Wygrywaj wyjazdy w egzotyczne miejsca.


Madera


Z okien samolotu ocean wygląda jak nieruchomy bezkres granatu, tu i ówdzie pokryty ledwo dostrzegalnymi białawymi liniami.

artykul - madera Ocean Gdy po ponad czterogodzinnym locie, zbliżając się do celu podróży samolot zaczął obniżać pułap owe kreski okazały się być grzbietami fal, a gładka powierzchnia – złudzeniem, niezwłocznie zastąpionym przez strukturę pofałdowaną, znacznie bliższą stanowi rzeczywistemu. Niedługo potem, pośród bezkresnej toni oceanu miał się wyłonić niecierpliwie wyczekiwany postrzępiony skrawek lądu.
Madera, która od wieków służyła jako schronienie dla statków przemierzających ocean przez tydzień miała użyczyć go nam. Wkrótce okazało się, że „zielona perła Atlantyku” to wulkaniczna wyspa o wielu twarzach, kryjąca w sobie potencjał zdolny zachwycić ludzi o różnorodnych oczekiwaniach i upodobaniach. Już sama godzinna podróż z lotniska do hotelu wiodąca przez malownicze tereny drogami wspinającymi się raptownie w górę lub opadającymi w dół nad urwiskami, kusiła obietnicą niesamowitych przeżyć. Szczyty gór owiane mgłą, usytuowane na stromych zboczach tarasowe pola uprawne, góry porośnięte gęstym lasem i oplecione wstążkami niezmiernie wąskich dróg, surowe, skaliste klify gwałtownie opadające do oceanu i zapierające dech w piersiach krajobrazy stanowiły zapowiedź tego, że wyspa nikogo nie pozostawi wobec siebie obojętną.

oryginal - Madera tarasy


Już w trakcie pierwszej podróży Madera objawia swą dwoistą naturę. Z jednej strony z dumą pokazuje swą dzikość, a z drugiej prezentuje inne, połowicznie – bo na podyktowanych przez siebie warunkach – ujarzmione oblicze. Część trasy wiedzie bowiem przez wydrążone w skale tunele, z których najdłuższy, mający ponad trzy kilometry długości stanowi swoistą przestrzeń graniczną pomiędzy słonecznym i cieplejszym południem wyspy a chłodniejszą i wilgotną północą.
Po dotarciu do hotelu w Ponta Delgada przywitano nas kieliszkiem sztandarowego trunku wyspy – wina Madera, dojrzewającego w wysokiej temperaturze przez sześć miesięcy, a następnie wzmocnionego brandy. Tak też rozpoczęła się moja maderska przygoda.
Po kolacji – prawdziwym festiwalu tradycyjnej gastronomii, wyszłam na spacer po spokojnym i nieco wyludnionym miasteczku, by już następnego dnia wczesnym rankiem, gdy zaspani kelnerzy dopiero przygotowywali śniadanie, wraz z innymi laureatkami konkursu Smaki Podróży wyruszyć do Funchal – stolicy wyspy.
Gdyby nie pomoc życzliwego recepcjonisty, który zasugerował konkretną godzinę wyjazdu, nasza podróż mogłaby stanąć pod znakiem zapytania. Na Maderze bowiem, a przynajmniej w jej północnej części, komunikacja autobusowa praktycznie nie istnieje. W ciągu dnia odchodzą bowiem trzy autobusy, a na przystankach nie ma rozkładów jazdy. Do stolicy podróżowałyśmy jeszcze dwukrotnie, co sprawiło, że zaczęłyśmy rozpoznawać kierowców i niektórych współpasażerów i same byłyśmy przez nich rozpoznawane.
 Stolica Funchal to malowniczo położone na zboczach gór portowe miasto zwane małą Lizboną z przepięknymi ogrodami i pulsującym życiem targiem Mercado dos Lavradores mieszczącym się na trzech poziomach. Na poziomie ulicy, tuż przy wejściu swoje barwne stragany mają kwiaciarki z nieodległej Camachy, odziane w tradycyjny strój składający się z czerwonej sukni w kolorowe paski i granatowego kapelusza, sprzedające nasiona, sadzonki i egzotyczne kwiaty, z których zdecydowanie największą uwagę przykuwają sprowadzone z Afryki protee i strelicje. W głębi swoje miejsce mają sprzedawcy warzyw i owoców i koszykarze. Tam też mieszczą się maleńkie sklepiki z winem i pamiątkami. Pierwsze piętro w pełni zagospodarowali na swe potrzeby sprzedawcy warzyw i owoców, z niezwykłą starannością rozkładający sprzedawane przez siebie produkty i chętnie częstujący przechodzących turystów niespotykanymi krzyżówkami owoców (np. marakuja-banan, marakuja-pomidor (!)).

oryginal - Madera Owoce

Mnie szczególnie zainteresował banano-ananas – owoc monstery delicosy, o kształcie pękatego banana okryty grubą zieloną skórką, wyglądem przypominającą skórę ananasa, jak również aksamitna, bardziej wyrafinowana w smaku, delikatnie kwaskowa anona. Najniższy poziom targu zarezerwowano dla sprzedawców ryb i owoców morza. Wielu turystów odstrasza unoszący się w powietrzu zapach surowej ryby, ale Ci, którzy tak jak my zdecydują się z bliska przyjrzeć stoiskom, zostaną wynagrodzeni między innymi widokiem espady (pałasza) – czarnej, węgorzowatej ryby o charakterystycznych długich zębach i olbrzymich oczach, poławianej na głębokości ośmiuset metrów, która widnieje w każdym restauracyjnym menu.

oryginal - targ rybny        oryginal - targ rybny Madera

Po spacerze gwarnymi ulicami Funchal, wjechałyśmy kolejką linową na górujące nad nim wzgórze Monte, na którym mieści się największego sanktuarium Madery z figurką Madonny z Monte – patronki wyspy, oraz Ogród Tropikalny. Drogę powrotną z Monte można odbyć w wiklinowym toboganie na drewnianych płozach popychanym przez mężczyzn w tradycyjnych strojach, hamujących butami o specjalnych gumowych podeszwach. Zamożnych amatorów dostarczanych przez nią wrażeń nie brakowało, my natomiast zdecydowałyśmy ruszyć w dół pieszo, co szybko okazało się nienajlepszym pomysłem. Po kilkunastu minutach schodzenia stromą ulicą, mijane przez kolejnych turystów niemieckich mknących saniami, skapitulowałyśmy i z ulgą wsiadłyśmy do przejeżdżającej taksówki, która zabrała nas do centrum miasta. Nie odwiódł nas od tego nawet widok zachwycających kwiatów bujnie rosnących w prywatnych, przydomowych ogródkach i łąki nasturcji pokrywające wszelkie nieużytki.


W stolicy wybrałyśmy się także do rozległego tarasowego Ogrodu Botanicznego Jardim Botanico, w którym rosną orchidee, strelicje, kamelie, opuncje figowe i inne tak endemiczne, jak i sprowadzane z całego świata rośliny. Jego swoistą atrakcję stanowią dwa pełne gracji białe pawie, które chętnie, choć niespiesznie prezentują swe walory przed chcącymi je sfotografować zwiedzającymi. Przemierzyłyśmy także dwie lewady: Levadę do Bom Sucesso, która zaczynała się niepozorną ścieżynką wzdłuż płotów okalających prywatne domostwa, nieopodal Ogrodu Botanicznego, a kończyła urokliwym wodospadem zagubionym w głuszy lasu; oraz Levadę dos Piornais, rozpoczynającą się w zachodniej części Funchal i wiodącą pomiędzy prywatnymi ogrodami i plantacjami bananów. Lewady to system kanałów nawadniających odprowadzających wodę na suche południe, wzdłuż których znajdują się wąskie piesze szlaki prowadzące do niedostępnych inną drogę ciekawych zakątków wyspy.


W trakcie pobytu na Maderze organizatorzy przewidzieli wycieczki eksplorujące zachód i wschód wyspy. Podczas pierwszej z nich podziwialiśmy widok rozpościerający się z trzeciego najwyższego klifu w Europie – Cabo Girao (580m), przejeżdżaliśmy przez unikatowe lasy wawrzynowe wpisane na listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego UNESCO, obserwowaliśmy panoramę północnego i południowego wybrzeża z przełęczy Encumenada, w Porto Moniz – niewielkim miasteczku słynącym ze skalnych sadzawek służących jako naturalne baseny, skosztowaliśmy wspomnianej już espady. W drodze powrotnej wiodącej malowniczą trasą wzdłuż oceanu, u kresu naszej wycieczki eksplorowaliśmy jeszcze jaskinie lawowe w São Vicente.


Następnego dnia na nowo zapragnęłyśmy z Ewą na własna rękę odkryć nieznane uroki wyspy udając się tym razem na wschód. Gdy wodząc palcem po mapie – jak miało się okazać - dość zachłannie obrałyśmy za cel Santanę, nie przypuszczałyśmy, że dotarcie tam stanie się dla nas prawdziwym wyzwaniem. Długo i bezowocnie oczekiwałyśmy na przyjazd autobusu. Nie chcąc powrócić na tarczy, postanowiłyśmy pojechać autostopem. Nie zniechęcając się widokiem mijających nas samochodów kierowanych przez niewzruszonych turystów (przypuszczalnie z Niemiec i Anglii), przez ponad godzinę oczekiwałyśmy na moment, w którym nasza wytrwałość i upór miały zostać wynagrodzone. Tym sposobem dojechałyśmy do rozwidlenia dróg prowadzących do miejscowości Falca i Arco de São Jorge. W przydrożnym barze wypiłyśmy kawę w towarzystwie motocyklistów zajadających się estapadą – szaszłykami z wołowiny pieczonymi na ruszcie nad tlącym się drewnem akacjowym. Następnie, tym razem autobusem wyruszyłyśmy na kolejny – niestety dość krótki i – jak się okazało – końcowy etap naszej podróży. W opustoszałej wiosce Arco de São Jorge dowiedziałyśmy się, że upierając się przy podróży do Santany, pozbawiłybyśmy się możliwości powrotu do Ponta Delgada tego samego dnia. W zamian postanowiłyśmy obejrzeć dokładnie miejscowość, do której dotarłyśmy. Okazało się, że w odkryłyśmy miejsce idylliczne – skąpane w słońcu rozległe winnice, plantacje bananów i trzciny cukrowej, otoczone wysokimi górami; drzewa z egzotycznymi owocami rosnące nieopodal krętych dróg i posiadłości o pobielanych ścianach – połączenie krajobrazu właściwego Ameryce Południowej i Toskanii. Nacieszywszy wzrok tym niesamowitym widokiem, zachowując w pamięci zapach dymu z palącego się drewna postanowiłyśmy pokrzepić się estapadą. Nie bez trudu zlokalizowałyśmy restaurację, która jednakże była nią tylko późnym wieczorem, więc postanowiłyśmy wrócić autostopem do odwiedzonego już baru. Powitał nas sympatyczny, uśmiechnięty właściciel, który w tajemnicy przed żoną obniżył cenę posiłku i obdarował nas napojami i widokówkami z kwiatem zwanym dumą Madery.
Ostatni etap wyprawy z drżącym sercem odbyłyśmy pieszo wąską drogą, na której z trudem mijały się dwa samochody, napawając się robiącymi kolosalne wrażenie widokami klifów, o które rozbijały się fale oceanu oraz bujną florą wyrastającą w najbardziej zaskakujących i niedostępnych miejscach.
Pod koniec następnego dnia, w ramach wycieczki na wschód pokonywałyśmy tę samą drogę autokarem, który z trudem zmagał się ze stromymi zboczami gór. Najpierw jednak udałyśmy się do centrum wikliniarstwa w wiosce Camacha, które znacznie odbiegało od naszych pierwotnych wyobrażeń spod znaku straganów wypełnionych po brzegi produktami z wikliny i rzemieślników, których można obserwować przy pracy. Za to widoki, których dostarczył wjazd na trzeci najwyższy szczyt Madery – Pico de Arieiro przerosły nasze najśmielsze oczekiwania. Surowe, strzeliste i majestatyczne skały, u stóp których rosły wprowadzające nas swoją obecnością w zdumienie kępki pięknych kwiatów, dla których wiatr i niska temperatura nie stanowiły przeszkody. Tego samego dnia zobaczyliśmy także hodowlę pstrąga tęczowego w osadzie Ribeiro Frio, z której wyruszyliśmy na krótki spacer wzdłuż lewady, mijając po drodze drzewa laurowe i przysłuchując się opowieściom przewodnika. Dotarliśmy również do upragnionej Santany – wioski, gdzie stoją maleńkie domki w kształcie litery A, o spiczastych dachach krytych strzechą. Pierwsze wzmianki o takich konstrukcjach pochodzą z XVI wieku, lecz te, które udostępniono do zwiedzania turystom z pewnością nie przekroczyły stu lat. Trzeba przyznać, że skansen swoimi rozmiarami odrobinę rozczarowuje, mimo to pełne wrażeń zaliczamy ten dzień – tak jak każdy spędzony na wyspie - do niezwykle udanych.
Dopełnieniem wrażeń wzrokowych, których doświadczyłam na wyspie, były jej smaki, zapachy i dźwięki. W mojej pamięci Madera łączyć się będzie nierozerwalnie ze smakiem kawy wypijanej niespiesznie na dobry początek dnia, pokrzepiającym chlebem chourico z bekonem i masłem czosnkowym, zakupionym na promenadzie w Funchal i intensywnym aromatem Bolo de Mel – ciasta piernikowego, smakiem maracui, którą częstowali wyjątkowo zaradni sprzedawcy miejskiego bazaru, wina Madera i mocniejszego trunku o nazwie Poncha, powstałego na bazie rumu z trzciny cukrowej, miodu i soku z limonki, którym podług słów przewodnika, po pracy z ochotą raczą się maderscy rolnicy i rybacy.
Madera to zarówno senne wioski, które ożywają dopiero pod koniec dnia i tętniąca gwarem i rozmowami turystów stolica. To uśmiechnięci i życzliwi ludzie, potrafiący korzystać z wszelkich atutów raju na ziemi, w którym przyszło im żyć, harmonijnie współistniejący z otaczającą ich przyrodą. To kierowca autobusu, który pobiegł za nami, by z uśmiechem na ustach pokazać, że powinnyśmy się pospieszyć, bo lada moment odjedzie nasz ostatni autobus, starsze kobiety intensywnie pachnące palonym drewnem akacjowym i mężczyźni spędzający wolny czas na ulicznej grze w karty.
Madera to prawdziwy raj dla miłośników roślin, amatorów górskich eskapad i zwykłych turystów lubiących słońce. To wyspa skrywająca niezliczoną ilość niespodzianek, które chętnie odsłania uważnemu obserwatorowi. To wyspa marzeń, którą opuszcza się z niekłamanym żalem.


Marta Olszewska – relacja z Madery


Organizatorzy:                              Patroni Medialni:

oryginal - itaka  artykul - kamis    oryginal - TVP1 Kawaw czy herbata?   artykul - zet artykul - gala

                                                   artykul - mg       artykul - odyssei.com

Wybierz kontynent:
Wybierz kraj:

poprzednie wyprawy
  • Relacji z podrózy: 17350
  • Zdjęć: 123141
  • Podróżników: 28714
  • Porad: 18793
  • Postów: 115477
  • Tematów: 10540