotel poprawia mi nastrój – okazuje się być pięknie usytuowany na klifie, z którego okien rozciąga się przepiękny widok na szumiący Atlantyk. Położenie hotelu nieco na uboczu gwarantuje ciszę i spokój. Dla mnie jednak odrobinkę za dużo tego wyciszenia. Kojarzy mi się z miejscem – gdzie diabeł mówi dobranoc. Preferuję odrobinę bardziej rozrywkowe miejsca.
Przed kolacją wspólnie ze współlokatorką Martą (zwyciężczynią konkursu z portalu Odyssei.com) idziemy na spacer po Ponta Delgada, która wydaje się być spokojną miejscowością z kilkoma sklepami i barami. Szybko wracamy do hotelu z postanowieniem, iż jutrzejszego dnia należy wyruszyć do stolicy wyspy. Okazuje się, że w tej kwestii jesteśmy bratnimi duszami. Nie kręci nas wylegiwanie się nad hotelowym basenem. Chcemy jak najwięcej zobaczyć, przeżyć, poczuć smak prawdziwej Madery – nie tylko tej hotelowej w wersji All inclusiv.
W recepcji uzyskujemy rozkład jazdy zbiorowej komunikacji typu PKS i udajemy się na kolacje. W hotelowej restauracji czeka nas wyborna kolacje serwowana do stolików. Smak egzotycznych owoców podanych na deser wprawia mnie w doskonały nastrój. Chociaż nie wiem... może to nie owoce są sprawcami mojego nastroju a wino podane do kolacji... Tak nagle oderwana od domowo-biurowych spraw i obowiązków od rana nie mogłam się wczuć w nastrój urlopowo – wakacyjny. Ale po kolacji wreszcie czuję się wolna. Chyba dopiero zaczyna docierać do mnie co tak na prawdę wydarzyło się – ja naprawdę jestem na Maderze!!! Zaczynam rozkoszować się tym co dał mi los.

DZIEŃ DRUGI
18.04.2009 sobota
Pobudka. Sobota 6:00 rano. Rzadko wstaję tego dnia tygodnia o tak wczesnej porze. Ale przecież mam urlop. Ja nie lubię leniuchować. Już się nie mogę doczekać, żeby zacząć zwiedzać. Ten tydzień odeśpię po urlopie ;)
Autobus do Funchal - stolicy Madery odjeżdża po 7. Z trudem udaje nam się zdążyć. Poranny pośpiech wynagradzają nam zapierające dech w piersiach widoki przesuwające się za oknami autobusu, widoki które zdejmują nam resztki snu z zaspanych powiek. Autobus od pierwszych metrów pnie się niewiarygodnie stromo pod górę. Musimy przeciąć nim całą wyspę z południa na północ. Takich nachyleń drogi nie znałam. Kierowca autobusu przed każdym zakrętem trąbi ostrzegając że zbliżamy się. W efekcie jedziemy praktycznie cały czas trąbiąc. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z taką ilością tunelów wykutych w skale. Obserwując krajobraz często mam złudne wrażenie, że domy stoją sobie na dachach, a wokół nich tylko nieskażona natura. Ogrody wokół domów są pełne zieleni i egzotycznych kwiatów. Zaskakuje mnie fakt, iż jest tu wykorzystany pod uprawę każdy skrawek ziemi, który tylko nadaje się do tego. Standardem są rosnące wszędzie bananowce z wiszącymi kiściami maleńkich bananów, często jeszcze niedojrzałych. Ale nie tylko. Są tu również winnice – w górze pnie się latorośl, w dole kwitną ziemniaki.. Powszechne są maleńkie ogródki w których rosną kapusta, sałata, cebula.
Funchal obserwowany z góry jawi się jako miasto leżące w pięknej zatoce otoczonej zielonymi wzgórzami poprzecinanymi głębokimi dolinami. Spacer brukowanymi uliczkami, spotykane urokliwe zaułki, jednokierunkowe drogi biegnące to w górę to w dół, portale rzeźbione w bazalcie i panujący tu nastrój przywołują na myśl Lizbonę. Pewnie stąd często spotykane porównanie Funchal - Mała Lizbona. Nazwa miasta pochodzi od kopru (po portugalsku funcho), którego rosło tu kiedyś bardzo dużo. Ja nigdzie się go nie dopatrzyłam... no może poza talerzem na którym spoczywał jako dekoracja ciastka zaserwowanego wczorajszego dnia jako deser po kolacji.
Towarzyszkami wyprawy do stolicy są Edytka oraz Małgosia. Edytkę, pracującą na co dzień w branży odzieżowej, tutejsze sklepy z takowym asortymentem przyciągają jak magnes. Wiernie jej towarzyszymy przeglądając towar zgromadzony na sklepowych wieszakach. W zasadzie nie różni się od tego, który zalega w Polskich sklepach z jedną zasadnicza różnicą - w Polsce jest taniej.
Kolejnym punktem naszej wyprawy jest słynny targ Mercado dos Lavradores, który okazuje się niezwykle malowniczym centrum handlowym pełnym barw i zapachów, egzotycznych owoców, warzyw i kwiatów, wyrobów z wikliny, gdzie mieszkańcy robią zakupy, a turyści... głównie zdjęcia. Kwiaciarki w ludowych strojach chętnie pozują do pamiątkowych fotografii. Sprzedawcy w ramach reklamy częstują nieznanymi przez nas owocami, które okazują się krzyżówkami typu marakuja + pomidor, marakuja + ananas, marakuja + brzoskwinia itp. . Największe zdziwienie budzi w nas owoc – „banana – anana” – kształtem przypominający krzyżówkę banana z szyszką. Okazuje się, że jest to owoc filodendrona hodowanego w naszych domach jako kwiatek doniczkowy. Niezapomniane, trudne do zdefiniowana smaki… Zapał skutecznie studzą dość wysokie ceny. Okazuje się że warto najpierw porównać, ile co gdzie kosztuje, bo można nieźle przepłacić.
Na najniższym poziomie podziwiamy część rybną targu - ogromne tuńczyki, ośmiornice, krewetki, kraby, małże i oczywiście espady - ryby głębinowe, które łowi się jedynie w okolicach Madery i w Japonii. Jest to nie lada przysmak i największa atrakcja kulinarna tutejszych restauracji. Nie ma łusek, ale dla mnie najpożyteczniejszą jej cechą jest brak łusek i ości. Z wyglądu espada trochę przypomina węgorza.
Po wizycie na targu decydujemy się przysiąść gdzieś w jednej z miejscowych kafejek na filiżankę kawy. Po tak miłej sjeście udajemy się w kierunku dolnej stacji kolejki na Monte. Widok z pnącego się ku górze wagonika jest oszałamiający. Odgłosy migawek aparatów naszej czwórki kojarzy mi się z odgłosem rewolwerów. Każda chce się podzielić z nieobecną rodziną i znajomymi pięknem, które nas otacza.
Mały niepokój budzą chmury, które spowiły wierzchołki gór wznoszących się nad miastem. Na górze szukamy klasztoru Noss Seniora de Monte. Do sanktuarium prowadzą 74 schody wykonane z bazaltu. 15 sierpnia, w święto Wniebowzięcia, pielgrzymi pokonują je na kolanach. Po chwili wyciszenia przychodzi decyzja o powrocie. Idziemy zobaczyć słynną na Maderze atrakcję turystyczną - sanie wiklinowe, którymi można zjechać z Monte do Funchal. Jest to tradycyjny środek lokomocji stosowany w Funchal od połowy XIX wieku. Sanie nie jadą torem, lecz wąskimi uliczkami po wyślizganym asfalcie. Mężczyźni w białych strojach, w słomkowych kapeluszach, popychają takie sanie lub je wyhamowują butami ze specjalnymi grubymi podeszwami. Jako że mamy dużo czasu do odjazdu powrotnego autobusu do Ponta Delgada decydujemy się najbardziej ekonomiczną wersję dostania się z Monte do niżej położonego Fuchal - a mianowicie spacer, poprzez który chcemy lepiej poznać okolicę.
Po dotarciu do Funchal stwierdzamy, że mamy jeszcze czas więc dalej zwiedzamy miasto spacerując jego uliczkami. Napotykamy po drodze ogólnodostępny park miejski z licznymi zadziwiającymi swą urodą kwiatami. Trudno pojąć to, że rośliny, które w Europie hoduje się pojedynczo w doniczkach, to w ogrodach na Maderze rosną ich całe kobierce. Strelicje, orchidee, fuksje, storczyki, lilie, hortensje, jacarandy, magnolie, azalie drzewiaste oraz wyglądające jak drzewa gwiazdy betlejemskie to tylko nieliczne spośród kwiatów stanowiących efektowną oprawę miasta. Ale najbardziej rzucające się w oczy są szkarłatne i purpurowe bugenwille. Porastają one mury oraz kraty nad betonowymi kanałami, którymi płyną rzeki w mieście tworząc w ten sposób kwietne dywany.
Do Ponta Delgady wracamy autobusem zmęczone ale szczęśliwe. To był dzień pełen wrażeń. Po kolacji w hotelowej restauracji oddalamy się do pokojów by zregenerować siły na następny intensywny dzień jaki zaplanowałyśmy z współlokatorką Martą.

DZIEŃ TRZECI
19.04.2009 niedziela
Początek dnia identyczny jak dnia poprzedniego. Pobudka 6:00 rano. Następnie autobus do Funchal - po 7. Znowu z trudem udaje się zdążyć. Być może łapiemy autobus tylko dzięki temu że przyjeżdża on z dużym opóźnieniem. Ale z obserwacji wynika, że miejscowych to ani nie dziwi, ani – co bardzo nas zdziwiło – nie denerwuje. Wydaje się, że oni nigdzie się nie spieszą. Zawsze mają czas na krótką pogawędkę. Na każdym kolejnym przystanku wszyscy z uśmiechem zajmują wolne miejsca i ruszamy dalej.
Tym razem próbuję podczas trwającej dwie godziny podróży zdrzemnąć się ale częstotliwość zakrętów na trasie skutecznie niweczy moje plany. Trzeba mocno trzymać się oparcia by nie wypaść z siedzenia.
Dzisiaj w planach mamy Ogród Botaniczny. Docieramy na miejsce autobusem miejskim. Ogród robi na mnie piorunujące wrażenie. Kiedyś stanowił prywatną posiadłość, która w 1957 r. została wykupiona przez państwo. Na obszarze około 35 tys. metrów kwadratowych rośnie ponad 2 tys. gatunków roślin egzotycznych m.in. przeróżne rodzaje palm, sekwoi, drzew laurowych, orchidei, azalii i oczywiście strelicji, która stała się symbolem Madery. Alejkami przechadzają się pawie. Widok iście królewski. Trudno rozstać się z tym malowniczym miejscem ale czas nagli a w planach mamy jeszcze przejście Levadą Bom Sucesso.
Początek levady zaczyna się nieciekawie. Przemyka nawet myśl o zawróceniu. Widoki raczej nieciekawe a do tego jeszcze nigdy nie widziałam w jednym miejscu tylu jaszczurek. Jaszczurki początkowo przerażają mnie, później się z nimi oswajam, a następnie nawet zaprzyjaźniam dzieląc z nimi własną kanapką. Widoki też stają się miłe oku. Zostawiamy za plecami huk miasta i wchodzimy w leśne ostępy. Dzięki mojemu i Marty wrodzonemu uporowi osiągamy zamierzony cel, tzn. na końcu trasy ukazuje się naszym oczom wodospad. Z pełną satysfakcją możemy wracać do stolicy.
Głodna postanawiam coś przekąsić. Nie za dużo aby nie stracić apetytu na łakocie czekające na mnie w hotelowej restauracji. Znajduję cos idealnego. Na ulicy przy molo są  sprzedawcy piekący na miejscu okrągłe chlebki bolo nadziewane np. kiełbaską lub bekonem, które następnie wedle uznania zamawiającego są przecinane na pół i smarowane sosem czosnkowym. Nie wiem czy bolo są  takie pyszne, czy to ja jestem taka głodna. W każdym bądź razie znikają w zastraszającym tempie.
Wstępujemy jeszcze do znajdującej się w centrum katedry Largo da Se, w której właśnie odprawiana jest msza niedzielna. W katedrze tej przed laty modlili się wypływając na swe odkrywcze wyprawy Krzysztof Kolumb, Vasco da Gama, Ferdynand Magellan. Wewnątrz zwraca uwagę sklepienie wykonane z cedru oraz ściany pokryte azulejos. Na zewnątrz obok katedry stoi pomnik Jana Pawła II, który podczas pielgrzymki do Portugalii w 1991r. odwiedził również Maderę.
Powrót do Ponta Delgady jest męczący. Na miejscu wita nas deszcz i uczucie chłodu. Ogrzewamy się wspomnieniem słonecznego południa. Marzę o prysznicu i wygodnym hotelowym łóżku.

DZIEŃ CZWARTY
20.04.2009 poniedziałek
Po śniadaniu, które po raz pierwszy od początku pobytu udaje mi się zjeść niespiesznie następuje wyjazd na wycieczkę zorganizowaną przez partnera akcji „Smaki podróży” Itakę na zachodnią część wyspy. Realizujemy plan wycieczki punkt po punkcie. Rozpoczynamy od punktu widokowego z najwyższego klifu w Europie ( i drugiego na świecie ) Cabo Girao (590m), cypla spadającego prawie pionowo w dół do oceanu. Widać stąd jak na dłoni panoramę Madery. U stóp klifu rozpościera się bezkresny ocean. Następnie wizyta w wiosce Ribeira Brava, przejazd przez prastary las laurowy pod ochroną UNESCO, podziwianie panoramy północnego i południowego wybrzeża z przełęczy Encumenada. Przystanek na zdjęcia pozwala nam podziwiać wspaniały widok na góry Madery. Następnie kontynuujemy podróż przez jedyny na Maderze płaskowyż Paul da Serra, który silnie kontrastuje z górami zajmującymi większość obszaru Madery. Jest to obszar porośnięty trawą przywołujący mi na myśl amerykańska prerię, na której pasą się krowy.
Szczególnie zachwyca mnie Porto Moniz, gdzie mamy możliwość przyjrzenia się naturalnie uformowanym basenom pośród skał wulkanicznych. Tutaj też jest czas na lunch w malowniczo położonej nad brzegiem oceanu restauracji Cachalote. Wszyscy uczestnicy wyprawy wybierają osławioną już rybę espadę i chyba wszyscy są w pełni usatysfakcjonowani jej smakiem. 
Na zakończenie półgodzinny spacer przez Groty Świętego Wincentego i łączące je podziemne tunele, którymi płynęła lawa w czasie kształtowania się wyspy. Podziwiamy podziemne jeziora z krystalicznie czystą wodą. W multimedialnym Centrum Wulkanizmu w Sao Vicente uczestniczymy w audiowizualnej prezentacji powstawania wyspy i procesów wulkanicznych zachodzących w jej wnętrzu.
Po 18 następuje powrót do hotelu, gdzie możemy oddać się leniuchowaniu regenerując siły po na prawdę intensywnym dniu wyprawy, dającej okazję poznać naprawdę cudowny krajobraz Madery.
Przestaje nas już dziwić ciągle wisząca pierzynka z chmur nad naszą okolicą. Widocznie taki właśnie urok północnego krańca wyspy. Podobnież w dzień jest tu słonecznie. Około 16 zaczynają kłębić się chmury, które następnego dnia z rana rozchodzą się by znowu po południu powrócić.

DZIEŃ PIĄTY
21.04.2009r. wtorek
Na dzisiejszy dzień był zaplanowany rejs repliką Santa Maria z portu Funchal do najwyższego klifu w Europie Cabo Girao. Niestety nastąpiła zmiana planów i rejs został odwołany. Szkoda tracić czas przy hotelowym basenie podczas gdy tyle zakątków Madery stoi dla mnie wciąż owianych tajemnicą. Wspólnie z Martą postanawiamy znowu wyruszyć w trasę. Niestety uboga komunikacja zbiorowa proponuje nam wyłącznie dojazd do stolicy. Korzystamy z tej okazji i ruszamy poraz trzeci w kierunku Funchal. Planujemy wybrać się Levadą Dos Piornais na spacer. Wcześniej udajemy się do pobliskich marketów w celu zapoznania się z ofertą miejscowych trunków. Trafiamy w jednym na degustację. Po degustacji wybór wydaje się dużo łatwiejszy. Mimo że chciałoby się wziąć większość z proponowanych alkoholi decydujemy się na maderę, poncha (alkohol, którego podstawę stanowi biły rum, sok z limonki i miód) oraz likiery z marakui i z anony – czyli najbardziej charakterystyczne dla wyspy trunki.
Po degustacji jakby ciężej iść. Słońce, które rano nieśmiało wychylało się zza chmur zaczęło prażyć niemiłosiernie. Ale chęć zobaczenia jak największej części wyspy daje zdwojone pokłady siły. Niestety śledzone przez nieznajomego, który wydał się nam niezrównoważonym psychicznie człowiekiem, postanowiłyśmy się wycofać i wrócić na bardziej uczęszczany przez ludzi teren. Szybko udało się nam złapać autobus  z powrotem do centrum Funchal.
Obrałyśmy kierunek -  market, cel - zaopatrzenie w prezenty w butelkach. Zadanie szybko zostało zrealizowane. Z powodu nadmiaru czasu udałyśmy się jeszcze na miejscowy targ w celu nabycia egzotycznych owoców, o które w naszej części Europy raczej trudno. Dzień upłynął nam pod znakiem zaopatrzenia w souveniry dla tych co pozostali w kraju.

DZIEŃ SZÓSTY
22.04.2009r. Środa
Dzisiejszego dnia ekipy telewizyjna, Zetki oraz Gali są zaangażowane w nagrywanie materiałów w naszym hotelu. Postanawiamy z Martą, że my jako ekipa niezaangażowana zapoznamy się z efektami pracy po zmontowaniu już gotowego materiału oglądając go w TV, czy w gazecie. Tymczasem postanawiamy się wybrać na wschód wyspy. Niestety - okazało się że zbiorowy transport publiczny przeceniłyśmy. Autobusy z rozkładu jazdy owszem jeżdżą co kilka godzin ale niestety tylko w wybrane dni tygodnia. Ponieważ nie lubimy rezygnować z własnych planów postanawiamy sprawdzić jak w tej części Europy działa taka instytucja jak autostop. Po długim oczekiwaniu, gdy już chyba wszyscy mijający nas turyści w wypożyczonych przez siebie samochodach otrąbili nas by zejść im z drogi trafiamy na miejscowe małżeństwo. Dzięki ich uczynności docieramy do miejscowości Boaventura a następnie autobusem do Arco de Sao Jorge. Tam spędzamy miłe popołudnie spacerując między winnicami porozrzucanymi między pagórkami. Nasuwa nam się jedno skojarzenie – tak musi wyglądać Toskania.
Gdy głód zaczyna nam już dotkliwe dawać się we znaki udajemy się do pobliskiej restauracji. Na miejscu okazuje się że działa ona dopiero od 18:30. Ponieważ ostatni autobus do Ponta Delgady odjeżdżał z Arco o godzinie 18:00 nie pozostaje nam nic innego jak złapać stopa by dostać się z powrotem do Boaventury, gdzie działa przydrożna knajpka z piecem opalanym drewnem z mimozy, gdzie na ruszcie przyrządzana jest eszpatada.
Udaje się. Trafiamy szybko na przemiłego Maderyjczyka, który podwozi nas wprost pod drzwi knajpki. Właściciel szybko przyrządza zamówione danie. Eszpatada łechce nasze podniebienia w sposób przecudny. Jest czas na miłą rozmowę z naszym gospodarzem, który w efekcie obdarowuje nas herbatą i widokówką na pamiątkę. Oczywiście wszystko to czyni w tajemnicy przed swoją zoną, która w tym czasie stoi za barem.
Ponieważ pozostało jeszcze wiele czasu do odjazdu autobusu ponownie decydujemy się na podróż autostopem. Zatrzymują się dwie turystki z Węgier. Niestety tak mocno wtapiamy się w rozmowę z nimi, że w pewnym momencie stwierdzamy że dotarłyśmy już do punktu docelowego i prosimy o zatrzymanie się. Jak się okazuje jest jeszcze przed nami 5 km do Ponta Delgada. Ostatecznie decydujemy się na spacer. Trafiamy na świetny punkt widokowy, z którego rozpościerał się wspaniały widok na nasze miasteczko z góry. Robimy masę zdjęć po czym odkrywamy skrót i tym sposobem w krótkim czasie docieramy do hotelu na kolację. Stwierdzamy, że to chyba najprzyjemniejszy dzień z wszystkich, pełen niespodzianek i szczęśliwych zbiegów okoliczności.

DZIEŃ SIÓDMY
23.04.2009r. Czwartek
Leniwe śniadanie, po którym następuje ponowny wyjazd na wycieczkę zorganizowaną przez partnera akcji - biuro podróży Itaka. Tym razem kierujemy się na wschodnią część wyspy. Znowu realizujemy plan wycieczki punkt po punkcie. Rozpoczynamy od centrum wikliniarstwa w wiosce Camacha. Wstępujemy do największego na wyspie sklepu, który jest wypełniony po sufit najbardziej wymyślnymi wyrobami: koszyczkami, kapeluszami, żabkami, konikami, a nawet ramami do obrazów i meblami. W dolnej części  sklepu mieszczą się warsztaty wikliniarskie.
Kontynuujemy nasza podróż zatrzymując się na trzecim pod względem wysokości szczycie wyspy Pico de Ariero (1818 m n.p.m.). Jedziemy drogą, która pnie się po stromych zboczach porośniętych eukaliptusami i drzewami laurowymi. Ze szczytu rozpościera się przed nami wspaniały widok na otaczające wzniesienia i Ocean Atlantycki.
Następnie przejeżdżamy do malowniczej osady Ribeiro Frio , gdzie zwiedzamy hodowlę pstrąga tęczowego. Cel hodowli jest zadziwiający - nie do celów kulinarnych tylko do odnowienia populacji w strumieniach. Odbywamy Spacer levadą do punktu widokowego z zapierającą dech panoramą wysokogórską.
Ostatnim punktem wycieczki jest skansen tradycyjnych trójkątnych domków krytych strzechą sięgającą ziemi w wiosce Santana. To miejsce chyba najbardziej mnie rozczarowuje. Zamiast spodziewanej osady wielu malowniczych domków, widzę dwa, z których jeden jest zaadoptowana na sklep.

DZIEŃ ÓSMY
24.04.2009r. Piątek
Po śniadaniu szybko formujemy szyk i wychodzimy na ostatni spacer po uliczkach Ponta Delgada. Ostatnie fotki. Ostatnie zakupy w miejscowym sklepiku. Czas na pakowanie i po obiedzie ruszamy na lotnisko. Czas tak szybko minął . Wszystko co dobre szybko się kończy. Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze uda mi się przybyć w to miejsce. Osiem dni to zdecydowanie za mało by poznać Maderę mimo jej niewielkich rozmiarów wzdłuż i wszerz - 57 na 22 km.

Dziękuję Wszystkim dzięki którym mogłam zaznać smaku Madery i się w niej rozsmakować zarówno tej pod stopą jak i tej w butelce.

Wybierz kontynent:
Wybierz kraj:

poprzednie wyprawy
  • Relacji z podrózy: 17350
  • Zdjęć: 123141
  • Podróżników: 28714
  • Porad: 18793
  • Postów: 115477
  • Tematów: 10540