• Wersja angielska
  •  
  •  
  • Odyssei
  • Serwis roku
  • National Geographic
  • Traveler
  • Strona Główna Odyssei
  • Odyssei

Witaj Gościu ( Zaloguj | Rejestruj )


2 Stron V   1 2 >  
Reply to this topicStart new topic
> Konkurs Wymarzona Podróż
KasiaF.
post Nov 16 2009, 06:09 PM
Post #1


Urodzony obieżyświat
*****

Grupa: Odyseusze
Postów: 4,546







Z okazji 6 urodzin Odyssei.com przygotowaliśmy dla Was Odyseusze konkurs z cenną nagrodą w postaci Kamery cyfrowej HD Canon HV10

Co należy zrobić aby wziąć udział w konkursie ?

Zaplanujcie swoją Wymarzoną Podróż opisując plan podróży tak jakbyście zamierzali realnie w nią wyruszyć.

Opis planu podróży powinien zawierać następujące informacje:

1. Kierunek podróży
- Dlaczego wybieracie właśnie ten kierunek podróży?
2. Plan dotarcia do celu lub przemieszczania się.
- Jak zamierzacie dotrzeć do celu lub przemieszczać się w trakcie podróży jeśli nie jest to jeden kierunek?
3. Miejsca do odwiedzenia
Jakie miejsca są punktami obowiązkowymi do odwiedzenia w Waszej podróży?
4. Pamiątkowe zdjęcie
W jakim miejscu chciałbyś zrobić sobie zdjęcie aby używać go jako avatara w swoim profilu Oyssei.com ?

Opis planu podróży należy dodać na Forum Odyssei.com w wątku Konkurs Wymarzona Podróż

Konkurs trwa od 16 listopada do 31 grudnia

Oto regulamin: http://www.odyssei.com/wymarzona-podroz/15...regulaminy.html

Go to the top of the page
 
+Quote Post
Odyska
post Nov 16 2009, 06:09 PM
Post #


Miłośniczka podróży









Go to the top of the page
 
Quote Post
AgSi
post Nov 19 2009, 02:29 AM
Post #2


Miłośnik podróży
*

Grupa: Odyseusze
Postów: 1

Skąd: łódzkie




Niedawno odkryłam to forum i przynam jest naprawdę ciekawe i zgodne z moimi zainteresowaniami. Studiuję turystykę i rekreację. Jeden z moich wykładowców "zaraził" mnie zainteresowaniem Portugalią, dlatego właśnie tam chciałabym wybrać się w podróż marzeń. Jest to kraj wielokulturowy, pełen tajemnic, które nie ukazują się turyście od razu. Trzeba zejść ze ścieżki aby odkryć jej zakątki. Z racji, że nie posiadam zbyt wiele własnych środków pieniężnych wybrałabym lot tanimi liniami. Orientuję się, że w przypadku tych linii nie ma bezpośredniego połączenia Polski z Portugalią musiałabym się przesiąść w Londynie lub innym mieście Europy. Po dotarciu miejscem początkowym byłoby Porto, które leży przy krętej rzece Douro. W Porto, w dzielnicy Vila Nova de Gaia, znajduje się wiele piwnic, z wieloma korytarzami pełnymi beczek, w których unosi się aromat mętnego, młodego wina porto. Tu można urządzić ucztę zmysłów. Kolejnym miejsce godnym polecenia jest stolica. Lizbona posiada wiele interesujących dzielnic. Jedną z nich jest Alfama- osiedle wąskich uliczek, kolebka fado. Nad alfamą znajduje się katedra i zamek San Jorge, niegdyś siedziba królów. Spacer po niej może sprawiać trudność, gdyż wąskie uliczki splatają się ze sobą i układają w labirynt. Spacerując można odność wrażenie, że czas zatrzymał się w miejscu. Interesującą przygodą może być przejażdżka tramwajem numer 28, która przeciskając się przez wąskie uliczki wspina się na wzgórze. Kolejną dzielnicą jest Baixa- dolne miasto, której autorem jest Markiz de Pombal. Jest główną częscią w centrum historycznym i najczęsciej odwiedzana przez turystów. Na ulicach rozwija się rzemiosło (jublierzy, szewcy, handel). Niewielkie place ozdobione mozaiką są prawdziwą ucztą dla oka. Ciekawym obiektem w tej dzielnicy są windy uliczne- elevadore, które stanowią doskonały punkt widokowy. Trzecią dzielnicą Lizbony jest Belem. Posiada reprezentacyjny charakter, w której znajdują się budowle w stylu manuelińskim z elementami morskimi, m.in. wieża Belem, pomnik odkryć geograficznych. Obiektem godnym uwagi w tej dzielnicy jest klasztor Hieronimitów oraz muzeum Berardo. Belem słynie także z wielu kawiarenek, w których podawane są pyszne i kruche babeczki pasteis de Belem. Obiektem łączącym brzegi Lizbony jest most 25 kwietnia, ktory jest najdłuższym mostem wiszącym w Europie. Kolejnym miejscem w Portugalii jest Sintra. Panuje tu klimat chłodniejszy niż w stolicy. Sintra prezentuje architektoniczne wariacje, gdzie mieszają się elementy neogotyku z elementami manuelińskimi. Przykładem może być zamek Pena, który prezentuje nam pokręcone kształty. Sintra uważana jest za raj na ziemi. Inna atrakcją może być Tras-os-montes, gdzie panuje pewien kontrast. Sam region jest słabo zamieszkany, lecz to przyczyniło się do powstania fascynującej kultury. Wioski na tym terenie posiadają sój język. Jednakże miejscem, w którym zrobiłabym wiele interesujących zdjęć jest Algarve i jego plaże. Zajmuje południowy koniec Portugalii i jest bajkową krainą. Niemalże całe wybrzeże stanowią plaże oraz skaliste zatoki. To jest moje wymarzone miejsce, gdzie nikt i nic nie może zakłócić panującej tam atmosfery. Algarve pozwala zanurzyć się w błękitnych wodach oceanu i wygodnie wypoczywać na plażach.
Tak wyglądałaby moja wymarzona podróż. Miejmy nadzieję, że plany doczekają się realizacji:)








Go to the top of the page
 
+Quote Post
Paolcia
post Nov 19 2009, 02:31 PM
Post #3


Zapalony wędrowiec
**

Grupa: Odyseusze
Postów: 168

Skąd: Poznań




Na bungee skakałam nie raz... rewelacyjne przeżycie... zaczęło się od bungee w Poznaniu, jedynie 45 m... Aby skoczyć na najwyższym bungee w Polsce wybrałam się do Warszawy, ale to i tak nadal tylko 90 m... Co ta mała pasja ma wspólnego z podróżą marzeń? WSZYSTKO smile.gif

1. Cel Podróży - RPA; Bloukrans Bridge
Jest takie miejsce na południu RPA, gdzie można poczuć wolność rzucając się z mostu...ponoć jest to najwyższe naturalne bungee na świecie (nawet jeśli nie to myślę, że i tak wysokość 233 m robi wrażenie i przyciąga serce niejednego fana sportów ekstremalnych)... A moim marzeniem jest znaleźć się właśnie tam... i skoczyć smile.gif

2. Plan dotarcia do celu lub przemieszczania się
Zdecydowanie najprostszym sposobem byłoby dotarcie do Kapsztadu lub Johannesburga samolotem (z przesiadką np. w Londynie). Jeśli chodzi natomiast o przemieszczanie się na miejscu to ciężko mi powiedzieć... Z doświadczenia wiem, że najciekawsze są wyjazdy z biletem lotniczym w kieszeni i przeświadczeniem, że na miejscu się zobaczy... tak więc oczywiście pociąg, wypożyczenie samochodu czy linie autobusowe... no i zawsze pozostaje autostop.

3. Miejsca do odwiedzenia
Oczywiście bungee to nie jedyny, choć nie ukrywam, ze jeden z najważniejszych celów. Nie wyobrażam sobie, że będąc w RPA nie zobaczyłabym takich miejsc jak:
Przylądek Dobrej Nadziei z kolonią pingwinów
Park Krugera z niesamowitą fauną i florą afrykańską
Góry Smocze z przynajmniej pięciodniowym trekkingiem (to już ze względu na moje zamiłowanie do gór)
Przylądek Igielny wyznaczający granicę oceanów
Pustynia Kalahari
Jak widać są to głównie atrakcje natury przyrodniczej... przyznaję jednak, że takie zawsze najbardziej mnie interesują.... zapewne nie odmówiłabym sobie jednak zajrzenia także do Kapsztadu z Górą Stołową, Johannesburga czy stolicy kraju - Pretorii, a także zobaczenia chociażby tradycyjnej wioski Zulu... z doświadczenia jednak wiem, że na tego typu wyjazdach nawet najlepszy plan może kilkakrotnie ulec zmianie. No i ja jestem z tych turystów, którzy lubią dobrze poznać jedno kilka miejsc, a nie wiele as pobieżnie... nie lubię zaliczać kraju... lubię go poznawać od wewnątrz, na spokojnie, bez pośpiechu... smile.gif

4. Pamiątkowe Zdjęcie
Zdecydowanie na moście lub z z widokiem na Bloukrans Bridge... a jeszcze lepiej w locie smile.gif


--------------------
"Życie nie jest mierzone liczbą oddechów, ale liczbą momentów, które zapierają nam dech w piersiach"
Go to the top of the page
 
+Quote Post
Yavanna
post Nov 21 2009, 03:19 PM
Post #4


Zapalony wędrowiec
**

Grupa: Odyseusze
Postów: 26

Skąd: Łódź/Kraków




1. Kierunek podróży
„Jeżeli podróż nie miałaby nas nauczyć czegoś o sobie, to cóż byłaby to za podróż?” – te słowa Kiry Salak, amerykańskiej podróżniczki, stanowią sedno pragnienia, które z biegiem czasu zaczęło zamieniać się w mojej głowie w coraz to dokładniejszy plan. I nie sam cel skłania mnie do podjęcia wyprawy do Santiago de Compostela, ale właśnie to, co czeka po drodze – zgodnie z myślą, że to sama droga jest celem. To mozolne wędrowanie naprzód, krok za krokiem, pod palącymi promieniami hiszpańskiego słońca, ten trud i wysiłek, jest ciągłą pracą nad sobą, przełamywaniem krok po kroku swoich słabości przy jednoczesnym hartowaniu ducha i rozwijaniu duszy. Bo przecież słynne Camino to też przede wszystkim pielgrzymowanie, to święty szlak, o przebyciu którego nie może być mowy bez aspektu religijnego, duchowej motywacji. Wstępując na szlak św. Jakuba, przemierzając pieszo niemal całą szerokość Hiszpanii, poznając jednocześnie całą różnorodność jej krain i krajobrazów, cofnę się kilkaset lat wstecz, gdy tę samą trasę przebywali średniowieczni pielgrzymi. Odrodzenie duszy, która wypoczywa podczas samotnej wędrówki, rozkoszowanie się powiewem historii, radość z przemierzania na własnych nogach przepięknego kraju i wreszcie satysfakcja po pokonaniu swoich trudności i ograniczeń – to wystarczające powody, by wyruszyć w podróż do Santiago.

2. Plan dotarcia do celu i przemieszczania się

A teraz czas na konkrety, same marzenia nie wystarczą. Jak mawia W. Cejrowski, najważniejszą rzeczą, by jakakolwiek podróż się udała, jest – wyjechać. Wraz z moim towarzyszem podróży kupujemy dwa bilety lotnicze tanich linii WizzAir z Gdańska do Paryża. Stamtąd pociągiem TGV udajemy się przez Biarritz do Bayonne. Jako szczęściarze, mamy nadzieję załapać się na autostop do Saint-Jean-Pied-de-Port, skąd większość pielgrzymów rozpoczyna swoją 800-kilometrową podróż. Tam otrzymamy credencial, swoisty paszport pielgrzyma, na którym podczas wędrówki zbierać będziemy stempelki w kolejnych punktach, aby u celu otrzymać zaświadczenie o przebytej drodze i status nowoczesnego pielgrzyma ;-) Tak więc, z Saint-Jean-Pied-de-Port ruszamy już pieszo.

3. Miejsca do odwiedzenia

Rozpocząwszy w przygranicznym, francuskim miasteczku, wędrować będziemy następnie przez niemal całą szerokość Hiszpanii, od malowniczych Pirenejów, przez płaskowyż północnej Hiszpanii, po pokrytą bujną zielenią, górzystą Galicję. Na trasie poza piękną naturą czeka nas też parę większych miast. Pierwszym z nich będzie Logroño – pełne zabytkowych kościołów miasteczko ze średniowiecznym mostem nad rzeką Ebro. Dalej dotrzemy do równie ciekawego Burgos, a następnie do położonego na przedgórzu Gór Kantabryjskich León i słynącej z wyrobów czekoladowych Astorgi. Ostatnim większym przystankiem w drodze do Santiago będzie Sarria. Szacuję, że dotarcie pieszo do Santiago de Compostela łącznie zajmie nam ok. 30 dni.

4. Pamiątkowe zdjęcie
Santiago nie jest jednak ostatecznym punktem naszej wędrówki. Po krótkim odpoczynku udamy się dalej jeszcze 150 km (co to jest po przebytych 800 ;-)) do przylądka Finisterre. W tym najdalej na zachód wysuniętym punkcie kontynentalnej Hiszpanii, średniowieczni pielgrzymi kończyli swoją wędrówką, paląc tu swoje szaty na znak całkowitego oczyszczenia i odrodzenia się. Myślę, że nie ma lepszego miejsca na pamiątkowe zdjęcie z podróży niż punkt zwany Końcem Świata smile.gif


--------------------
"Jak się chce, to wszystko można. Banał, w który tak mocno wierzę, że zawsze mi się sprawdza. Zawsze!"
(W. Cejrowski)
Go to the top of the page
 
+Quote Post
Maria Elena
post Nov 28 2009, 02:36 PM
Post #5


Miłośnik podróży
*

Grupa: Odyseusze
Postów: 1





Moja wymarzona podróż polegałaby na poznaniu świata Majów i Azteków oraz dzisiejszych Indian.Co wiąże się z tym,że przebiegałaby przez kilka państw tj.Meksyk,Gwatemalę,Honduras i Belize.
Przypuszczam,że rozpoczęłaby się na lotnisku w Warszawie.Po wylądowaniu w mieście Meksyk(na którym najbardziej mi zależy) zwiedzanie rozpoczęłabym od wizyty w Muzeum Antropologicznym,póżniej spacerem przeszłabym starówkę,zócalo aż do katedry.Następnie odwiedziłabym bazylikę Matki Boskiej z Guadalupe i największe piramidy Teotihuacan tj,piramidę słońca,piramidę księżyca,swiątynię pierzastego węża i drogę zmarłych.Nastepnie przeleciałabym lokalnymi liniami do Guatemala city.Po dotarciu do Gwatemali zaczęłabym zwiedzanie stolicy Antigua,przeszłabym przez starówkę aż do warsztatu obróbki świętego kamienia Majów-judeitu,muzeum K'ojom poświęconego życiu Majów,zwiedziłabym miasto majów Chichicastenango gdzie znajduje się rynek indiański,na zakończenie udałabym się na wycieczkę trekkingową na czynny wulkan Pucaya.Zaraz po zejściu z wulkanu przejechałabym autobusem nad jezioro Atitlan,po którym odbyłabym rejs podziwiając owe jezioro otoczone wulkanami.Tym sposobem dopłynęłabym do indiańskiej wioski Santiago de Atitlan w której spędziłabym noc, przed wyruszeniem w dalszą drogę.Nastepnego dnia przejechałabym do Tikal gdzie przy wschodzącym słońcu podziwiałabym najwyższe piramidy zagubione w dżungli w mieście Majów tj.Akropolis,plac siedmiu światyń,swiątynia inskrypcji oraz wielka piramida.Następnie przekroczyłabym granicę z Belize i przejechałabym do San Ignacio gdzie przeszłabym medyczny szlak lasu deszczowego,później pojechałabym do Chichen Itza uważanego za jeden z 7 cudów swiata, aby zobaczyć ruiny,tj.ściana czaszek,platforma orłów i jaguarów oraz wenus,studnia ofiarna,świątynia wojowników,świątynia kukulkama i obserwatorium.
Na zakończenie mojej podróży pojechałabym do Playa del Carmen aby odpocząć na karaibskich plażach oraz aby podzwiać ich faunę i florę takie jak np.jaskinia nietoperzy,ogród motyli,budowle Majów,rafy koralowe,podziemne rzeki...Następnie przejechałabym do cancun aby podziwiać zachód słońca na tamtejszej plaży,póżniej zjeść tradycyjnego meksykańskiego kurczaka w czekoladzie z chili i odlecieć do Polski.
Pamiątkowe zdjęcie chciałabym zrobić na tle piramidy słońca,ponieważ stanowi ona ,,drzwi"do poznania życia Majów.
Go to the top of the page
 
+Quote Post
eredvareth
post Nov 30 2009, 03:09 PM
Post #6


Miłośnik podróży
*

Grupa: Odyseusze
Postów: 1

Skąd: Zabrze




1.Kierunek podróży:
W Europie jest jedno miejsce bardzo ważne dla każdego Polaka, który jest chrześcijaninem. Chodzi mi o Watykan – gdzie znajduje się grób Karola Wojtyły - naszego wspaniałego Papieża Jana Pawła II,
który jest naprawdę bardzo ważną postacią dla Nas, Polaków.

2. Plan dotarcia do celu lub przemieszczania się:
Mówią, że najważniejszy jest cel i to aby jak najszybciej dotrzeć do naszego celu. Ja jednak uważam inaczej. Moim zdaniem również liczy się podróż i nasze uczucie oraz satysfakcja dotarcia do celu. Przecież tyle pięknych rzeczy możemy zobaczyć kiedy idziemy i to nie główną drogą po największych miastach, ale po malutkich miejscowościach i niektórymi skrótami – ruiny, małe domki i inne naprawdę piękne rzeczy. Nie ważne czy stopem, ważne z kim. Po co mam lecieć samolotem i czytać książke? Jeśli moge skorzystać ze swoich nóg, albo podwózki. Czasami fajnie pomarudzić, że bolą mnie nogi.

3. Miejsca do odwiedzenia:
Podróżą nie nazwiemy naszego startu i mety, lecz naszą wędrówką będzie to ile zobaczymy. Wszędzie jest coś do zwiedzenia. Ja we Włoszech na pewno chciałabym zwiedzić Wenecję, zobaczyć kanały i piękno architektury. Również chciałabym zobaczyć Weronę, dla mnie miasto miłości i śmierci, chciałabym poczuć atmosferę sztuki tego miasta. Jednak gdybym miała tak wymieniać, pewnie bym zwiedziła cały świat. W tej podróży po prostu chciałabym przejechać przez małe miejscowości, które są domem innych – zobaczyć jak mieszkają, poznać kulturę tych ludzi i jeśli mogę, pomóc im. Nie ważne czy będę szła, jechała pociągiem, autobusem czy stopem – ważne jest co zobaczymy.

4. Pamiątkowe Zdjęcie:
Pomysłów na zdjęcie mam wiele, jednak Włochy kojarzą mi się z fontanną. Dlatego zdjęcie bym chciała mieć w fontannie, wodę unosząc wysoko, uśmiechając się do słońca i nieba.
Go to the top of the page
 
+Quote Post
egifford
post Dec 3 2009, 12:04 AM
Post #7


Miłośnik podróży
*

Grupa: Odyseusze
Postów: 1

Skąd: Poznań




„Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie”

I
Czas wziąć mapę Polski w jedną rękę, wniosek o urlop w drugą i malutkim ołóweczkiem niczym z Ikei zakreślić napięty łuk ścierając rysik od krzyżackiego Torunia, przesuwając go owalnym ruchem w stronę Świecia – bajkowego zamku z okrągłymi, prężnymi basztami. Dalej zdobywając największą warownię na lewym brzegu Wisły – Gniew- udać się niczym mistrz Kuchmeister na dziczyznę do braci zakonnych i w kute bramy Malborka załomotać. A stamtąd już prosta droga na Grunwald. Tam właśnie w 600letnią rocznicę rozbicia w pył przebiegłych mężów w biało-czarnych płaszczach stanąć pragnę i osobiście poczuć potęgę polskiego oręża.

II
Konia wszak nie mam a na piechotę daleko. Czymże jest rycerz bez konia zapytacie? Lecz to nie koń czyni z człowieka wielkiego a jego serce i honor. Tymi to cnotami w życiu się kierować trzeba a i jeśli tak postępować będziecie, na swych przyjaciół liczyć możecie. Prężna się szykuje bowiem rycerzy drużyna, która z Wielkopolski wyruszy i pod Grunwaldem kopie skruszy. Część z nich w mechaniczne konie zaopatrzona i tak też tam dojedzie i Krzyżaków pokona.

III
Od Torunia – krzyżackiego miasta zacząć trzeba zwiedzanie
Gdzie Krzyżacki zamek i wieża, co prosto już nie stanie.
Tu też się piękne zachowały baszty i stare mury.
Na niektóre można wejść i podziwiać miasto z góry
Może nie tak okazałe jak te w Świeciu, do którego zmierzamy
Tam niczym Krzyżacy w 410tym na chwilę się zatrzymamy.
To tu Jan zwany Brzozogłowym opóźnił wymarsz wrogich rycerzy
Lecz jak się pod mury zbliżał, wypatrzono go z wieży.
Nie raz się tutaj jeszcze polsko-krzyzackie wojska scięły
W wojnie 13letniej i za czasów Jagiełły
Dalej na szlaku widać zamek z czerwonej cegły
Odbił go w1464 Piotr Dunin - rycerz przebiegły
To Gniew, dawne włości drugiego Sambora
Gdzie znaleziono kości jakiegoś potwora
Pózniej się okazało, że to kości dinozaura
I prysła legenda o smoku i jej tajemnicza aura.
Zatem dalej kontynuujemy podróże
By w końcu na Malborka grubym stanąć murze
Tu od 1309 mieściła się stolica zakonu
Skąd wyruszano pod Grunwald przy uderzeniach dzwonu
Takiego zamczyska nie zobaczycie nigdzie w Europie
Jest potężny, choć zniszczony po szwedzkim potopie.
Ale my dalej jedziemy na pola rycerskiej chwały
Bo rozliczenia z krzyżakami nam jeszcze zostały
I tak właśnie pod Grunwaldem znów zabrzmią hakownice
A Polscy rycerze zaśpiewają Bogurodzicę

IV
Jeśli mam się podzielić tutaj swoimi marzeniami
To chciałbym mieć zdjęcie z 2 nagimi mieczami
Go to the top of the page
 
+Quote Post
Patt
post Dec 8 2009, 06:28 PM
Post #8


Zapalony wędrowiec
**

Grupa: Odyseusze
Postów: 43

Skąd: małopolska




1. Kierunek podróży
Kierujemy się do Mołdawii (a raczej Republiki Mołdowy) i Republiki Naddniestrzańskiej. Podróż zaplanowana, omówiona, wymarzona którą musieliśmy odłożyć na później. Powód bo dodatkowa praca, bo brak urlopu, bo środki finansowe, czyli w pewnym stopniu wymówki dnia codziennego. Opis realny i na pewno będzie zrealizowany w nadchodzącym roku, bo mam zasadę krótkiego odkładania swoich marzeń ... a potem wymyślam nowe. Dlaczego Mołdawia? - to jedno z nielicznych Państw europejskich które nie są do końca zbadane, rozpoznane, trochę dzikie, a jednoczesnie ciekawe socjologicznie ... ale co też istotne z bardzo dobrym winem wink.gif

2. Plan dotarcia do celu lub przemieszczania się.Podróż rozpoczyna sie z chwilą zamknięcia drzwi domu. Ważne aby odczuwać i chłonąć każdą chwilę - pamiętając, że każdy dzień podróży powinien przynosić nowe doświadczenia i możliwość rozszerzenia swojego postrzegania. Preferujemy podróże, które pozwalają nam jak najlepiej doświadczyć realiów „tamtych” stron, dlatego wykorzystujemy lokalny transport. Tym razem trampingujemy marszrutkami przez Ukrainę. W ten sposób pokonujemy trasę Medyka-Lwów-Czerniowce-Chocim-Kamieniec Podolski. Taka trasa pozwoli nam zaliczyć także „tradycyjną polską wycieczkę” na Ukrainę. Granicę w Mamałydze (ukraińsko-mołdawską) pokonujemy koleją ukraińską. Transport po Mołdawii i republice Naddniestrzańskiej profilujemy głównie na lokalne busy i podróż stopem. Powrót to pociag bezpośrednio do Lwowa. Całość wyprawy to 10-14 dni przygody.

3. Miejsca do odwiedzenia.
Zwyczajowo chcemy zobaczyć za dużo: Rîşcani – dla niejakiego Puszkina, który kiedyś naznaczył jako mieszkaniec tereny tej miejscowości; Soroka – dla dzielnicy cygańskiej i pięknych romskich pałacy; Tipova – dla monastyru; Sacharna – dla klasztoru z relikwiami św. Makarego; Bielce – dla Synagogi; Gagauzja – dla fantazyjnie zdobionych domów, Purcaria - dla smaku win ...
Punkty obowiązkowe to:
Kiszyniów (Chişinău) jest stolicą Mołdawii. Miasto leży nad rzeką Byk (w dorzeczu Dniestru). W okresie międzywojennym Kiszyniów należał do Rumunii. W 1940 r. na krótko został przyłączony do ZSRR, lecz po wybuchu wojny miasto zostało zajęte przez sprzymiorzynych z Hitlerem Rumunów. W latach 1945-1991 Kiszyniów był stolicą Mołdawskiej SRR w składzie Związku Radzieckiego. Po rozpadzie ZSRR, Mołdawia proklamowała niepodległość, a Kiszyniów stał się stolicą niepodległego państwa.
W Kiszyniowie chcemy zobaczyć całe „stare” miasto, przypomnieć sobie czasy minionej epoki. Obowiązkowo wybrać się do piwnic Cricova, Milestii Mici czyli do największych na świecie piwnic win, które mają 130 km podziemnych tuneli, galerii i sal. Każdy tunel to ulica, wzdłuż której stoją beczki z winem. W Orheiul Vechi czyli Besarabi, tam odwiedzimy czynny skalny monastyr . Ważnym punktem wyprawy będzie krótki pobyt w Tyraspolu stolicy Republiki Naddniestrzańskiej. Miasto-stolica, położone na terenach historycznej Besarabii jak i obszarów położonych na lewym brzegu Dniestru, tzw. "Naddniestrze". Graniczy z Ukrainą i Rumunią. W jej skład wchodzi także autonomiczna republika Gagauzja. Tereny zbuntowane, lekko niebezpieczne, ale to tylko dodaje smaczku wyprawie.

4. Pamiątkowe zdjęcie
W Kiszyniowie konieczne zdjęcie pod postsocjalistycznym mega pałacem prezydenckim, przy neoklascystycznym łuku triumfalnym i pod pomnikiem Armii Czerwonej tzw. eternitate. W tym mieście interesują mnie również niskie domki-lepianki oraz cerkwie. Planujemy również sesje w Orheiul Vechi i Cricovej. Pozatym zdjęcia przy sączeniu mołdawskich win w towarzystwie naszych couchsurfingowych przyjaciół. Które z tych zdjęć zostanie moim profilowym? – zobaczycie już niebawem tongue.gif
Go to the top of the page
 
+Quote Post
ferocity
post Dec 9 2009, 10:07 PM
Post #9


Miłośnik podróży
*

Grupa: Odyseusze
Postów: 14

Skąd: Wrocław




Kierunek podróży

Moja podróż marzeń odbędzie się do Australii na wyspę Philip Island nieopodal Melbourne. Kiedyś przypadkiem usłyszałem o wspaniałym przedsięwzięciu prowadzonym na tej wyspie, istnym geniuszu turystyki ekologicznej, bądź też inaczej nazywanej ekoturystyki. Penguin Parade, czyli Marsz Pingwinów organizowany na jednej z plaż wyspy polega na obserwacji marszu bodaj najmniejszej odmiany pingwinów świata. Charakterystyka tego przedstawienia wygląda następująco: na specjalnie wybudowanych tarasach zgromadzeni ludzie obserwują zejście czasami nawet tysięcy małych istot na ląd. Całe widowisko, specjalnie obliczone cykliczne zejścia pingwinów z oceanu, odbywa się przy całkowitej ciszy bez udziału rozmów, kamer oraz aparatów fotograficznych (pingwiny reagują na flesze i różne inne odgłosy). Zawsze chciałem podróżować i poznawać w ten sposób świat, zgodnie z przyrodą szkodząc jej w minimalnym stopniu, a jednocześnie poznać te zwierzęta naprawdę dobrze.


Plan dotarcia do celu lub przemieszczania się

Polska leży w takiej części świata, że niestety droga do tego miejsca równa się z bardzo długim lotem. Dotarcie do miejsca przeznaczenia będzie trwało bardzo długo. Lot, jak większość do Australii z Europy, odbywać się będzie przez Singapur lub Bangkok. Dalej dotrę do Australii, gdzie podróżować najlepiej miejskimi oraz podmiejskimi środkami transportu.


Miejsca do odwiedzenia

To co obowiązkowo trzeba zobaczyć po drodze koniecznie zobaczyć trzeba Sydney, centrum Melbourne, a już w samej okolicy celu przeznaczenia jest bardzo wiele atrakcji australijskiej przyrody, która jest moim przedmiotem zainteresowania.


Pamiątkowe zdjęcie

To jest część stosunkowo trudna, gdyż obiektu mojego zainteresowania ->pingwinów, fotografować nie można, zatem ciężko będzie zrobić zdjęcie, jakie satysfakcjonowałoby mnie w wystarczającym stopniu. Mogę jednak zaproponować zdjęcie z symbolem Australii, po kangurach bez wątpienia łatwo dające się skojarzyć zwierzęta -> Koala. Na Phillip Island znajduje się również park tych "wiecznie śpiących" smile.gif zwierząt.

To tyle na temat podróży mojego życia... do zrealizowania.... podobnie jak wiele wiele innych:)
Go to the top of the page
 
+Quote Post
Sahielos
post Dec 11 2009, 12:52 PM
Post #10


Miłośnik podróży
*

Grupa: Odyseusze
Postów: 2

Skąd: Kołobrzeg




Kierunek: Kambodża

Dlaczego Kambodża?
Mimo, że to biedny kraj dotknięty wieloma wyniszczającymi wojnami musi być wyjątkowa dzięki
Panującemu tam klimatowi słynących z uprzejmości tubylców.
Przepiękny krajobraz który jest charakterystyczny regionu Indochińskiego.
Jest to kraj ze wspaniałą historią i zabytkami. Można tam spotkać m.in. słonie, gepardy, pytony i tygrysy. Ze znanych zbytków można zobaczyć m.in.: Pałac Królewski i Świątynię Szmaragdowego Buddy które są podziwianie za przepych i bogactwa najświętszego dla Tajów miejsca, które kryje w sobie 66 cm wysokości figurkę wyrzeźbioną z jednej bryły kamienia szlachetnego), wizyta na terenie Świątyni Leżącego Buddy, gdzie można zobaczyć imponujący 46 m długości posąg;

Chciałbym skorzystać z relaksującej kąpieli w gorących mineralnych źródłach po których udać się można na najbliższe wyspy i najpiękniejsze plaże, w tym półwysep Railay.
Niesamowitą atrakcją jest spływ kajakami w morskim kanionie i wśród lasów mangrowych gdzie można udać się na zwiedzanie świątyni Pieczary Tygrysa – pokonanie 1237 schodów na szczyt świątyni to niebywała okazja zobaczenia z góry okolic Krabi, w tym morza i wysp.

Kolejny przystanek to najstarsza dżungla na świecie (Khao Sok National Park), w głąb której można podróżować na grzbiecie słonia. Park Narodowy Khan Sok to istny raj dla pasjonatów roślin. W tym najstarszym ekosystemie na naszej planecie występuje ponad 1300 gatunków palm.

Wspaniałą atrakcją jest zwiedzenie świątyń Ta Prohm i Preah Khan, w których odkrywcy zostawili gigantyczne drzewa przez kilkaset lat oplatające korzeniami galerie, kaplice i biblioteki i gdzie kilka lat temu kręcono film z Angeliną Joyle. Zwiedzanie największej na świecie świątyni Angkor Wat zbudowanej przez Surjawarmana II w XII w. Jest to najpiękniejsza z charakterystycznych dla Królestwa Angkoru świątyń-gór, której galerie pokryte są min. płaskorzeźbami z 2 tys. Apsar - tanecznic niebieskich. Dla chętnych lot balonem (10 min.) i widok z góry na Angkor Wat.
W jaki sposób chciałbym zwiedzić Kambodże?
Jak najwięcej pieszo gdyż tylko w ten sposób można zrobić niesamowite zdjęcia, poczuć klimat i spotkać wyjątkowych ludzi o których mówią podróżnicy.
Pamiątkowe zdjęcie?

Myślę że w tle zabytkowa świątynia i bujna roślinność dżungli. Ja w tym czasie siedział bym na grzbiecie słonia.
Go to the top of the page
 
+Quote Post
Kobi
post Dec 11 2009, 10:41 PM
Post #11


Miłośnik podróży
*

Grupa: Odyseusze
Postów: 1





Spójrz, znowu nas ogląda! –łypnął okiem z ekranu pan Cejrowski.
-Lubi podróże, to ogląda –odparła pani Pawlikowska.
-Ale nie codziennie! Nie może sobie nagrywać innych programów? Nie będę wciąż opowiadać o tym samym! –irytował się pan Cejrowski.
-To wrażliwy człowiek, marzą mu się dalekie kraje –łagodziła pani Pawlikowska.
-Niech więc sprawi sobie maczetę i rusza w świat, nawet boso –nie dawał za wygraną pan Cejrowski.
-Hej, panie Macieju! –zabrzmiał z ekranu jego charakterystyczny tenor. –Czy nie pojechałby pan gdzieś sam, zamiast gapić się wciąż na nas?
Cały ekran wypełniało marsowe oblicze pana Cejrowskiego.
-No... nie wiem... ale chyba tak... raczej tak... na pewno tak! –wydukałem.
-Widzisz Wojtku, pan Maciej ma ochotę na wyprawę –uśmiechnęła się pani Pawlikowska. –A dokąd by pan wyruszył, nasz wielbicielu?
-Może nad jakieś jeziorko... odpocząć nieco... –odparłem niepewnie.
-Tak, nad jezioro może być – zaakceptował pan Cejrowski. –Tylko musi być duże, głębokie i daleko. Jednym słowem Bajkał! Pasuje panu?
-Bajkał, jak najbardziej –nie śmiałem zaprzeczyć.
-Jedna poprawka, Wojtku, - pani Pawlikowska skarciła go wzrokiem –o Bajkale nie wolno mówić „jezioro”, miejscowi by się obrazili, to Święte Morze Syberii, jedna z największych tajemnic przyrody! A więc chce pan zobaczyć to cudo –zatrzepotała rzęsami pani Pawlikowska – wspaniale!
-Jeżeli już pan się odważy wyruszyć nad to „morze” –tu znacząco zawiesił głos pan Cejrowski -musi pan najpierw dotrzeć do Irkucka, stamtąd autobus i 2 tys. km najdłuższego pieszego szlaku Eurazji wokół Bajkału przed panem. Boso bym nie ryzykował.
-Może pan przejechać Starą Magistralą Kolejową, to jedna z najpiękniejszych tras na świecie – 56 mostów, galerii i tuneli. Pociąg trochę się wlecze, to nawet dobrze, bo widoki zapierają dech. Przejazd pod Górą Katorżników robi wrażenie. Tunel wykuwali zesłańcy –pociągnęła temat pani Pawlikowska.
-Najważniejsze, że można poczuć swobodę. Żadnych szlaków, zakazów, nakazów, rozbija pan namiot gdzie chce. Może być tajga, góry, step. Chyba, że pan woli kurorcik, to proszę do Listwianki lub Buchty. Tam można znaleźć i luksus – skrzywił się pan Cejrowski.
-A sam Bajkał to perła! Woda – lazur, przejrzystość niesamowita, najbardziej pojemny zbiornik wody pitnej na świecie, 3,5 tys. stworzeń, w tym 85% endemitów. Jeśli będzie miał pan szczęście, można zobaczyć nerpę –fokę żyjącą tylko w Bajkale –zapaliła się pani Pawlikowska.
-Jak pan chce, można spróbować kąpieli. Temperatura wody 4şC. Na otwartym jeziorze wytrzyma pan w wodzie nie dłużej niż 20 minut. Potem nawet szaman nie pomoże –od pana Cejrowskiego powiało grozą. –Chyba, że jak Polak Jan Czerski, co pierwszy opłynął Bajkał –dumnie wypiął pierś pan Cejrowski -skorzysta pan ze środków pływających. Miejscowi pływają na bajdarkach, to składane kajaki z aluminiowym stelażem, ale są i statki, nawet wodoloty.
-Na Bajkale niebezpieczna jest Sarma. To bardzo silny wiatr. W czasie sztormu wywołuje nawet pięciometrowe fale. Mogą one wywrócić spory statek –dodała pani Pawlikowska.
-Pogoda może być różna. Deszczu jednak nie trzeba się obawiać, np. syberyjskie ognisko go przetrzyma. Układa pan szczapy modrzewia lub cedru jak dachówki, woda po nich spływa, a w środku się pali i gra gitara. A na rozgrzewkę syberyjski grzaniec: spirytus pół na pół z wodą, do tego pachnące trawy i jagody np. brustwik, czernik, klukwa i o chorowaniu można zapomnieć –pociągnął z kubka pan Cejrowski.
-Trzeba też spróbować miejscowej popularnej potrawy –to osolony omul –pieczona ryba zawinięta w liście chrzanu, przy odwijaniu skóra odchodzi razem z łuskami. Pycha –oblizała się pani Pawlikowska.
-A gdyby coś panu zaszkodziło, to nie musi się pan modlić do boga Bajkału –Burchana –zaśmiał się pan Cejrowski. -Można zrobić sobie np. własną banię. Zahartuje się pan. Należy rozgrzać kamienie w ognisku, a kiedy ogień zgaśnie, nakryć się folią i polewać kamienie wodą, a potem hop do jeziora. Tylko nie za długo, pamięta pan co wcześniej mówiłem.
-Tutejsi mieszkańcy Buriaci i Tunguzi są przyjaźnie nastawieni – dodała pani Pawlikowska. –Gdy coś dolega, wystarczy znaleźć gadałkę –miejscową starą babę, która za wódkę, papierosy, herbatę skieruje do właściwego szamana. Są różni od różnych dolegliwości.
-A na zgagę, czy zamiast gumy do żucia, wspaniała jest żywica modrzewia tzw. siera. Żułem to wiem –pochwalił się pan Cejrowski.
-No co, jedzie pan? –pani Pawlikowska uniosła brwi.
-Co ty opowiadasz? On nadaje się najwyżej nad staw w Łazienkach –skrzywił się pan Cejrowski.
-A ja wierzę, że pojedzie. Nawet mógłby mnie zabrać...Prawda, panie Macieju? Zrobiłabym panu śliczne zdjęcie. Jakie tło by panu najbardziej odpowiadało ?
-Oczywiście Bajkał ! Ja na tle Bajkału, bez dwóch zdań ! – zdecydowałem. Lecz mój stary magnetowid zaczął w tym momencie migać, trzeszczeć, obraz znikł i pokój wypełniła błoga cisza, zupełnie jak nad Bajkałem o zmierzchu.
Go to the top of the page
 
+Quote Post
dreamandfreedom
post Dec 12 2009, 04:18 PM
Post #12


Miłośnik podróży
*

Grupa: Odyseusze
Postów: 6

Skąd: Toruń




„To możliwość spełnienia marzeń, sprawia, że życie jest tak fascynujące.” W natłoku codziennych spraw, kiedy szary, jesienny dzień przypomina nam o monotonnej codzienności, to właśnie marzenia dają nam pewien rodzaj siły, która przypomina że ta nuda przeminie, a to co robimy ma sens. Wtedy dążymy do spełnienia tych marzeń (podejrzewam, że dla większości z nas są to marzenia o podróżach), zbieramy każdy grosz, planujemy, czytamy, zbieramy informacje. I czekamy, aż w końcu się spełni.
Na razie to tylko (albo aż), plan wymarzonej podróży. Mam nadzieję, że kiedyś stanie się realny.

1.Celem mojej podróży jest Tasmania, najmniejszy stan Australii. Dlaczego właśnie to miejsce? Odpowiedź jest prosta – jest to raj na ziemi. Dla wielu z nas miejsce to kojarzy się z Diabłem Tasmańskim, jednym z bohaterów bajek Looney Tunes, nic bardziej mylnego. Stosunkowo chłodny klimat (latem ok. 20 stopni), białe, puste plaże, turkusowe morze, górzyste tereny, przepiękne wodospady przyciągają poszukiwaczów przygód z całego świata. Tasmania swoim urokiem, przyciąga również mnie.
2.Do celu dostanę się samolotem, lecąc z Warszawy, z przesiadką w Frankfurcie, następna przesiadka w Sydney, a następnie prosto do celu czyli do Hobartu – stolicy Tasmani. W celu zwiedzania najmniejszego stanu Australii będą używać tradycyjnie – samochodu, w miejsca gdzie samochód mnie nie „zaprowadzi”, zaprowadzą mnie nogi. rolleyes.gif
3.Całej Tasmanii wzdłuż i w szerz tak szybko nie zwiedzę, więc jedno z miejsc które jest dla mnie priorytetem , miejsce na które poświęcę najwięcej czasu to najsłynniejszy szlak Australii – Overland Track. Nie ominie mnie również „mały spacerek” po lesie deszczowym. Obowiązkowo Park Narodowy Freycinet z Zatoką Wineglass z jedną z najpiękniejszych plaż świata. Nie przegapię też Wodospadów Montezumy i Parku Narodowego Mount Field. Zwiedzając Tasmanię będę również zwiedzać napotkane na drodze mniejsze lub większe miejscowości, w których czas się zatrzymał. W drodze powrotnej wstąpię na Górę Wellington, która znajduje się niedaleko stolicy. Swoją podróż zakończę zwiedzając Hobart, w celu poszukiwania „nowości” kulinarnych. tongue.gif
4.Zdjęć będą setki, ale najbardziej chciałabym zrobić zdjęcia na białych plażach Tasmanii, przy górskich wodospadach oraz zapierającym dech w piersiach widoku w górach Cradle.


Ciekawostka: Naukowcy przewidują, że w wypadku, gdyby doszło do wybuchu światowej wojny atomowej , właśnie Tasmania będzie jednym z ostatnich miejsc na ziemi, gdzie dotrze skażenie promieniotwórcze zabijające wszystko, co żywe.
Go to the top of the page
 
+Quote Post
iza2502
post Dec 14 2009, 03:35 PM
Post #13


Zapalony wędrowiec
**

Grupa: Odyseusze
Postów: 3

Skąd: Poznań




WYMARZONA PODRÓŻ- CZYLI ŚLADAMI CHE GUEVARY PRZEZ AMERYKĘ POŁUDNIOWĄ.

Na podróż pragnę przeznaczyć symboliczne dziewięć miesięcy. Dlaczego symboliczne, otóż wyjaśnienie jest wręcz banalne. Dziewięć miesięcy to czas od poczęcia aż do narodzin, od małej zmiany po wielką. Przypomina to podróż. Kiedy ją zakończę stanę się zupełnie inną osobą niż jestem teraz. Czy już ktoś z Was domyśla się dokąd chcę pojechać? Podpowiedź druga, przemierzę ponad osiem tysięcy mil. Czy nadal miejsce które mam w zamyśle pozostaję zagadką? Ostania łódź ratunkowa! Pojadę tam gdzie tworzyły się wielkie idee, gdzie rodziła się nowa historia, gdzie przede mną byli już wielcy ludzie, gdzie był Ernesto Che Guevara i Alberto Grando. Pojadę ich śladami, śladami „Dzienników Motocyklowych”. Najpierw czeka mnie lot do miasta nazywanego „Boskim Wiatrem”, czyli do Buenos Aires.

Do Buenos Aires najlepiej wyruszyć wiosną ( dla nas jesień, czyli miesiące od końca września do początku grudnia).
Z tego powodu moja wyprawę planuję rozpocząć w tym właśnie terminie.
Najkorzystniejsze cenowo połączenie lotnicze znalazłam pomiędzy Berlinem Tegel a Buenos Aires w terminie 01.10.2010 brazylijskimi liniami lotniczymi TAM Airlines.
Koszt biletu dla 1 osoby w 1 stronę wynosi 703 funty brytyjskie, czyli ok. 3200 złotych.

Powrót z wyprawy przewiduję na 1 czerwca (Dzień Dziecka- data nieprzypadkowa, gdyż cała podróż potrwa dokładnie dziewięć miesięcy).
Powrót ma nastąpić z Wenezueli, Caracas- tutaj też podróż zakończyli bohaterowie.
Połączenie lotnicze między Caracas a Berlinem portugalskimi liniami lotniczymi TAP. Koszt biletu dla 1 osoby wynosi 570 funtów brytyjskich.

Z Buenos Aires wyruszę przez Andy, Pustynie Atakama oraz Amazonkę w celu realizacji swoich marzeń, poznania ludzi, nieznanych, dzikich miejsc. Chcę postawić stopę na „Pępku Świata” jak nazywali Inkowie Cusco, pragnę zapytać najstarszych tubylców czy jeszcze pamiętają Che, marzę aby przekonać się jak zmieniła się Ameryka Południowa przez te prawie sześćdziesiąt lat.
Podobnie jak dla Che kompanem był najlepszy przyjaciel, ja również pojadę z moim wieloletnim przyjacielem, z którym przemierzyłam już trzy kontynenty ale nigdy jeszcze nie dotarłam do Ameryki Południowej.

Za środki lokomocji obiorę sobie autobus, łódź i własne nogi!
Ceny lokalnych jak i dalekobieżnych autobusów są niewygórowane. Chodzą pogłoski, że bardziej renomowane linie opłacają partyzantów w zamian za spokój pasażerów. Ta uwaga dotyczy Kolumbii.
Jeśli chodzi o Buenos Aires skąd wyruszę w podróż, to właśnie tutaj rozpoczyna lub kończy większość tras . Linii autobusowych w Buenos Aires jest bezmiar i zawsze można nimi dojechać do dowolnego punktu w mieście.
Godziny odjazdów i trasy autobusów można sprawdzić na stronie internetowej Omnibus.
Rozważam również poruszanie się samochodem, jeśli nie po całej Ameryce Południowej to przynajmniej po Argentynie i po Chile.
Wynajęcie samochodu jest opłacalne ze względu na tanią benzynę, około 2 PLN za litr.
Nie stanowi problemu dotarcie tym samym samochodem do Chile. Podróżowanie samochodem ma też swoje inne plusy. Nie trzeba szukać noclegu, gdyż podróżując w dwie osoby można swobodnie spać w samochodzie.
Gdybym zdecydowała się na opcję wynajmu samochodu w Argentynie na pewno skorzystałabym z jednej z międzynarodowych sieci wypożyczalni.


Pierwszym przystankiem dla nas podobnie jak dla Che i Alberta będzie Miramar. Miejsce gdzie Chichina narzeczona Ernesta spędzała wakacje. Może któryś z mieszkańców pamięta jeszcze dziewczynę o tym imieniu? Che i Alberto zatrzymali się w Miramar zaledwie na osiem dni. Wówczas Chichina poprosiła Che aby kupił dla niej kostium kąpielowy jeśli dotrze do Stanów Zjednoczonych. Dała mu na to piętnaście dolarów. Czy Che spełnił te obietnicę?

Następnie na naszej trasie będą miejsca takie jak: Chuquicamata- kopalnia węgla , Machu Picchu- zaginione miasto Inków, Tacna, San Pablo w Dżungli Amazońskiej- gdzie za czasów Che leczono chorych na trąd. Do Leticii w Kolumbii dotrzemy łodzią przez Amazonkę. Zakończenie podróży nastąpi w stolicy Wenezueli – Caracas. Tam też miała swój kres podróż Che.
Dzięki tej podróży udowodnię sobie po raz kolejny, że niemożliwe stanie się możliwe, że marzenia są po to aby kiedyś doczekały się spełnienia, że w życiu najważniejsze są chwilę które przeżywa się z przyjacielem i właśnie dlatego warto czasami podjąć ryzyko.
Wszystko to dla upamiętnienia i odświeżenia idealistycznej wizji Che w której widział Amerykę Południową nie jako grupę osobnych państw lecz jako pozbawioną granic i zjednoczoną.

Jeśli chodzi zaś o pamiątkowe zdjęcie to najpewniej zrobię je ostatniego dnia wyprawy na płycie lotniska w Caracas, jako kwintesencję odbytej podroży.

Go to the top of the page
 
+Quote Post
BladyHassel
post Dec 16 2009, 04:14 AM
Post #14


Miłośnik podróży
*

Grupa: Odyseusze
Postów: 1





Hmm, marzę, wzdycham, zasypiam i śnię o niej, budzę się i wciąż nie mogę się doczekać dnia w którym po prostu rozpocznę tę podróż. Dokąd? Właściwie najprecyzyjniej byłoby odpowiedzieć - dookoła:) Celem mojej podróży jest po prostu droga. Droga sama w sobie. Zmierzenie się z nią, ze swoimi słabościami i przyrodą. Wyjście naprzeciw kulturze i napotkanym ludziom. Rozkoszowanie się każdą chwilą i próba nasycenia nigdy nienasyconych oczu.
Od zawsze pociągało mnie surowe oblicze Północy. Nie tej polarnej, ale bliższej nam. Szorstki klimat i wymagające wiele hartu ducha zmienne oblicze tamtych rejonów od zawsze wzywało mnie do siebie. Norwegię i najdalsze jej rejony zostawię na później. Tym razem mały rekonesans i zarazem wielkie wyzwanie. Moim marzeniem jest objechanie Bałtyku. I to jak najbliżej przyrody, zapachów i wiatru. To on od zawsze miał na mnie magiczny wpływ. To wiatr niosący zapachy jest najbardziej szczerym posłańcem opowiadającym nam od pierwszych, niemych słów historię, której możemy wyjść naprzeciw. Jest tylko jeden możliwy dla mnie środek transportu, którym mogę wraz z tym kompanem przemierzyć swoją drogę. To motocykl. Zabieram tylko najpotrzebniejsze rzeczy i ruszam w kierunku przygody.
Z moich wschodnich rejonów wystarczą niecałe dwie godziny aby znaleźć się na terytorium Litwy. Dalej Łotwa, Estonia, Rosja, Finlandia, Szwecja, Dania, Niemcy i Polska. Na klawiaturze to była raptem chwila. Ustami połowa jednego wydechu. W rzeczywistości to są tysiące kilometrów. I każdy z tych tysięcy kilometrów nawinięty kilometr za kilometrem na koła mojego motocykla. Aż ciarki mnie przechodzą na samą myśl o tym. Wzrok ustawia ostrość na horyzont, zmysły na najwyższą wrażliwość a serce zrównuje swój rytm z pracą silnika. Zamykam w tej chwili oczy i już widzę swoją podróż.
Punkty obowiązkowe to Kowno, Ryga, Tallin, Sankt Petersburg, Helsinki. Najdalszy punkt na północy to brama do Laponii czyli Rovaniemi – administracyjna stolica tej krainy i już koło podbiegunowe. Tam zrobiłbym główne zdjęcie do mojego avatara, kto wie, może ze Świętym Mikołajem w podkoszulku:). Potem wzdłuż brzegu aż do Sztokholmu, Kopenhagi, obowiązkowo Hamburga i niemal za chwilę znowu do Polski.
Cieszę się, że przelałem w słowa choć ogólny zarys tej podróży. Cieszę się bo to oznacza, że bardziej realne stają się te marzenia. Myśl została przelana w słowa a słowa trzeba przekuć w czyn. Motocykl aż się wyrywa do podróży. Tak samo ja. Zimę mamy na przygotowania a … hmm…a dalej jest tylko przygoda!
Go to the top of the page
 
+Quote Post
naamah90
post Dec 17 2009, 02:58 PM
Post #15


Miłośnik podróży
*

Grupa: Odyseusze
Postów: 1





1.) Cel podróży, czyli dlaczego właśnie tu?:

Ważna myśl: „podróże kształtują osobowość”. Powiem więcej- to święta myśl! Człowiek przez podróże poznaje to, czego nie ma obok siebie na co dzień, spotyka ludzi „dziwnych” i „dziwniejszych”, nabywa ogłady, styka się z kulturą niezrozumiałą, zaskakującą.

Miastem moich marzeń jest Paryż. Byłam, widziałam, przeżyłam, ale obiecałam sobie, że jeszcze chociaż raz nabiorę w płuca tego artystycznego powietrza nasyconego terpentyną i „wolnym” smrodem metra. Poczuję całym ciałem różnice kulturowe skupione na 100 km² aglomeracji, które chyba w żadnym mieście europejskim nie są tak naznaczone. To tu występuje nienaturalne przeplatanie się artyzmu z wulgaryzmem i przemocą.

Co tu dużo mówić…kto nie chciałby choć na moment znaleźć się w mieście, w którym życie i miłość wręcz wylewają się na ulice i mieszają się z Sekwaną? To miasto jest poza czasem i zdarzeniem…tu nic nie jest takie jak powinno.

2.) Plan dotarcia do celu:

Tu zaczyna się „temat rzeka”, bo teraz do Francji możemy dostać się w zasadzie na wszystkie sposoby. Gdy jednak patrzę na stwierdzenie „podróż marzeń”, widzę coś ponad, coś zapierającego dech w piersiach, może czasem przynoszącego strach i niepewność.
Dlatego właśnie wybieram podróż autostopem. Tu chyba nie da się konkretnie zaplanować trasy, bo czasem może nas „rzucić” w nieplanowane miejsca. Czasem udaje się zobaczyć coś ponad, ale to zostawiamy w rękach „czegoś”, bo tak jest lepiej. Lepiej nie znaczy dobrze, ale lepiej i tu czasem pojawia się STRACH.

3.) Miejsca do odwiedzenia:

W Paryżu są miejsca, które trzeba zobaczyć i basta. Nie można przejść obok nich obojętnie, bo każde wywołuje jakieś emocje. Najczęściej- zachwyt i to jest chyba niezmienne.

Poruszam się po mieście pieszo, wynajętym rowerem, a dłuższe odcinki pokonuję metrem. Ewentualnie między dzielnicami koleją RER.
Do większości muzeów obowiązuje jeden, dwudniowy, zbiorczy bilet.

Najlepiej zacząć od oczywistego, czyli wyspy La Cite- serca miasta. Tutaj spotkamy Katedrę Notre Dame, Saint- Chapelle oraz Conciergerie („poczekalnia skazańców”). Później Sorbona i wznoszący się niedaleko uczelni Panteon, wybudowany na wzór rzymskiego. Tutaj obowiązkowe jest przechadzanie się łacińskimi uliczkami- to one stanowią o klimacie miejsca. Kolejny punkt- Pałac Luksemburski i jego ogrody (konieczna wcześniejsza rezerwacja) i Hotel des Invalides, gdzie znajduje się grób Napoleona I. W tym miejscu nie można pominąć Wieży Eiffla i wjazdu na najwyższe piętro.
Dalej Muzeum d’Orsay (dawny dworzec kolejowy), Luwr, Plac Vendome z hotelem Ritz i posągiem Napoleona, Plac Zgody z obeliskiem przywiezionym prosto z Egiptu.
Drogą triumfalną- Polami Elizejskimi kieruję się w stronę Łuku Triumfalnego, z którego można podziwiać panoramę Paryża. Najlepiej trafić tu podczas zachodu słońca, kiedy słońce przebija się przez La Grande Arche i pada na białe budynki miasta.
Myślę, że warto wstąpić do dzielnicy La Defense, gdzie stoi wcześniej wspomniany łuk, bo jest to miejsce jakby odcięte od artystycznej duszy miasta. Tutaj wszystko jest nowoczesne, a ogrom budynków zachwyca.
Niemal na samym końcu umieściłabym moje ukochane miejsce: Montmartre i jego okolice. Kolorowy Place du Tetre, Bazylika Sacre- Coeur, Moulin Rouge (obowiązkowo spektakl), Place Pigalle to miejsca, które stanowią duszę Paryża. Tutaj czas się zatrzymuje, wszystko nabiera rangi artystycznej i duchowej. Nie znam osoby, która będąc w Paryżu pominęłaby tą dzielnicę.
Na koniec Wersal. Tam dojeżdżam koleją RER C5, która zatrzymuje się niedaleko ogrodów otaczających pałac. Tutaj trzeba spędzić cały dzień, a i tak nie da się zobaczyć wszystkiego.

4.) Pamiątkowe zdjęcie:

Mam dwie opcje:
-moja osoba, a w tle łuk Grande Arche widziany z Łuku Triumfalnego, oczywiście przy zachodzie słońca. Zdjęcie ukazujące kontrast między dzielnicą biznesu i poprzedzającymi ją białymi, starymi budynkami,
-ja na dalszym planie, na zatłoczonym Place du Tetre wśród malarzy i turystów. I tu kryje się ta strona artystyczna miasta, która powala wszystkich.

Go to the top of the page
 
+Quote Post
evragiggs
post Dec 17 2009, 08:04 PM
Post #16


Miłośnik podróży
*

Grupa: Odyseusze
Postów: 1





1. Kierunek podróży
Centrum Lotów Kosmicznych NASA -położone jest na przylądku Canaveral. Fascynuje mnie eksploracja kosmosu. Kosmos pokazuje jacy malutcy jesteśmy w naszym wszechświecie. Lot na księżyc, planowanie zdobycia marsa, marzę na żywo zobaczyć miejsce, które za to odpowiada. Wyjazd tak bym sobie zaplanował ,aby mieć okazje zobaczyć start promu kosmicznego. NASA ma świetną stronę internetową, dzięki której wszystkiego się dowiemy wcześniej(http://www.nasa.gov/missions/calendar/index.html).

2. Plan dotarcia do celu lub przemieszczania się.
Samochodem do Frankfurtu nad Menem, potem samolotem do Miami. Na miejscu wynająłbym samochód.


3. Miejsca do odwiedzenia.
Punkt główny wyprawy to Centrum Lotów Kosmicznych NASA na przylądku Canaveral. Zwiedzanie centrum obejmuje wejście do promu kosmicznego oraz na platformę startową, prezentacja startu Apollo 11 którą oglądamy w zrekonstruowanej dokładnie sali ośrodka prowadzenia lotu, zabawa w symulatorze, gdzie wirtualnie można odczuć wrażenia z lotu promem kosmicznym. Cena 40 dol. za bilet dodatkowo 20 dol. za zwiedzanie platformy startowej(http://www.nasa.gov/).
Po spełnieniu marzenia, przyszłaby kolej na relaksacyjną część podróży.
Stany Zjednoczone są pięknym krajem i najlepiej je zwiedzać autem. Oczywiście jako fan muzyki kubańskiej zatrzymałbym się na parę dni w Miami-centrum kubańskiej diaspory w USA. Miami, ciepło, kubańska muzyka, piękne plaże. Chce się żyć. Interesuję się ichtiologią, więc w Miami zwiedziłbym SeaWorld, jeden z największych parków oceanograficznych na świecie, połączone z pokazem tresury orek, delfinów(cena biletu 37.95$ parking 8.00$,http://www.miamiseaquarium.com/).Udałbym się do najsłynniejszej dzielnicy Miami - dzielnicy w stylu Art Deco, która mieści się w samym centrum miasta. To największe na świecie skupisko architektury w stylu Art Deco. Na Florydzie zaczyna się łańcuch wysepek Florida Keys zakończony miasteczkiem Key West położonym zaledwie 90 mil od wybrzeży Kuby. Można tam wybrać się w rejs po zatoce meksykańskiej, zobaczyć rafy koralowe. Myślę, że to byłby piękny finał podróży marzeń. To byłyby miejsca obowiązkowe mojej podróży, pewnie doszłoby dużo innych atrakcji o których dowiedziałbym się na miejscu. Lubię zbaczać z wyznaczonego szlaku.

4. Pamiątkowe zdjęcie
Pamiątkowe zdjęcie na tle startującego promu kosmicznego-bezcenne. Widziałem w telewizji jak ludzie robią takie zdjęcia z miejsca specjalnie wyznaczonego. Fajnie byłoby sfilmować start takiego promu i być świadkiem historii.
Go to the top of the page
 
+Quote Post
MagMagneto
post Dec 20 2009, 01:38 PM
Post #17


Miłośnik podróży
*

Grupa: Odyseusze
Postów: 1





Odkąd skończyłem czwartą klasę podstawówki, czyli od momentu, kiedy pierwszy raz usłyszałem o konkwiście, zapragnąłem poczuć zapach wilgotnej dżungli w nozdrzach i ukłucia rozrzedzonego powietrza w płucach, przedrzeć się dziką dżunglą południowoamerykańskiego raju i dotknąć dłonią pachnących historią murów zrujnowanego niegdyś Cusco. Z pewnością takich jak ja jest bardzo wielu, ale do niedawna nie było szans na spełnianie marzeń. Na szczęście postępująca globalizacja i zmniejszanie się odległości między kontynentami, oprócz całego swojego negatywnego wydźwięku, niesie z sobą również pozytywne aspekty tego procesu. Transport lotniczy tanieje, a połączenia są coraz częstsze i bezpieczniejsze. Spróbowałem więc nieśmiało naszkicować plan swojej podróży. Oprócz Cusco, na liście obowiązkowych punktów wyprawy, znalazły się ruiny Starego Szczytu, czyli Machu Pichu, a co za tym idzie Mollepata oraz jezioro Titicaca. Każde z tych miejsc fascynuje mnie w inny sposób. O ile Cusco, jako dawna stolica potężnego imperium inkaskiego, tętni życiem na jego zgliszczach, a świadomość, że było sceną spektaklu chciwości białego człowieka, która w efekcie obficie zrosiła krwią okoliczne pola, o tyle opuszczone z niewyjaśnionych powodów Machu Pichu zdaje się prosić o odkrycie swojej prawdziwej nazwy przelatujące kondory, a Titicaca zaprasza na Wyspę Słońca do kołyski Wirakoczy.
Jak każdą swoją podróż, tak i tę, należało zacząć przed komputerem. Już na początku odstraszają ceny lotów, jakie wyświetla Google na pierwszej stronie. Ponad 10 tysięcy złotych za bilet w jedną stronę to zdecydowanie ponad moje siły. Nie rezygnuję jednak i zagłębiam się w morze informacji i ofert. W końcu z gąszczu podobnych do siebie udaje mi się wyłuskać jedną na tyle atrakcyjną, by warto było zrobić z niej fundament podróży. Niecałe 2 900 zł w jedną stronę na pokładzie airbusa linii Air France. Wylot zaplanowany jest na 26.04.2010 roku, z Warszawy, z lotniska Chopina. Dotarcie tam z Krakowa pociągiem linii regionalnych kosztować będzie 32 złote, a następnie komunikacją miejską i taksówką na lotnisko około 85 złotych. Niestety, w tym miejscu zaczynają się pewne trudności. Jak łatwo było się domyśleć, samolot nie leci bezpośrednio do Limy, a przesiadki znacząco wydłużają podróż. Tak więc planowo z Warszawy wylatuję do Paryża o 19:30, by stanąć na lotnisku Charles`a de Gaulle`a o 21:05. Mam przed sobą całą noc, ponieważ samolot do Amsterdamu walutuje dopiero następnego dnia rano o godzinie 8:00. Kolejką podmiejską i metrem dostaję się na plac Malliot za 4 euro. Dochodzi 22:30 kiedy udaje mi się zatrzymać w małym motelu naprzeciw dworca autobusowego. Maleńki pokoik, w którym ledwie mieści się mój wielki plecak, szafa, lóżko i ja sam kosztował mnie kolejne 18 euro. Staram się zasnąć, mimo targających mną emocji. Zrywam się z łóżka o 4 nad ranem kompletnie zaspany. Nie bez powodu plemiona Ameryki Północnej właśnie o tej porze najczęściej atakowały kawalerzystów Stanów Zjednoczonych i osadników, obozujących na ich terenie. Właśnie tuż przed wschodem słońca najtrudniej jest odpędzić sen i natychmiast zmusić organizm do pełnej aktywności. Docieram na lotnisko kilka minut po 6:30 i po odprawie padam z kubkiem gorącej kawy na siedzeniach dla podróżnych oczekujących na boarding. Jeszcze prawie 10 godzin spędzę w podróży.
Na lotnisku w Amsterdamie lądujemy planowo o 9:20 i bez większych problemów i dodatkowej odprawy jesteśmy kierowani na samolot do Limy o 10:45. Przez chwilę, w lotniskowym zamieszaniu, dostrzegam swój plecak jadący na wózku obsługi do ładowni samolotu. Nauczony doświadczeniem dopłacam te 8 euro, by zakwalifikowano mnie jako pasażera z pierwszeństwem wejścia na pokład. Nie cierpię tego dzikiego tłumu pędzącego później do bramek w rosnącej psychozie, jakby miało dla nich braknąć miejsc. Siadam przy oknie, kilka rzędów za skrzydłami i niecierpliwie oczekuję odlotu, podczas gdy Inn i pasażerowie tłoczą się, upychając bagaże podręczne do luków. Spędzimy w powietrzu najbliższe sześć godzin. To dla mnie nowość, ponieważ do tej pory najdłuższy lot, jaki odbyłem miał miejsce zeszłej zimy na trasie Warszawa – Reykjavik i trwał cztery godziny. Nie jestem ułomkiem, można by rzec, że jestem dość „obficie” zbudowany, a w maleńkich Airbusach, przystosowanych do masowego transportu pasażerów na krótkich dystansach, z braku jakiegokolwiek miejsca do ruchu, cierpną mi nogi. Na szczęście boeing do lotu międzykontynentalnego dużo lepiej spełnia swoją funkcję, a ja nie zawadzam już kolanami o fotel przede mną, co nastraja mnie bardzo pozytywnie do lotu.
Również tym razem startujemy bez większych opóźnień, a o 16:30, z zaledwie pięciominutowym opóźnieniem lądujemy w Limie. O dziwo, mimo, że jest to (a przynajmniej mnie się tak wydawało) duże lotnisko międzynarodowe, posiada tylko jeden pas startowy. Z Limy do Cusco mam trzy możliwości transportu, jak podsunął mi znów Google. Tradycyjny, czyli autobusowy, lotniczy – krajowy oraz samochodowy, jeśli stać nas na wynajęcie takiego środka transportu. Z początku planowałem właśnie ten ostatni, ale odradzali to wszyscy użytkownicy for tematycznych na temat podróży po Peru jako nieopłacalny i niewygodny ze względu na marną jakość dróg i stosunkowo wysoką cenę wynajmu. Jeśli chodzi o autobusy, to jest w czym wybierać, od maleńkich, niewygodnych, rozklekotanych busików, zatrzymujących się w każdej wiosce, i przyprawiających żołądek o myśli samobójcze, przez średniej klasy autobusy porównywalne z naszymi PKS-ami, a na luksusowych autokarach turystycznych skończywszy, gdzie zostajemy obsłużeni po królewsku posiłkiem na skórzanych fotelach. Po 28 godzinach podróży zdecydowanie nie zamierzałem oszczędzać w tej kwestii, zwłaszcza, że droga z Limy do Cusco wiedzie górskimi drogami i trwa 20 godzin, a więc przejazdem autokarem traktować należy jako nocleg z posiłkiem, a nie transport sam w sobie. Cena to około 45 dolarów USD. Trudno, znowu uszczupliłem budżet.
Po drodze do Cusco biegam z aparatem na każdym postoju i fotografuję dziką, górską drogę, ostre skały i zapierające dech w piersiach krajobrazy rozpościerających się tuż za poboczem przepaści. To właśnie między innymi dla tych wywołujących dreszcz na plecach widoków chciałem tu przyjechać. W Cusco czeka na mnie zarezerwowany jeszcze w Polsce pokój w niewielkim hotelu Centenario przy ulicy o tej samej nazwie, oddalony mniej więcej dwa kilometry od centrum. Doba kosztuje mnie 90 złotych, a więc praktycznie tyle, co nocleg w Zakopanem. Jest godzinach 15:00, a ja drzemałem w autobusie, więc natychmiast rzucam się do zwiedzania miasta o dość anatomicznej nazwie „Pępek Świata”. Jakkolwiek brzmi to zabawnie, Inkowie uważali je, pewnie nie bez powodu, za centrum znanego im świata. Biegam jak oszalały i fotografuję mieszkańców, turystów, ruch uliczny i każdy budynek. Taki mam nawyk, z tygodniowego wyjazdu przywożę zwykle około 1500 zdjęć.
Pędzę do centrum, by zobaczyć Dom Dziewic Słońca, na którym wzniesiono następnie mury klasztoru świętej Katarzyny, oraz Coricancha, świątynię Słońca, która jest teraz kościołem dominikańskim. Jestem tym nieco zniesmaczony i zawstydzony. Nie za bardzo pojmuję jakim prawem tak ważne zabytki i miejsca kultu zostały zaadoptowane jako świątynie ekspansywnego chrześcijaństwa i dlaczego tak dokładnie starano się przeprowadzić asymilację pierwotnego wyznania, kompletnie nie rozumiejąc istoty szacunku dla cudzej religii. Temperatura, mimo iż jest już prawie maj, wynosi ledwie około 13 stopni Celsjusza, prawie 10 stopni mniej niż w Limie. Jest to zasługą położenia miasta na wysokości ponad trzech tysięcy metrów nad poziomem morza. Wracam do hotelu i na następny dzień zostawiam sobie czas na zwiedzanie obiektów położonych dalej od centrum, jak twierdza Sacsayhuaman, Tambomachay i skalne sanktuarium Kenko.
Następnego dnia, wcześnie rano wyruszam pociągiem turystycznym drogą na północny zachód w kierunku miasta Aquas Callentes. Koszt – 120 dolarów USD, w tym posiłki i jakieś występy. Kuszącą mnie Mollepatę, czyli starą inkaską drogę zostawię na następny raz. Jej przejście zajęłoby mi do pięciu dni, teraz nie mam na to niestety czasu, ale przynajmniej będę miał pretekst, żeby tu wrócić. Kolejny, bo w ciągu najbliższych pięciu lat chcę zdobyć Aconcaguę. W Aquas Callentes odrywam się od pierwszej tego dnia grupy turystów i ruszam kamiennymi schodami w górę. Większość z pozostałych pasażerów pojechała autobusem, ale jestem pewien, że to nie oddaje cudownej panoramy Andów podczas wspinaczki do Machu Pichu. Na szczęście szlak jest prawie pusty, tylko nieliczni desperaci i nie znoszący tłumu turyści decydują się na tę drogę. Po około 1,5 godziny i wypiciu co najmniej 2 litrów wody docieram do celu. Przede mną najwspanialsze miasto Inków, idealnie wpasowane w układ terenu i wtulone w sterczące ostre skały. Sprawia wrażenie niezdobytej fortecy, aż ciężko uwierzyć, że mieszkańcy sami je opuścili. Wzruszenie dławi mnie w gardle. Jestem wreszcie w miejscu, o którym marzyłem tak długo. Słońce zaczyna nieśmiało ogrzewać wynurzające się z cienia ruiny, a zimny wiatr chłodzi rozgrzaną szybszym pulsowaniem krwi po długiej wspinaczce twarz. Zaciągam się głęboko ostrym, świeżym górskim powietrzem. W dole, tuż przy stromej ścianie zbocza majestatycznie szybuje olbrzymi kondor. Charakterystyczny szczyt wznoszący się nad miastem przypomina mi do złudzenia brazylijską Głowę Cukru z Rio de Janeiro. Powoli wchodzę między kamienne mury i przesuwam dłonią po chłodnych kamieniach. Wydaje mi się, że słyszę gwar tego miasta z czasów, kiedy tętniło życiem. Spaceruję wąskimi uliczkami próbując wyobrazić sobie gdzie stały stragany, którędy biegały dzieci, gdzie Inkowie trzymali lamy… Powoli gwar staje się coraz głośniejszy. Niestety, to nie moja wyobraźnia, a napływające wciąż nowe fale zwiedzających. Zataczam jeszcze jeden krąg wokół miasta i ruszam schodami w dół. Proszę napotkanego turystę, by zrobił mi zdjęcie na tle fascynujących murów miasta, to będzie mój nowy avatar.
Kiedy docieram na stację pociągu czeka mnie niemiła niespodzianka. Muszę zapłacić 150 soli podatku wyjazdowego. Myślałem, że tylko na lotniskach jest on naliczany. W drodze powrotnej do Cusco zajadam się regionalnymi smakołykami. Najbardziej smakuje mi ceviche, czyli potrawa z ryb z cebulą i limonką, słodkie ziemniaki, które kojarzą mi się z kuchnią szwedzką i pisco sour, czyli coś w rodzaju drinka na winie. Do hotelu docieram późnym wieczorem i od razu padam na łóżko.
Kiedy się budzę, jest pierwszy dzień maja. Zrywam się i pędzę na autobus odjeżdżający z Cusco o 4:15 nad ranem do miasta Puno. Koszt biletu to kolejne prawie 150 dolarów USD, ale w tej kwestii nie mogę oszczędzać. Zwieńczeniem dziewięciogodzinnej podróży jest ostatni punkt mojej wyprawy, najwyżej położone jezioro żeglowne świata, czyli Lago Titicaca. Droga znów wiedzie szczytami górskimi, a ja mam kolejną okazję by chłonąć całym sobą majestat Andów. Gdy około godziny 15:30 staję wreszcie nad brzegiem gigantycznej tafli wodnej, czuję się naprawdę spełniony. Zanurzam dłoń w chłodnej wodzie i obmywam twarz. Wiem już, że niestety nie starczy mi czasu na odwiedzenie Wyspy Słońca. Następnego dnia o godzinie 6 rano wyruszam autobusem powrotnym do Limy, przez Arequipę, aż do wybrzeża, a później wzdłuż Pacyfiku, mając cały czas po prawej stronie skaliste masywy Andów, aż do Limy, skąd trzeciego maja o 19:35 mam samolot do Amsterdamu. Cały wieczór spaceruję wzdłuż jeziora, na którym według legend urodził się bóg Słońce i rozmyślam, jak też wyglądało tutaj życie przed najazdem konkwistadorów. Aparat pęka w szwach od tysięcy zdjęć, jakie udało mi się zrobić. Wreszcie noc spędzam w średniej klasy trzygwiazdkowym hotelu Italia. Nocleg kosztuje mnie 33 dolary. Nie jest to wcale dużo, porównując kwotę z ceną noclegu w innych miejscach świata, choć stosunkowo drogo jeśli chodzi o Puno, ponieważ najtańsze noclegi można znaleźć tu nawet za 10 dolarów.
Następnego dnia rano wyruszam w długą, trwającą ponad 30 godzin drogę powrotną do Limy i staję na lotnisku na cztery godziny przed odlotem. Tak jak się spodziewałem, przychodzi mi zapłacić podatek wylotowy w momencie przejścia z Sali ogólnej do Sali odlotów w wysokości 32 dolarów. Lądowanie w Amsterdamie jest lekko opóźnione. Staję w największym mieście Holandii nieco po 15:30 „następnego” dnia (zmiana czasu). O 18:00 odlatuję do Paryża, gdzie spędzam noc w tym samym hoteliku, co w drodze do Peru, a następnego dnia rano o 9:35 odlatuję do Warszawy, skąd dostaję się do Krakowa.
Go to the top of the page
 
+Quote Post
kingamierzwa
post Dec 23 2009, 01:53 AM
Post #18


Miłośnik podróży
*

Grupa: Odyseusze
Postów: 1





Moja wymarzona podróż??? Mieszkam w Egipcie i kraj, który śni mi się po nocach to IZRAEL.

1. Kierunek Podróży.

Kraj Izrael niewielkie panstwo ok 28 tyś km. Natomiast miejsc do zwiedzania mnostwo. Otoczone 3 morzami: czerwonym, martwym i śródziemnym. Kraj,, który jest tak ciekawy historycznie.
Za jeden dzien wigilia, dlatego chciałabym znalezc się w ziemi gdzie urodził sie Jezus.
Kraj trzech religi: chrzescijanstwa, judaizmu i islamu. Przecudna językowa wieża Babel.

2. Plan dotarcia do celu.

Z Egiptu a dokładnie z miejscowości Sharm el Sheikh trasa nie jest zbyt skąplikowana. Ok 2,5 godziny do Taby czyli miejsca, gdzie znajduję się przejscie graniczne. Po przejsciu granicy jestem już w Izraelu a dokladnie w Eilacie.

3. Miejsca do zwiedzania.

Miejsc jest mnostwo. Zacznę od miejscowości typowo tyrystycznej o nazwie Eilat.
Kolejno udam się w kierunku nad Morze Martwe. W drodze podziwiać będę historyczne miejsce jakim jest miasto Sodoma i Gomora. Co ciekawę, chcę zobaczyć żonę Lota, która została zamieniona w słup soli.
Z miasta tego przejadę nad Morze aby doświadczyć przecudnej i nietypowej kapieli.
Po drodze do Jerozolimy zwiedzę oczywiście kolejne historyczne miejsce zbiorowego samobojstwa czyli Masadę.

I nadszedł ten moment czyli spelnienie jednego z marzen. Jerozolima czyli "dom pokoju".
Pierwszym punktem będzie Góra Oliwna i przecudna panorama na Stare miasto. To włąsnie stąd Jezus na oslicy wjechał do Jerozolimy. Przepiękne widoki na 4 dzielnice: chrzescijanską, ormianską, muzułmanską i żydowską. Nie codzienna jest obecnośc tych wszystkich religii w jednym miescu.
Kościól Dominus Flewit wybudowany w kształcie łzy na pamiątkę opłakiwania Jezusa nad losem całego świata.
Kosciółek Pater Noster czyli miejsce gdzie Jezus nauczał swoich apastow modlitwy Ojcze Nasz.
Bazylika Wszystkich Narodów z mozaiką, która przedstawia modlitwę Jezusa w Ogrodzie Oliwnym i Getsemani czyli Tłocznia. Tutaj Jezus modlił się po Ostatniej Wieczerzy. Chciałabym poczuć zapach oliwek na 8 drzewach, które się tam znajdują.
Wjeżdzając wgląb Starego Miasta podziwiać będę Ścianę Płaczu czyli zachodnią ścianę, która pozostała po Wielkiej Świątyni Jerozolimskiej.
Powierze tam wszystkie swoje prosby i marzenia panu Bogu.
Spacerkiem przejde przez drogę krzyżową i kolejno odwiedzę Bazylikę Grobu.
Odwiedzę Golgotę czyli miejsce ukrzyżowania i Grob Jezusa.
Wychodząc wstąpię na Gorę Syjon aby zobaczyć symboliczne miejsce Ostatniej Wieczerzy czyli Wieczernik.
Po zwiedzeniu częsci Jerozolimy udam się do Betlejem. Dom chleba i miejsce narodzin Jezusa. Bazylika Narodzenia.
W samą noc wigilijną zejdę do Groty narodzenia, aby móc uczestniczyc tam w obchodach Bożego Narodzenia.
Na sam koniec wizyty w Betlejem odwiedzę Kościól Swiętej Katarzyny skąd nadawana jest pasterka. Być może zdarzy się okazja pozdrowić rodzinę z tego wspaniałego miejsca.

Z Betlejem udam sie w drogę powrotną.

4. Pamiatkowe zdjęcie.

Po takiej podrózy mój album będzie pekał w szwach od zdjeć z tej podrózy. Jedno szczegolne, które będzie towrzyszyć mi zawsze i przypominać ta podróz będzie zdjęcie z Bazyliki Narodzenia a dosłownie z Groty gdzie w miejscu narodzenia lsni przepiękna gwiazda.
To zdjęcie umieszczę w swoim profilu.

Mam nadzieję, ze czas i środki pozwolą mi na to by spełnić swoje marzenie. A narazie będę śledzić tegoroczną pasterkę w telewizji.
Być może los będzie łaskawy i pomoże mi przejsc kilkoma krokami Jezusa.

Wesołych Swiąt Bożego Narodzenia !!!!
Kinga Mierzwa
Go to the top of the page
 
+Quote Post
GrzegorzW
post Dec 23 2009, 11:17 AM
Post #19


Miłośnik podróży
*

Grupa: Odyseusze
Postów: 1





1.
Od dawien dawna rozmyślałem i planowałem podróż do Chin. Ale nie do takich jakie znamy wszscy, chociażby z telewizji. Interesuje mnie szczególnie jedno miejsce w Chinach, a jest to prowincja Xinjiang (to już praktycznie Azja centralna) i miasto Urumchi, gdzie mieszka najwięcej Ujgurów.
Cele? Prozaiczne wręcz:

-Chęć poznania ujrzenia innego życia, obcowanie z ludźmi zamieszkujących tamte ziemie od lat, zarazem będących w swoim karaju, i totalnie w nim wyobcowani.
-Możliwość sprawdzenia się na polu znajomości języka Ujgurskiego, który interesuje mnie od dawna jako poliglota.
-Zobaczenie jeziora Tian chi, u stóp góry Tianshan.
-Zabranie kawałka ziemi z tamtych okolic (rytuał na mojej każdej podróży).

2.
Pierwszą możliwością jest wylot samolotem z Berlina do Pekinu. Zastępczy plan to samolotem z Warszawy, przez Moskwę i do Pekinu. Rozpatrywałem, również plan dotarcia koleją transsyberyjską, ale po dłuższym zastanowieniu się, doszedłem do wniosku, że powody finansowe biorą w tym wypadku góre, i wygrywa pomysł samolotu. Kolej brzmi bardzo zachęcająco, szczególnie, że na takiej wyprawie można spotkać naprawde wiele ciekawych ludzi.

Zakwaterowanie w Pekinie na pare dni, w celu odpoczynki i pozbycia się Jetlagu, który zawsze mi doskowiera. Następnie, co nie jest wcale łatwe znając nawet Chiński, wykupienie biletu na pociąg z Pekinu do Urumchi. Jazda trwa 49 godzin, więc odpoczynek przed nią jest wskazany. Nie polacane kupowanie biletów tak zwanych hard sleeper, nie da rady wysiedzieć.

Po dotarciu zakwaterowanie w Urumchi.

3.
Miejsca do odwiedzania? Jakie są obowiązkowe?
Nie ma takich. Każda moja podróż, to "bezcelowe" błąkanie się, rozmawianie z ludźmi, oglądanie najmniej interesujących uliczek i straganów, rozmawianie z ludźmi, szukanie miejsc gdzie chciałbym mieszkać, rozmawianie z ludźmi. Mówiełem już o rozmawianiu z ludźmi?
Tak jest zawsze. Jest to coś co stawiam ponad wszystko inne w podróży, chce zobaczyć zwykłe, nudne, monotonne życie w kraju, w którym jeszcze nie byłem. Średnio interesują mnie zabytki. Przede wszystkim to co jest na codzień. Często obfituje to w ciekawsze historie i zdarzenia.
Okazji do rozmów nie brakuje. Przyjeżdza biały wysoki, całkowicie wytatuwoany facet i pyta gdzie jest stragan bo chce kupić jabłko. Tak wyglądają moje podróże.

4
Chciałbym zrobić sobie zdjęcia na tle swykłej islamskiej architektury, domu, sklepu, może meczetu...

...i zrobię, bo wyprawa zbliża się wielkimi krokami.

Grzegorz Wylegała.
Go to the top of the page
 
+Quote Post
kbee
post Dec 24 2009, 12:06 PM
Post #20


Miłośnik podróży
*

Grupa: Odyseusze
Postów: 3

Skąd: Szczecin




1. Cel podróży
Był pogodny, jesienny wieczór. Kolejne godziny tradycyjnie beztrosko mijały grupie druhów na snuciu marzeń o kolejnych egzotycznych podróżach, niezbadanych miejscach, dalekich wyprawach. Niecierpliwe wyczekiwanie na zbliżającą się zimę zachęcało do niekończących się dyskusji o polarnych biegunach, siarczystych mrozach, śnieżnych krainach. Dziś już nikt nie potrafi wskazać, który z nich jako pierwszy rozmarzył się zupełnie, wskazując ręką na mapie to miejsce. Karelia - dziewicze serce dalekiej północno-zachodniej Rosji.

Jako grupa zapaleńców zamarzyliśmy wtedy o podróży do odległej niedostępnej rosyjskiej krainy. Nasza uwaga skupiła się niezwykle daleko, gdzieś pomiędzy Morzem Białym na północy a Bałtykiem na południu. Tam bowiem, w Karelii, nakładem katorżniczej pracy zeka, powstał w latach 30-tych ubiegłego wieku Kanał Białomorski - żywy symbol stalinowskiej epoki.

Kanał Białomorski pomnik ludzkiej determinacji, walki z niemożliwym i tyranii. Symbol i przykład tego jak na rozkaz jednostki umierały setki. Miał być dowodem cudu socjalizmu, wyższości idei komunistycznej nad innymi, miał pokazać że nie ma rzeczy niemożliwych, stał się jednak przestrogą i obnażeniem systemu. Systemu który w imię wyższości sprawy poświęcał istnienia ludzkie, zamieniał życie w koszmar.

By oddać hołd dziesiątkom tysięcy więźniów gułagów poległych przy budowie kanału, zapragnęliśmy, dokonać kiedyś pierwszego polskiego trawersu jeziora Onega, które stanowi część
wspomnianego kanału, będąc jednocześnie drugim największym jeziorem Europy. Jak wielkie są jego przestrzenie niech powiedzą same liczby: 9720 km2 powierzchni to ponad 85 razy więcej niż posiada jezioro Śniardwy, czyli obszarem dorównuje ono połowie województwa Zachodniopomorskiego.

Przejście Onegi byłoby kapitalną okazją, by doświadczyć tamtejszej subpolarnej zimy, co zawsze było naszym wielkim marzeniem. Inspirowani od lat przez wyprawy Marka Kamińskiego, Andrzeja Śmiałego, Wojciecha Moskala i innych polskich tytanów eksploracji chcielibyśmy sami spróbować położyć nasze marzenia na pulkach, owinąć je ciepłą kurtką i pociągnąć ku naznaczonemu torosami, horyzontowi. I może tylko z obawy przed grasującymi wilkami oraz huraganowymi wiatrami zamykalibyśmy wejścia do naszych namiotów. Inaczej hipnotycznie wpatrywalibyśmy się w otaczające przestrzenie. Przestrzenie łączące fascynację ekstremalnymi wyprawami, zamiłowanie do dzikiej przyrody, tęsknotę do przygody z pasją ponownego odkrywania kart historii.

Celami naszej wyprawy byłyby:
- Oddanie hołdu i podtrzymanie pamięci o tragicznej śmierci tysięcy
więźniów rosyjskich łagrów - ofiar stalinowskiego reżimu.
- Doświadczenie srogiego, subpolarnego klimatu rosyjskiej zimy jako
skrajnie trudnych warunków życia ludności zamieszkującej tą część świata.
- Próba sprawdzenia granic wytrzymałości fizycznej i odporności
psychicznej oraz pokonania własnych słabości uczestników.
- Eksploracja jednego z najdzikszych miejsc Europy.
- Pogłębienie znajomości tradycji i obyczajów ludów zamieszkujących
Karelię.


2. Plan dotarcia do celu

Sama podróż w tak odległe, niedostępne miejsce sama w sobie byłaby już wielką, niezapomnianą przygodą. A jeśli dodamy do tego ilość przesiadek, liczbę kilkometrów do pokonania, kilkudziesięciokilogramowy ekwipunek towarzyszący nam przez całą wyprawę, walkę z wszechpanującą dezinformacją przy próbie kupna biletów na rosyjskich dworcowych kasach,
to okaże się, iż byłoby to zrealizowanie naszych podróżniczych marzeń. Plan przejazdów zaczynałby się od podróży legendarnym niemal już pociągiem pośpiesznym relacji Szczecin-Terespol (23:20), gdzie w Warszawie czekałaby nas przesiadka i podróż przez Suwałki - polskie biegun zimna, co byłby dopiero przedsmakiem tego co nas czeka na dalekiej północy. Następnie granicę polsko-litewską przekroczylibyśmy pociągiem relacji Suwałki-Szestokai wsiadając do pociągu o g. 12:44. Tu naszą niestrudzoną ekipię czekałaby kolejna zmiana środka lokomocji na pociąg do Wilna, gdzie dojeżdżając o 17:50 czekałyby na nas zamówione wcześniej przez życzliwą osobę z Hospitalityclub bilety na pociąg do Sankt Petersburga. Dlaczego tak? Odpowiedź jest finansowo banalna – zakup biletów bezpośrednio w stacji w Rosji jest tańszy i bardziej pewny niż internetowy.

Mimo już dwóch dni spędzonych w podróży przeróżnymi pociągami, czeka nas kolejna przesiadka i jazda tzw."plackartnym" do Medvezhegorska. Tu kolejne zadanie - znalezienie lokalnego transportu dla nas i naszego ekwipunku na wschodni brzeg jeziora Onega. Tutaj zdalibyśmy się na pomoc naszego konsulatu i życzliwość polskie Polonii, która zawsze bardzo chętnie pomaga rodakom, w szczególności gdy są to mało znane zakątki Świata. Na miejscu wymarszu znaleźlibyśmy się, po 4 dniach spędzonych w pociągach, po pokonaniu nimi ponad 2200km, w małej rosyjskiej rybackiej
wiosce rozpoczniemy główną pieszą część wyprawy, czyli trawers jeziora Onega - drugiego pod względem wielkości jeziora Europy. Przejście jeziora w jego najszerszym miejscu planowane byłoby na linii wschód-zachód od wioski Shalskiy do miasta Pietrozawodzk.Poruszalibyśmy się po tafli jeziora skutej metrowej grubości lodem na nartach śladowych, ciągnąć sanie ekspedycyjne, tzw. pulki, na których umieścilibyśmy cały nasz bagaż. Pokonanie 120-kilometrowego trawersu Onegi to wyzwanie, które zajęłoby nam około tygodnia czasu. Po drugiej stronie jeziora, w Pietrozawodsku, czekałby już na nas ciepły, przytulny przedział rosyjskiego pociągu - pora wyruszyć w kierunku powrotnym.


3. Miejsca do odwiedzenia
Obowiązkowo na tej liście znalazłoby się Muzeum Kanału Białomorskiego w Medvezhegorsku - w samym sercu rosyjskiej Karelii, gdzie wzbogacilibyśmy naszą wiedzę o tamtejszym rejonie oraz być może zebrali niedostępne w Polsce materiały dotyczące historii tej części Rosji. Być może, zmodyfikowalibyśmy w tym miejscu nieco plan by dotrzeć do śluzy nr 7 i 8, co zimą nie byłoby łatwe, ale dałoby nam obraz warunków z jakimi musieli sobie radzić więźniowie gułagów.

Kolejnym, obowiązkowym punktem byłoby odwiedzenie wpisanej na listę światowego dziedzictwa UNESCO cerkiew na wyspie Kiżi, która znalazłaby się na trasie naszego przemarszu przez jezioro Onega. Na własne oczy chcielibyśmy przekonać się bowiem, że została ona faktycznie zbudowana z drewna, zgodnie z tradycją ruskiego rzemiosła, czyli bez użycia gwoździ i fundamentów.

W drodze powrotnej odwiedzilibyśmy Sankt Petersburg - "północną stolicę Rosji", ogłoszony przez UNESCO ósmym najbardziej atrakcyjnym turystycznie miastem świata. Byłaby to świetna okazją, by zwiedzić jedno z głównych centrów muzealnych świata, swoje zasoby udostępnia tu m.in.
jedno z trzech największych muzeów świata - Ermitaż. Potem spacer Nevskim Prospektem (główną arterią Sankt Petersburga), wizyta w Soborze Isaakievskim (z którego kopuły rozpościera się wspaniała panorama miasta), Petergof (piękny park z bajecznymi fontannami), Muzeum Puszkina
i Pałac Ekateriny.


4. Pamiątkowe zdjęcie
Najcenniejsza w naszej wyprawowej kolekcji na pewno byłaby fotografia dokumentująca chwilę, gdy po pokonaniu ponad 130 km trasy, po 7 dniach stawiania czoła przeciwnościom nieprzyjaznej natury – siarczystym mrozom, porywistym, północnym wiatrom, śnieżnym burzom i bezkresnym
mgłom spowijającym scenerię tajemniczego bezkresnego pustkowia, szczęśliwi ponownie stawiamy stopę na stałym lądzie, niczym marynarz powracający z długiego rejsu. Marzenie się spełniło.
Go to the top of the page
 
+Quote Post

2 Stron V   1 2 >
Reply to this topicStart new topic
1 Użytkowników czyta ten temat (1 Gości i 0 Anonimowych użytkowników)
0 Zarejestrowanych:

 

- Wersja Lo-Fi Aktualny czas: 16th September 2014 - 06:28 PM