Witaj Gościu ( Zaloguj | Rejestruj )

3 Stron V   1 2 3 >
entry Nov 18 2009, 09:51 AM
Po 10,5 godzinach lotu z Kalifornii wyladowalismy w Londynie. Poczulismy sie niesamowicie: okrazylismy swiat. Hura! Udalo sie, spelnilo sie nasze marzenie. Odwiedzilismy 13 krajów na 5 kontynentach.

Bylismy bardzo szczesliwi i przekonani bardziej niz kiedykolwiek, ze wato jest marzyc, a to co niemozliwe, czasami moze stac sie mozliwym.

Spedzilismy niezliczona ilosc wspanialych chwil, poznalismy mnóstwo fantastycznych ludzi, od których tak wiele sie nauczylismy i zobaczylismy mase niesamowitych miejsc. Nigdy tego nie zapomnimy i zawsze bedziemy wracac pamiecia do tych wspomnien. Warte byly kazdego wyrzeczenia, kazdego grosza i kazdej minuty.

Poznalismy moze tylko mala czastke wielkiego swiata, ale odbylismy prawdziwie odkrywcza podróz w glab siebie samych. Przywiezlismy z niej, mamy nadzieje, pokore, wiekszy optymizm i otwartosc.

Ale nasz glód jeszcze nie zostal zaspokojony, to na pewno nie wink.gif .

Pobyt w Londynie spedzilismy na spotkaniach z naszymi przyjaciólmi.

Podobnie w Irlandii. Z powrotem w Limericku troche pospacerowalismy po miescie, bylismy w parku i nad rzeka, ale nie udalo nam sie wyrwac jeszcze raz nad ocean, lub gdzies w glab kraju. Innym razem.

W Krakowie wyladowalismy z mieszanymi uczuciami: jestesmy w domu, zobaczymy nasze rodziny i znajomych, ale to faktycznie koniec wyprawy. Jakbysmy dopiero wczoraj wylatywali z Balic.

Staralismy sie jednak nie popadac zbyt gleboko w melancholie. W koncu jestesmy wielkimi szczesciarzami, ze mielismy okazje okrazyc swiat, i to calo i zdrowo, a teraz bedziemy ogladac zdjecia, pokazywac je kazdemu, kto zechce ogladac i opowiadac. I wspominac, wspominac, wspominac?

Tylko ta pogoda, no?

Przymrozek? Jaki przymrozek? Jakie opony zimowe? Jaka kurtka?

Witaj Polsko, troche tesknilismy. wink.gif


Dziękujemy serdecznie wszystkim za czytanie i śledzenie naszego bloga.

Zachęcamy do odwiedzenia naszej strony www:

www.mclong.webs.com

entry Nov 18 2009, 09:46 AM
Miasto Aniolow i Miasto Slonca


Z Rarotonga mielismy wyleciec do Los Angeles o pólnocy, nie oplacalo sie wiec isc spac tej nocy. Niestety samolot byl spózniony 3 godziny, takze kiedy wyladowalismy po 9,5 godzinach lotu bylismy niesamowicie zmeczeni, ale postanowilismy wytrzymac jeszcze te pare godzin do wieczora, by lepiej przestawic sie na amerykanski czas. Udalo sie, ale pod wieczór chodzilismy juz na rzesach.

Zatrzymalismy sie w Sun City kolo Los Angeles, w przyczepie kempingowej w ogródku u Dziadka Boba.

Juz w drodze z lotniska rzucila sie w oczy susza jaka panuje w poludniowej Kalifornii. Nie padalo tu porzadnie juz od trzech lat, wiec wszytko jest suche, bezowe i zakurzone. Bardzo smutny widok. Tylko parki, okolice centrów handlowych i prywatne ogródki, spryskiwane kazdego dnia cenna woda sa zielone. Reszta w przygnebiajacym brazie czeka na deszcze lub sniegi.

Su City jest dosc ladna, zadbana okolica, domki sa idealnie skomponowane i symetrycznie rozmieszczone po obu stronach ulicy ciagnacej i wijacej sie w nieskonczonosc, tak, ze mozna sie tu poczuc jak w labiryncie. Kazdy zakret wyglada tak samo. Jest to osiedle dla osób powyzej 55 roku zycia (tzw. osiedle emerytów), wiec nie uswiadczysz tu wielu dzieci, a za to czestym widokiem sa pojazdy golfowe, którymi starsze osoby suna po sprawunki. Dziadek Bob tez ma taki wózek, obity drewnem i nawet z pasujaca przyczepa. Laduje sie go na prad, który jest tu tanszy nawet niz benzyna, wiec wszyscy staraja sie zawsze jak najwiecej zalatwic w zasiegu ruchu meleksów. Dopiero gdy naprawde trzeba, wsiada sie w samochód.

Poniewaz Dziadek Bob kupil sobie niedawno nowa lódke, troche w stylu barki turystycznej, o wdziecznej nazwie Sea Jane, z której jest bardzo dumny, od razu po zostawieniu bagazy w jego domu, pojechalismy nad jezioro Perris, by podziwiac i wypróbowac ten nowy nabytek. Lódka byla bardzo fajna, z mostkiem do sterowania na górnym pokladzie. Jeziorko nie za wielkie, z wyspa po srodku, dwoma przyjemnymi plazami i polem kempingowym, bardzo ladne, otoczone wzgórzami i tama z jednej strony. Obejrzelismy piekny zachód slonca sunac po spokojnej tafli wody, pomachalismy do kilku rybaków (?Biora?? ?Biora!? Swietnie!?) i poobserwowalismy czaple powolnie brodzace w przybrzeznych szuwarach. Moglismy nawet pokierowac przez chwile. Prowadzenie lódki to nie to samo co samochodu, reakcja po skrecie sterem jest bardzo opózniona. Przynajmniej nam, niewprawionym sprawilo to troche trudnosci, ale jest do opanowania. Na pewno bedziemy mieli jeszcze okazje pocwiczyc.

Przez dwa nastepne dni zwiedzilismy okolice, pospacerowalismy po parkach, nad kolejnym malym jeziorkiem i po pobliskim wzgórzu, gdzie zobaczylismy stadnine koni i rancho. Zawitalismy tez do centrum handlowego po zakupy i by sprawdzic aktualne przeceny oraz ? przyznajemy sie bez bicia ? do kilku fastfoodów. tongue.gif Ale w In-And-Out-Burger sprzedaja naprawde najlepsze hamburgery w Stanach! Menu sklada sie z trzech podstawowych skladników i sa tylko trzy zestawy do wyboru. Czeka sie dosc dlugo, bo wszystko przygotowywane jest swiezo na zamówienie, ale warto poczekac. Hamburgery sa pycha! Mielismy wielkie ambicje pobiegac troche po takim obzarstwie, ale jakos? znowu musimy sie przyznac, nam zeszlo? Nie bylo czasu! Odrobimy pózniej wink.gif.

Kolejnym punktem zwiedzania bylo Hollywood. Kazdy ma chyba swoje wlasne wyobrazenie o tym miejscu. Takze i my bylismy ciekawi, jak w rzeczywistosci wyglada. Po drodze zjechalismy pare razy z autostrady by zobaczyc panorame ogromnego, rozlozystego Los Angeles, jego centralna dzielnice z wiezowcami i szerokie, piaszczyste plaze nad Pacyfikiem, niektóre pelne surferów czekajacych cierpliwie w wodzie na te jedna, jedyna wlasciwa fale.

Pogoda byla wspaniala, slonce i 35 stopni (Celsjusza), wiec cieszylismy sie nia wedrujac po Miescie Aniolów, pamietajac, ze w Polsce pewnie juz zimno i plucha? Trzeba naladowac endorfiny na zapas.

Wreszcie dojechalismy do Hollywood. Jakos tak malo sensacyjnie i bez fajerwerków musimy przyznac. W oddali na jednym z wzniesien dostrzeglismy slynny napis HOLLYWOOD, ale nie moglismy znalezc drogi do niego, co chwile wjezdzalismy w slepa ulice. W koncu sie poddalismy ze wzgledu na brak czasu. Zrobilismy sobie zdjecie z daleka i pojechalismy na slynny Bulwar Zachodzacego Slonca. Jest to szeroka ulica z kawiarniami i ogródkami po obu stronach, barami, drogimi sklepami, tanszymi sklepami z pamiatkami i hotelami. Jest tez kilka muzeów, hala koncertowa i studia nagran. Stoi tu tez budynek CNN, HBO itp. Wszystko kreci sie tematycznie wokól filmów. Bilbordy, wystawy sklepów, dekoracje budynków, pamiatki itp. itd. pelne sa zdjec aktorów, zapowiedzi kinowych, podobizn Oscarów. Po okolicy jezdza furgony z odkrytym dachem pelne turystów namietnie strzelajacych fotki miejscom gdzie ?ktos slawny jada kolacje? lub ?ktos slawny raz zlamal sobie obcas?. Na ulicach stoja tez sprzedawcy ?map gwiazd?, którzy na biezaco zaznaczaja, gdzie mozna napotkac ulubiona gwiazde lub gwiazdora (gdzie jada, gdzie robi zakupy, gdzie chadza) i gdzie krecone sa plenery ze znanymi osobistosciami. Pod koniec Bulwaru Zachodzacego Slonca wjezdza sie do Beverly Hills. W sumie to szukalismy Rodeo Drive, ale skoro juz tu sie znalezlismy, postanowilismy zobaczyc, jak mieszkaja bogaci Los Angeles. Nic jednak nie bylo widac spoza wysokich murów i gestych zywoplotów. Podobnie w Bel Air. Tutaj jeszcze jakis palac wystawal czasem ponad mur, ale poza tym i zloto zdobionymi bramami wjazdowymi nie widac nic. Jedynie co ciekawe, to dekoracje z okazji Halloween, czesto bardzo wymyslne i do zludzenia przypominajace prawdziwie krwawe sceny zbrodni lub olbrzymie pajeczyny oplatajace cala posiadlosc.

W drodze powrotnej przez Beverly Hills natknelismy sie na plener do jakiegos filmu w jednym z parków. Niczym ci paparazzi wiec wysiedlismy i poszlismy zobaczyc czy oby cos ciekawego sie wlasnie nie kreci. Troche nas zdziwila ogromna liczba psów ubieranych i charakteryzowanych pod bialymi namiotami rozlozonymi tuz za trzema glównymi planami akcji. Okazalo sie ? ze krecono wlasnie film Beverly Hills Chihuahua II, a scena która powtarzano jakies 10 razy bylo serwowanie pieskowi obiadu na srebrnej zastawie na perskim dywanie przez lokaja . Hm? Powstawalo zapewne wlasnie na naszych oczach iscie wybitne arcydzielo z ambicjami do Zlotych Globów. Na sto procent wink.gif.

Na koniec tego szolbizowego dnia pojechalismy na Bulwar Hollywood, gdzie ze spuszczona glowa sledzilismy gwiazdy wmurowane w Aleje Slaw (Walk of Fame), poswiecone najrózniejszym slawom filmu, telewizji i muzyki. Przy Chinskim Teatrze kreca sie cale tlumy przebieranców oferujacych pozowanie do zdjecia za 5 $. Minelismy wiec dwie Marilyn Monroe (w tym jedna po szescdziesiatce, Elvisa, trzech Jacków Sparrowów, Kapitana Ameryke, Batmana, Spidermana, Supermana, Sponge-Boba Kanciastoportego, dwóch Shrecków i jedna Fione. Pewnie kogos pominelismy, ale musicie nam wybaczyc, gdyz az sie roilo od tych przebieranców. Stoj ac na swiatlach przy przejsciu dla pieszych uslyszelismy tez za plecami gadke dwóch rozdawców ulotek, z których to jeden przekonywal drugiego ze ?moze zalatwic role w top ? produkcji, jest przeciez na ?ty? ze Spilberiem, przyjazni sie z Jackiem Nicholsonem i byl w filmie Dzien Niepodleglosci z Willem Smithem, czego nikt mu nie odbierze bracie, nikt!? Jaaaaasneeeeee? Teraz to dopiero nagle poczulismy, ze faktycznie jestesmy w Hollywood i tak samo nagle postanowilismy juz sie stad zbierac. Hollywood: ?zaliczone?. Zadnych rewelacji. Ale i tak warto bylo zobaczyc, jak w rzeczywistosci wyglada jedno z najslynniejszych miejsc na swiecie. Tak sobie, jesli nas zapytacie.

Po powrocie do Sun City spedzilismy jeszcze jeden wspanialy, sloneczny dzien na lódce. A ostatniego wieczoru poszlismy wesole miasteczko Poludniowej Kalifornii. Udalo nam sie, poniewaz jedna z kobiet przy wejsciu zaoferowala nam darmowe wejsciówki, które zakupila dla swoich dzieci, a te weszly jak sie okazalo za darmo. Znowu mielismy farta. Super. Jedzenia, pokazów akrobatycznych, karuzel i strzelnic bylo bez liku. My zjedlismy tylko lody, choc w ofercie byly nawet smazone w panierce na glebokim oleju: - snickersy, - ciastka markizy orios, - klomby kukurydzy, - maslo (!) i ? ptysie; ponadto jablka: - w karmelu, - w lukrze, - w karmelu, czekoladzie i orzechach, - w karmelu, lukrze, czekoladzie i orzechach (mozna pewnie sobie wmówic, ze zjadlo sie ?tylko? owoc i ruszyc po wiecej smazonek). Jakos sie nie skusilismy, choc pachnialo tak ?amerykansko? wink.gif. Obejrzelismy halasliwy wystep na trapezie ?Piratów z Kolumbijskich Karaibów?, poprzedzony sprzedawaniem malowanek o piratach za 2 $ (przez samych piratów), Clong ustrzelil drewniane róze dla Mlong i zrobilismy sobie zdjecie przy makiecie z wycietymi glowami: jako osy. Ale najlepsze pozostalo na koniec. Na wielkiej arenie obejrzelismy wyscigi monstrualnych ciezarówek Monstertrucks. Och co za emocje pelne gestego kurzu wgryzajacego sie w oczy i zagluszajacego nawet Piratów z Kolumbijskich Karaibów warkotu gigantycznych silników napedzanych metanolem. Dwie Monstertrucki zostaly zdyskwalifikowane powodu problemów technicznych, jedyna kobieta ? kierowczyni zajela czwarte miejsce a wygral zawodnik z pobliskiego hrabstwa. Zwyciezca na koniec dal pokaz krecenia kólek w miejscu, czyli okrecania sie ciezarówy wokól wlasnej osi, co pod koniec zakrylo i nas ? publicznosc i jego w gestej, brazowej chmurze pylu. Uznalismy to za znak konca pokazu i po omacku udalismy sie do samochodu. Ale wieczór!

Nastepnego dnia spakowalismy sie, pozegnalismy z Dziadkiem Bobem, który byl na tyle mily, ze pozyczyl nam samochód (mamy nadzieje, ze nie bedzie mial pilnych spraw do zalatwienia poza strefa meleksów wink.gif ) i pojechalismy do Utah.


St. George, kaniony i dzisiejszy Dziki Zachod


Droga przez Kalifornie, Nevade i Arizone do Utah wiodla w wiekszosci przez pustynie Mojave, bezowo ? brazowa, pelna fruwajacych kep zeschnietej trawy, gzie niegdzie wysokich kaktusów, ze wzgórzami w tle. Najdziwniejsze byly ulokowane niedaleko od drogi, w samym srodku tej goracej, pustej pustyni, male osiedla przyczep kempingowych. Kto tu mieszka? Czy z wlasnej woli, czy braku srodków, czy z przymusu? Bardzo nas to intrygowalo.

Zatrzymalismy sie na postój w pierwszym malym miasteczku za granica Nevady, w Primm. Znajduja sie tu kasyna i centrum handlowe. We wszystkich miastach ?wjazdowych? na granicy Nevady z okalajacymi miastami ulokowaly sie kasyna. Dla tych, którzy nie chca fatygowac sie cala droge do Vegas.

Dalej droga nie wiele sie zmieniala. Minelismy blyskotliwe Vegas z lsniacymi wiezowcami kasyn i zobaczylismy zniewalajacy zachód slonca w Arizonie. Bylo juz prawie ciemno, gdy przejezdzalismy przez wawóz rzeki Virgin, gdzie droga wije sie waskim przesmykiem pomiedzy ciekawymi formacjami skalnymi. Dotad skaly sa bezowe, szare, brazowe. Zaraz za wawozem rozciaga sie zas przepiekny krajobraz calkiem innej pustyni w Utah: czerwono ? rózowo ? pomaranczowej. W dodatku wniesienia te przyjmuja fioletowo ? rózowy odcien przy zachodzie slonca. Cos wspanialego.

Byl juz wieczór, kiedy dojechalismy do St. George, w którym sie zatrzymalismy.

Nastepnego dnia od razu pojechalismy do Parku Narodowego Zions, mimo iz pogoda nie byla najlepsza. Dzien byl zachmurzony i wietrzny, ale nic nie bylo w stanie przycmic piekna tego miejsca. Kanion Zions przecina dolina rzeki Virgin. Jest tym bardziej wyjatkowy, ze wjezdza sie do niego ?od dolu?, a glówne szlaki wioda wzdluz koryta rzeki i w góre (w przeciwienstwie do np. Kanionu Bryce czy Kolorado, gdzie wjezdza sie na góre i spoglada i schodzi w dól). Po przekroczeniu bramy wjazdowej do Parku zostawilismy samochód na parkingu i poszlismy dalej na nogach. Na poczatku mozna isc ulica, która jezdza autobusy podwozace az do miejsca zwanego Swiatynia Sinanavy, a stad wiedzie juz zwykly pieszy szlak. My doszlismy do momentu, gdzie dalej trzeba przeprawic sie przez rzeke, najlepiej w wysokich po uda gumowcach, w które niektórzy byli wyposazeni. My za to zawrócilismy i w drodze powrotnej jeszcze raz podziwialismy piekne czerwone skaly stojace pionowo po obu stronach rzeki, cudnie ubarwione jesiennymi kolorami drzewa i krystalicznie czyste, glosno szemrzace, rwace wody rzeki Virgin. Widzielismy sarny pasace sie na drugim brzegu, nie robiace sobie nic z obecnosci ludzi, wiewiórki i plochliwe pregowce. Na skalach, nawet kilkaset metrów nad naszymi glowami zmagali sie z natura wspinacze, wygladajacy z naszej perspektywy niczym mrówki.

Zions jest przepieknym miejscem. Postanowilismy wrócic tu raz jeszcze przed wyjazdem.

Po wyjezdzie z Parku spedzilismy jeszcze z godzine w Springdale, miejscowosci pieknie usytuowanej u wrót Kanionu. Obejrzelismy pamiatki nawiazujace do sztuki miejscowych Indian, zobaczylismy rancho jeleni, teksanskich krów i sfotografowalismy biozna na jednym z wybiegów otoczonych metalowa siatka z napisem: ?Uwaga, bizon moze staranowac siatke?. Brr, sama jego glowa byla wielkosci calej Mlong chyba, az ciarki przeszly na mysl, iz móglby faktycznie sie wazyc. Ale i smutek ogarnial, kiedy pomyslal sobie czlowiek, ze kiedys zyly na wolnosci w stadach dochodzacych do setek tysiecy sztuk, podobnie jak i jelenie hodowane dzis jak kazde inne bydlo.

Po drodze ze Springdale do St. George zatrzymalismy sie w malym turystycznym niby - miasteczku z Dzikiego Zachodu, w którym domki zostaly wybudowane w proporcjach niczym z komiksów o Lucky Luke?u. Wygladaly bardzo komicznie i bajkowo w swietle zachodzacego slonca; jedna z niewielu sztucznych, zaaranzowanych atrakcji czysto ?pod turystów?, która nam sie wydala calkiem fajna. Dalej minelismy farme strusi, zatrzymalismy sie raz jeszcze przy rzece i obejrzelismy koncówke zachodu slonca nad piekna panorama La Verkin, miasteczka bajecznie usytuowanego wsród czerwonych i popielatych skal. Wspanialy dzien.

Nastepnego ranka wyjechalismy do Mesquite, miasta w Nevadzie oddalonego o jakies 45 minut, najblizszego bastionu hazardu od St. George. Mieszkancy tej czesci Utah uzywaja zartobliwego okreslenia ?Mesquite Run? (bieg do Mesquite). Oznacza ono wypad na impreze, do kasyna lub po prostu na pijacki wieczór, jako ze w Utah nie ma zbyt wielu barów. Mlodzi ludzie chcacy sie w ten sposób zabawic, ?uciekaja? wiec do Mesquite. My przyjechalismy tutaj jednak na wystawe domów. Bylismy ciekawi nowoczesnych wystrojów wnetrz i innowacyjnych rozwiazan ekologicznych. Niektóre z 12 otwartych do zwiedzania domów oszczedzaly ponad polowe energii i byly o kilka razy bardziej przyjazne dla srodowiska. Oszczednosc energii jest obecnie modna w Stanach, przede wszystkim zapewne ze wzgledu na kryzys. Domki byly bardzo ladne, a cala wystawa ciekawa.

Wieczorem tego samego dnia poszlismy zobaczyc jedna z bardziej znanych atrakcji Halloween?owych ? labirynt w polu kukurydzy. Znajdowalo sie ono na autentycznej farmie w hrabstwie Washington (Utah). Po wykupieniu biletu mozna bylo zwiedzic cala farme, przejechac sie traktorem i obejrzec rzezbione dynie. Do labiryntu zabrala nas bryczka z belkami slomy zamiast siedzen. Bylismy troche zawiedzeni, ze bylo tylko jedno wejscie, ?kto by sie tu zgubil? ? myslelismy. Spodziewalismy sie, ze trzeba bedzie znalezc wyjscie po drugiej stronie i ze na tym wlasnie polega caly koncept. Ale i tak udalo nam sie zgubic i to na dluzsza chwile.

Kolejnego dnia pojechalismy do Snieznego Kanionu, polozonego bardzo blisko miasta, moze jakies 5 -10 minut dalej od jego granic. Jest to kolejne piekne, malownicze miejsce Utah. Skaly przechodza tu niczym falami z czerwonych w biale a na koniec czarne, wulkaniczne. Spacerowalismy przez pól dnia, nie mogac sie nadziwic wspanialej fantazji natury. Dotarlismy do bardzo waskiej i wysokiej jaskini, w której kobiety indianskiego plemienia Anasazi pozostawily wykute w skale nascienne rysunki. Niezwykle, magiczne miejsce, jak caly Sniezny Kanion.

W drodze powrotnej skrecilismy na osiedle Kayenta w miejscowosci Ivins, które przykulo nasza uwage swoja niepozornoscia. Wlasciwie trudno je nawet zauwazyc. Domy, specjalnie zaprojektowane w stylu ?pueblo? wtapiaja sie w tlo kolorowych skal. Podobala nam sie koncepcja, choc Mlong nie do konca mogla sobie wyobrazic mieszkanie w sasiedztwie jedynie pustynnych stworzen, szczególnie tych pelzajacych.

Po powrocie do St. George zwiedzilismy jego niewielkie centrum. Jest ono bardzo przyjemne i zadbane, ulice sa szerokie, a budynki siegaja maksymalnie dwóch pieter. Jedyna budowla górujaca w jego panoramie jest sniezno ? biala, smukla, wysoka swiatynia mormonska. Glówna czesc nie jest udostepniona do zwiedzania, w przyswiatynnym centrum dla odwiedzajacych mozna jednak zobaczyc zdjecia jej wnetrz i dowiedziec sie wszystkiego o tej religii, czy to z opowiesci pracujacych tam wolontariuszy, czy z wystawy, czy tez z filmów granych w kilku malych salach kinowych.

Poniewaz w samym miescie nie ma az tyle do zwiedzania, wybralismy sie jeszcze raz poza nie. Pojechalismy w strone Leeds, gdzie pospacerowalismy po dawnej kopali srebra (tylko na zewnatrz, tunele nie wygladaly zbyt stabilnie) i miasteczku, które dawniej przy niej stalo. Pozostawiono tu nawet kilka zabytkowych budynków, takich jak kosciól i bank.

Nazajutrz mielismy jechac do Kanionu Kolorado, na jego pólnocna krawedz, ale dowiedzielismy sie, iz wjazd moze byc zamkniety ze wzgledu na opady sniegu. Troche zawiedzeni postanowilismy zmienic plany i pojechalismy do Narodowego Pomnika USA Cedar Breaks. Po drodze zatrzymalismy sie w uroczym miasteczku Cedar City, gdzie poczulismy sie prawdziwie jak na wspólczesnym Dzikim Zachodzie. Pelno jest wielkich rancho, a ich wlasciciele wciaz nosza kapelusze cowboyskie.

Najbardziej niesamowite jest tez to, ze wystartowalismy tego dnia rano z pustyni z 25 stopniami Celsjusza; w Cedar City, niecala godzine jazdy dalej po pustyni nie bylo juz sladu, wszystko jest tu zielone, a po juz w polowie drogi w góre do Cedar Break zastalismy warstwe sniegu! Bylismy zachwyceni. Dojechalismy do Brain Head, znanego z dobrych tras narciarskich i jak dzieci wyskoczylismy na snieg by porzucac sie kulkami. Pierwszy punkt widokowy na Cedar Breaks zaparl nam dech w piersiach. Ogromne urwisko z czerwonymi skalami pokrytymi sniegiem tu i ówdzie, z zielonymi sosnami dookola i w dole. Ogromne kontrasty dodaja dramatyzmu tym widokom. Cudny widok, którego nie da sie opisac slowami. Zatrzymywalismy sie na kazdym z punktów widokowych dookola, a kazdy z nich byl inny. Przy ostatnim, gdzie znajdowalo sie zamkniete juz o tej porze roku centrum dla odwiedzajacych, wybralismy sie na dluzszy spacer szlakiem prowadzacym do (tez pustego juz) pola namiotowego. Co za wymarzone miejsce na kemping! Gdzie sie czlowiek nie obróci, to inny, coraz ladniejszy krajobraz. Niestety obuwie mielismy troche nieodpowiednie na dalsze brodzenie po sniegu, wyszlismy zatem z powrotem na górna krawedz i obszernym kólkiem wrócilismy n parking. W drodze powrotnej do Cedar City zatrzymywalismy sie jeszcze wiele razy, to na olbrzymiej lace, wygladajacej jak zielone jezioro, to przy bystrym strumyku pelnym zóltych lisci jesiennych drzew, to przy kolejnych imponujacych formacjach skalnych i w sanktuarium orlów, w którym leczy i przygarnia sie niesprawne ptaki.

Na koniec tego fascynujacego dnia zwiedzilismy muzeum na Farmie Johnsonów w St. George, w którym zobaczylismy odciski stóp dinozaurów zyjacych w tym miejscu 195 ? 197 milionów lat temu.

Ostatni dzien w Utah spedzilismy po raz kolejny w Parku Zions, a wydal nam sie on jeszcze piekniejszy. Byc moze dzieki ladnej, slonecznej tego dnia pogodzie. Az nam sie nie chcialo odjezdzac póznym popoludniem.

Wyjezdzajac ze Springdale tym razem skrecilismy na Droge Anasazi (nazwa plemienia Indian), na której koncu odkrylismy osiedle kilku domów usadowione na samym szczycie wzgórza z panorama na Zions. Co za lokalizacja na dom! Widoki pierwsza klasa. Zaparkowalismy tu samochód i poszlismy na niedlugi spacer, podziwiajac zachód slonca nad tym pieknym kanionem.

Stan Utah jest zachwycajacy, a my przeciez widzielismy tylko jego skrawek, ile jeszcze cudownych zakatków musi w sobie kryc...


Vegas Baby!


W Las Vegas postanowilismy spedzic tylko jeden dzien, z pierwotnie planowanych dwóch, a pojechac za to do Doliny Smierci.

U obrzezy miasta znajduje sie baza Sil Powietrznych USA Nellis, przez co nad naszymi glowami przelecialo kilka samolotów F16.

W samym Vegas wiekszosc najwiekszych i najbardziej znanych kasyn ulokowana jest wzdluz glównej promenady: Las Vegas Strip (LV Boulevard). Jest to super ? kiczowata, kolorowa, lsniaca tysiacem neonów ulica. Wieza Eiffela stoi tu kolo Wenecji (The Venetian), a zamek Ekskalibura miedzy piramida, Sfinksem, a Statua Wolnosci. Niektóre kasyna sa kolorowe, oplecione kolejka górska, a niektóre cale zlote. Weszlismy do Venetian, gdzie zobaczylismy gondolierów plywajacych po sztucznych kanalach pod niebem wymalowanym na suficie. Zagralismy na jednorekim bandycie (Mlong nawet wygrala 2 $, które od razu potem przegrala wink.gif ), zjedlismy ?wloskie? lody i wyszlismy na Strip. Przechadzajac sie tym bulwarem czlowiek atakowany jest zewszad reklamami przez glosniki, a wszystko jest tak skonstruowane, by przyciagalo wzrok w odpowiednia strone. Podlogi w kasynach wylozone sa bardzo kolorowymi wykladzinami, tak by oczy meczyly sie patrzeniem na nie, a sufity sa bardzo nudne ? tak by wzrok byl caly czas na pozadanym poziome, to jest na maszynach i stolach do gry. Jedynym pokazem który faktycznie nam sie spodobal byl taniec fontann w rytm piosenki Sinatry przed kasynem Bellagio.

Innym kasynem, które zobaczylismy od srodka, dla porównania, byl Luxor. Tematyka egipska rodem z grobowców i brak okien daja dosc ponure i przygnebiajace wrazenie. Poczulismy, ze zwiedzania kasyn mielismy zdecydowanie dosc.

Pojechalismy wiec do Rezerwatu Przyrody Springs, o którym czytalismy w Internecie. Mialo bys to miejsce pokazujace jak zyc w srodowisku pustynnym, wykorzystujac dostepne zasoby i w zgodzie z przyroda, ale w sumie bardzo sie zawiedlismy. Oczekiwalismy rewolucyjnych rozwiazan wprowadzonych w zycie i mnóstwa ciekawych pomyslów. Zastalismy kilka przyjemnych, ale wysoce zwyczajnych ogródków, informacje wypisane na tablicach i przyklady materialów, jakie mozna uzyc alternatywnie do naturalnych, ale które nie przekonaly nas, by mialy byc przyjazne srodowisku. Czy wylozenie podwórka plastikowa trawa to posuniecie ekologiczne? A moze by tak pokazac kilka ogródków pustynnych, oszczedzajacych cenna wode a wykorzystujacych lokalne zasoby i rosliny? Nic takiego nie widzielismy, bylo niby kilka kaktusów, ale ledwo widocznych spod dekoracji na Halloween. Do tego zgorszyl nas juz calkowicie plastikowy plot ogradzajacy cala wystawe, wielkie reflektory swiecace nad parkingiem w bialy dzien oraz przymusowe wyjscie przez sklep z pamiatkami. Wszystko to zakrawalo na jedna wielka hipokryzje, na pewno nie warta 17 $ za wstep!

Ogólnie Vegas jest moze i ciekawe, ale to nie nasze miejsce?


Dolina Smierci


W drodze z Las Vegas do Doliny Smierci rozpetala sie wichura, która po kilku kilometrach (czy powinnismy napisac ?milach?? wink.gif ) zostawilismy za soba, ale która caly czas deptala nam po pietach. Po skrecie z Baker w Kalifornii w kierunku na nasz dzisiejszy cel widzielismy przed soba dluga, pusta, znikajaca na horyzoncie droge i taka sama za nami - tyle ze znikajaca w zamieci piaskowej. Czulismy sie jak u kranca cywilizacji.

Jazda troche sie nam dluzyla, pewnie glównie przez niezmienny krajobraz, który choc ciekawy (pustynny ze skalami i wzgórzami w tle), godzinami wydawal sie taki niezmienny. W radio puscilismy sobie muzyke country, bo choc nie specjalnie przepadamy, to wydala nam sie, glównie z nudów, strasznie na miejscu wink.gif. Ostatnim ludzkim osiedlem przed sama Dolina bylo Heath Valley Junction. Miejscowosc wygladala jak zapomniane przez swiat miasteczko z lat 50-tych: jeden bar, jedna stacja benzynowa, zamkniety motel z oknami zabitymi deskami, starenka ciezarówka rdzewiejaca pod drzewem i kilka przyczep kempingowych.

Pani na stacji benzynowej trzy razy zapytala nas ?jak nam dzis leci?. Za kazdym razem lecialo nam ?swietnie?.

Wreszcie dotarlismy do celu. Juz u samego wjazdu do Doliny bylismy zachwyceni. Widoki byly bardzo surowe i bardzo piekne przez cala jej dlugosc. W punkcie widokowym Zabrskie Point ukazaly nam sie skaly zlozone z róznokolorowych warstw. Dalej widzielismy wawozy, okresowe slone strumyki, popekane na sloncu, bialo zabarwione sola dno wyschnietego jeziora. Jest to najwieksza depresja Ameryki Poludniowej (86 m ponizej poziomu morza) i jedno z 14 najnizej polozonych miejsc na swiecie. Jest tez najbardziej suchym miejscem na tym kontynencie i jednym z najgoretszych na calej kuli ziemskiej. Temperatury siegaja tutaj ponad 50 stopni Celsjusza. Wiec chyba mielismy szczescie, ze tego dzis bylo tylko okolo 25 stopni ©.

Nazwe swa Dolina zawdziecza pierwszym osadnikom, którzy przybyli tu w czasach goraczki zlota i ledwo uszli z zyciem z powodu braku wody pitnej i skwaru.

Najpiekniejszym miejscem wydala nam sie tzw. Paleta Artystów: wymyslne, wielokolorowe (zólto ? brunatno ? czerwono ? fioletowo ? zielone) formacje skalne, prezentujace sie niesamowicie na tle czystego, blekitnego nieba. Piekne. Duze wrazenie robi tez wyschniete jezioro Badwater z wielkimi, popekanymi platami ziemi, bialymi w srodku od soli. Wysoko, wysoko na skalach nad naszymi glowami widzielismy namalowana biala linie, wskazujaca poziom morza. Podobnie do Badwater wyglada Pole Golfowe Diabla, z takimi samymi zeschnietymi brylami, jedynie nieco mniej zasolonymi.

Dolina Smierci jest bardzo wyjatkowym miejscem, zdecydowanie wartym nadrobienia kilkudziesieciu kilometrów, by je zobaczyc.

Nam droga powrotna z Doliny dluzyla sie nieporównywalnie bardziej niz do niej, bylo w koncu juz ciemno, pustynna monotonia zastapila wiec ciemna pustynna monotonie. Ale do Sun City w Kalifornii dotarlismy szczesliwie jeszcze tego samego wieczoru.


Kalifornia: opuszczamy piaty kontynent


Ostatni dzien w Kalifornii spedzilismy na robieniu wszystkiego i niczego. Bylismy na zakupach, na spacerze po okolicy, cos zjesc, znów na spacerze? Wszedzie, byleby tylko nie zaczac pakowania sie i przygotowywania sie do wyjazdu, bo to oznaczaloby praktycznie koniec naszej wyprawy? Jeszcze tylko skok przez Atlantyk, krótkie wizyty w Anglii i Irlandii i? powrót do domu. Opuszczajac Ameryke, opuszczalismy piaty i ostatni kontynent na naszej trasie dookola swiata. Ladujac w Londynie kólko mialo sie zamknac.

Postanowilismy nacieszyc sie tym przedostatnim dniem w Ameryce i zostawic pakowanie na jutro. Tak tez zrobilismy, ale dzien nieublagalnie dobiegl konca i ani sie nie obejrzelismy, a juz jechalismy na lotnisko LAX w Los Angeles. Po drodze jeszcze podniósl nam sie poziom adrenaliny, poniewaz troche sie zgubilismy przegapiajac zjazd na lotnisko, ale stety czy niestety wink.gif ? zdazylismy. Do zobaczenia Ameryko. Zdecydowanie do zobaczenia.


ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ:

www.mclong.webs.com

entry Nov 18 2009, 09:35 AM
Na Wyspy Cooka dotarliśmy dzień wcześniej niż wystartowaliśmy z Nowej Zelandii ? ze względu na przekroczenie międzynarodowej linii zmiany daty. Wylecieliśmy 3go a wylądowaliśmy 2go. Także nie tylko odmłodnieliśmy o 1 dzień, ale i zyskaliśmy 24 godziny na zwiedzanie. Jak dla nas ? super! wink.gif

Na lotnisku przywitał nas śpiewak przygrywający na ukulele. Od razu poczuliśmy się jak na egzotycznym miesiącu miodowym. Pogoda była cudna, bardzo ciepło, ale nie gorąco, przyjemna, delikatna bryza morska. Zaraz po wyjściu z hali przylotów ustawione było kilka kontuarów z informacją turystyczną, a ich pracownicy wychodzili naprzeciw turystom. Pan, który zapytał nas gdzie mamy zarezerwowany pokój, skierował nas do mini-busika, którego kierowca ? właściciel naszego hostelu, za darmo zawiózł nas na miejsce, choć nawet się z nim nie umawialiśmy.

Zatrzymaliśmy się w hostelu Backpakers International na południu wyspy. Bardzo prosty i surowy, ale miał wszystko czego potrzeba, czyli łóżka, prysznice (z reguły tylko zimne) i kuchnię. Poznaliśmy wielu fajnych ludzi i mieliśmy niedaleko do plaży.

Wiedzieliśmy, iż wyspa ta jest niewielka, prawie okrągła i składa się z plaż przy lagunie dookoła i gór w środku, ale zaskoczeni byliśmy rozmiarem tych wzniesień. Są bardzo spiczaste i dużo większe niż się spodziewaliśmy. Porośnięte gęsto tropikalną zielenią majestatycznie spoglądają w dół na turkusową, pełną kolorowych ryb i koralu lagunę i duże, granatowo ? białe fale rozbijające się u jej krańca daleko u brzegu. Dokładnie widać, gdzie kończy się laguna, a to przez różnicę kolorów: woda z turkus przechodzi w granat. Na plażach rosną palmy, piasek jest biały i miękki, a gdzie niegdzie składa się ze skruszonego koralu, przez co jest trochę bardziej gruboziarnisty i szorstki w dotyku. Jedyne mniej przyjemni z wyglądu mieszkańcy laguny to strzykwy, przypominają grube gąsienice, tylko są dużo większe i czarne ? ponoć lokalny przysmak. Usadawiają się na dnie, nawet bardzo blisko brzegu, a często leżą na plaży wyrzucone przez fale. Ale nie martwcie się, przeżywały nawet to, niezłe z nich skubańce ? odrastają nawet po tym, jak ktoś je wypatroszy.

Kolejnym zaskoczeniem były dla nas gekony. Przyzwyczailiśmy się do nich w Azji, ale tutaj ? niesamowite ? wydają one głosy! Takie przenikliwe wysokie tony, kiedy ?walczą? o terytorium. Było ich w naszym hostelu pełno. Śmieszne to stworzonka, które można długo obserwować i się nie znudzić.

Po rozpakowaniu paru rzeczy (mogliśmy to wreszcie zrobić, jako że zostawaliśmy w jednym miejscu przez cały tydzień) wybraliśmy się na plażę. Ta niedaleko hostelu była bardzo ładna, choć dość wąska. Im bardziej na wschód, tym plaże stawały się szersze, ale i gęściej ?zaludnione?.

Większość zabudowań na wyspie skupia się wzdłuż linii brzegowej, przy głównej ulicy. Kursują tylko dwa autobusy: jeden zgodnie, a drugi przeciwnie do ruchu wskazówek zegara. Orientacja jest tu bardzo łatwa. Miasto, Avarua, stolica Wysp Cooka, ulokowało się na północy wyspy. Znaleźć tu można dwa (z trzech w całym Rarotonga) duże supermarkety, pocztę, posterunek policji, uniwersytet, bibliotekę, port itd. Co weekend odbywa się tu także ?targ kulturalny?, gdzie kupić można rękodzielnictwo i smakołyki domowej roboty. Budynki rządowe są małe i niepozorne, niczym większe domy. Na południu i wschodzie znajdują się najpopularniejsze hotele i resorty, jako że plaże są tam najładniejsze i najlepiej dostępne. W małych sklepikach rozrzuconych dookoła wyspy kupić można tylko podstawowe produkty. Ogólnie jest dość drogo, ceny porównywalne z nowozelandzkimi. Bierze się to stąd, że choć nie jest to zbyt bogaty kraj, to niemal wszystko trzeba importować drogą morską.

Bardzo wiele jest kościołów, najróżniejszych wyznań, niektóre bardzo ciekawe architektonicznie, szczególnie te najstarsze. Przy niektórych znajdują się cmentarze, ale większość grobów umieszczona jest przy domach, w ogródkach, gdzie rodzina może się o nie troszczyć na co dzień. Panuje tutaj silny kult przodków. Kwestią honoru jest wyuczenie się na pamięć i recytowanie całego swojego drzewa genealogicznego.

Wewnątrz wyspy, u podnóża gór, znajdują się poletka rolnicze. Są one często bardzo rozdrobnione, ze względu na skomplikowany, skrupulatnie przestrzegany system dziedziczenia. Nierzadko zdarza się więc, że ktoś ma kilka drzew papai po jednej stronie wyspy, ziemniaki po drugiej, itd. Wytłumaczyli nam to właściciele naszego hostelu, których non-stop spotykaliśmy podczas spacerów w najróżniejszych zakątkach wnętrza lądu, zbierających swoje plony na kolację. Podczas pogaduszki przy jednym z ich poletek Clong zapytał naszą gospodynię, Anny, czy są to dzikie warzywa. ?Nie ? odpowiedziała ? po prostu o nie nie dbamy?. Ups?

Pierwsze cztery dni na Rarotonga spędzaliśmy po trochu pływając w morzu, a po trochu spacerując wśród domów i pól oraz po wzgórzach wewnątrz wyspy. Odkryliśmy wiele bardzo uroczych zakątków, takich jak wodospad Wigmore; zachwyciła nas panorama wyspy widziana z góry, podobnie jak codziennie inne zachody słońca na plaży. Im bardziej w głąb lądu, tym więcej komarów, bardzo malutkich, ale i bardzo natarczywych. Trzeba koniecznie stosować jakiś środek przeciwko nim, bo w przeciwnym razie człowiek zostałby chyba zjedzony żywcem.

Na ostatnie trzy dni wypożyczyliśmy skuterek, ponieważ chcieliśmy wieczorami pojechać do miasta, a autobusy nie kursowały zbyt często w nocy. Co prawda bez problemu łapaliśmy jak dotąd stopa, ale w dzień; nie sądziliśmy, by było to takie łatwe w nocy, tutaj, gdzie nie ma oświetlenia ulicznego.

Zagraniczne prawo jazdy nie jest uznawane na Wyspach Cooka, więc jedno z nas, padło na Clonga, musiało wyrobić sobie tutejsze ?prawko?. Egzamin przeprowadziła pani z wypożyczali. Trwał on jakieś 3 minuty, kosztował 2 dolary (NZD). Polegał na załączeniu silnika, przejechaniu w linii prostej 20 metrów i zawrócenia. Egzaminatorka wypisała na miejscu papierek i wręczyła go Clongowi: ?Gratuluję. Nie spadł pan z motoru, więc pan zdał.? Załatwione.

Z własnym środkiem lokomocji mieliśmy dużo zabawy i zobaczyliśmy pozostałe zakątki wyspy, jest ona naprawdę mikroskopijna: liczy jedynie 67,1 km?.

W czwartek wieczór wybraliśmy się na folklorystyczny pokaz muzyki i tańca, którego jak wszyscy znajomi w Nowej Zelandii nas przekonywali, nie mogliśmy przegapić. Wybraliśmy taki bez kolacji, czyli najtańszy (5 NZD), w klubie Staircase. Faktycznie, warto było go obejrzeć. Głównym instrumentem były bębny i pate? (coś na kształt drewnianej rury ze szczeliną wzdłuż, w którą uderza się pałeczkami). Muzyka bardzo szybka, energiczna i donośna. Tradycyjnie ubrani tancerze mieli przepasane kępy kolorowych frędzli z trawy wokół talii i kolan, natomiast tancerki tylko wokół talii, ale dłuższe. Ich biustonosze zrobione były ze skorup kokosa. Do pozostałych ozdób należały wielkie, kolorowe pióropusze, naszyjniki i ozdoby z muszli. Prezentowali się przepięknie, a tańczyli z taką energią, zapałem i w tak szybkim tempie, że wprawili w zachwyt całą publikę. Każdy gest i ruch ma tu jakieś znaczenie, każdy rytm coś odzwierciedla. Osobiście byliśmy pod wielkim wrażeniem. Już dawno się tak dobrze nie bawiliśmy i dawno nasze nogi nie rwały się tak do pląsów. Taniec z Wysp Cooka, podobny do wielu innych polinezyjskich tańców, podkreśla ich tradycyjną, dawniej kultywowaną strukturę społeczną, gdzie kobieta ma być powabna, delikatna i pełna seksapilu, a mężczyzna nieustraszonym, silnym wojownikiem. Tancerze zaprezentowali nam tradycyjne powitanie, które przez uderzenia w nogi i wystawianie języka, wydały nam się raczej przerażające niż zachęcające do odwiedzin wink.gif. Większość z nich zdawała się przy tym naprawdę czerpać wiele radości z tego tańca, a ich entuzjazm był zaraźliwy. Ogromnie nam się spodobało. Przez cały wieczór po pokazie ta elektryzująca, rytmiczna muzyka grała nam w głowach. Postanowiliśmy zobaczyć ich jeszcze raz następnego wieczoru. Tak też zrobiliśmy. Okazało się, że w piątki występuje inna grupa. Pokaz był tak samo zachwycający. Tym razem na koniec jednak lider grupy zapowiedział, iż teraz wybrańcy z publiki będą mieli okazję nauczyć się podstawowych kroków. Od razu wyobraziliśmy sobie, jak komiczne to będzie, nie ma bowiem szans, by amator zdołał tak szybko poruszać biodrami i kolanami (dodatkowo zachowując przy tym niemal nieruchomą górną część ciała). Nikt prócz nich nie nadążyłby za rytmem. Już więc zaczynaliśmy brać odwet do toalety, gdy ręka jednego z tancerzy zacisnęła się na nadgarstku Mlong. ?Nie, nie, ja nie umiem?? ? próbowała się wymigać, ale nic to nie dało oczywiście. Z mikrofonu cała publika usłyszała: ?Gdy wojownik wybierze cię do tańca wskazując cię prawą ręką, nie możesz odmówić!? Wszystkie oczy spotkały się z przerażonym wzrokiem Mlong, dla której już nie było odwrotu. Jako pierwsza więc musiała na scenie zaprezentować czego nauczył ją jej nauczyciel w super przyspieszonym kursie, czyli w trzech słowach. Gdy rozległa się muzyka, w bezlitośnie szybkim rytmie, a jakże, Mlong coś tam próbowała, coś tam się starała, ale jej instruktor tylko przekrzykiwał instrumenty: ?Szybciej, szybciej! SZYBCIEEEEJJJJ!?. Clong, (podobnie jak reszta publiczności) miał wielki ubaw, a nawet zdradziecko nagrał film! Według Mlong miał on nigdy nie ujrzeć światła dziennego, ale jeszcze tego wieczoru w hostelu zwijaliśmy się ze śmiechu oglądając go kilkanaście razy. Co za wieczór?

Dowiedzieliśmy się, że w sobotnie ranki, na scenie ?targu kulturalnego? występuje czwartkowa grupa. Zdążyliśmy co prawda tylko na końcowe pokazy, ale zachwyceni byliśmy tak samo jak w dwa poprzednie dni.

Niesamowicie energiczni, pełni życia, entuzjazmu i radości są ci Rarotongańczycy. Co nie przeszkadza w tym, iż potrafią też znakomicie się relaksować, na odpoczynek zawsze musi być czas, a punktualność niewiele tu znaczy. Co za mądry i wywarzony styl życia?

Życie na tej wyspie wydawało nam się rajem: bardzo proste, zgodne z naturą, bogate w tradycję i pełne piękna. Plus oczywiście idealna pogoda przez okrągły rok, piękne góry i ciepły ocean.

Pewnego dnia uzmysłowiliśmy sobie jednak, jak wysoka jest cena za mieszkanie w raju.

Rejony te nawiedzane są huraganami, tsunami i innymi groźnymi zjawiskami, znacznie wzmożonymi przez ocieplanie się klimatu. Lekka zabudowa, skupiona blisko wybrzeża, nie sprzyja ochronie przed nimi. Dopiero co niedawno przeszło mordercze tsunami przez pobliskie Samoa i Tonga, które zgarnęło żniwo niemal 200 istnień ludzkich i dorobek życia niejednej i nie dwóch rodzin. Nie dziwne więc, że tego dnia, kiedy i Wyspy Cooka otrzymały wiadomość o trzęsieniu ziemi koło Vanuatu i ostrzeżenie o zbliżającym się tsunami, mieszkańcy wzięli je poważnie. My pływaliśmy właśnie przy plaży Muri na wschodzie wyspy, kiedy zauważyliśmy, że w ciągu dosłownie kilku minut plaża opustoszała. Wychodząc z wody zostaliśmy poinformowani przez jedną z miejscowych kobiet, iż nadano właśnie sygnał alarmowy o tsunami i że mamy się udać ?do góry?, w głąb wyspy, byle wyżej. Zmroziło nas. Nie mieliśmy wtedy skuterka, zebraliśmy się więc szybko i zaczęliśmy iść ?w głąb?. Nie mieliśmy jednak żadnego planu i prawdę mówiąc byliśmy mocno zdezorientowani. Miejscowi okazali się jednak bardzo troskliwi. Każdy mijający nas samochód zatrzymywał się i pytał czy wiemy, czy mamy dokąd pójść. Jedna z rodzin podwiozła nas do naszego hostelu, mimo że wóz buł już przepełniony. Od nich dowiedzieliśmy się też, że fala ma uderzyć za 3 godziny. Przynajmniej każdy będzie miał szansę uciec na wzgórza. Ale co z domem, zwierzętami i całą resztą?! Przerażająca myśl. Właściciele naszego hostelu zdecydowali, iż na razie poczekamy jeszcze, słuchając wiadomości, zanim zdecydujemy co robić. Na szczęście po około pół godzinie alarm został zniesiony. Później został jednak wznowiony i na koniec ostatecznie zniesiony. Chwile mrożące krew w żyłach. Co za szczęście nie do opisania, że nic się nie stało. Kamień spadł nam z serca i poczuliśmy ogromne wzruszenie patrząc w pełne ulgi oczy naszych gospodarzy. Oby nigdy nie musieli przechodzić przez nic podobnego. My, turyści, moglibyśmy spakować paszporty i parę rzeczy i pójść ?w góry?, uratować się i odlecieć po jakimś czasie do domu. Tutejsi mieszkańcy zaś, czekaliby, może i w miarę bezpiecznie, aż przejdzie to najgorsze, tylko po to by zejść potem do swoich posiadłości i ocenić nieuniknione straty.
Na świecie chyba jednak nie ma raju?.

ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ:

www.mclong.webs.com

entry Nov 3 2009, 03:36 AM
Marlborough Sounds

Z Wellington poplynelismy promem na Wyspie Poludniowej. Statek byl olbrzymi, a podróz wielce przyjemna. Przeplynelismy pomiedzy malowniczymi wyspami regionu Marlborough Sounds. Widzielismy nawet stadko delfinów figlujace przy brzegu i dookola jednej z zaglówek. Do portu w Picton dotarlismy po 3 godzinach. Stad chcielismy pojechac do Nelson, gdzie mielismy spotkac sie ze znajomymi, Peterem i Rinny, których poznalismy w RPA, a którzy zaprosili nas do siebie. Ku naszemu zaskoczeniu miasto bylo jednak jak wymarte, a ostatni (jedyny) autobus odjechal pare godzin wczesniej. Stojac na pustej ulicy nie wierzylismy, ze uda nam sie zlapac stopa, ale na szczescie sie mylilismy. Mezczyzna, który nas zabral musial co prawda najpierw odebrac swoja zone z Blenheim, lezacym w przeciwnym kierunku, ale nic to ?wazne ze w koncu dotarlismy do Nelson. Przy okazji po drodze zobaczylismy tez piekne krajobrazy i liczne winnice. W Nelson zadzwonilismy do Petera i zaczekalismy w barze, az odebral nas po jakiejs godzinie. Mieszkali, jak sie okazalo na cudownym odludziu w poblizu Mapua, z kilkoma tylko domami w zasiegu wzroku, na pagórku z widokiem na sady, winiarnie, ocean i góry. Cos pieknego!
Peter zabral nas do miasteczka Motueka, a Rinny do muzeum ?sztuki przeznaczonej do noszenia? i na wystawe starych samochodów w Nelson. Namówili nas, bysmy po powrocie z Parku Narodowego Abel Tasman wpadli jeszcze na dzien lub dwa. Bez zastanowienia sie zgodzilismy.
W miedzyczasie zarezerwowalismy sobie w Departamencie Konserwacji dwa noclegi w chatkach na trasie w Abel Tasman (bez rezerwacji nie da sie w zostac na noc w Parku ani w schroniskach ani na polu namiotowym). Udalo nam sie nawet zalapac na duzo nizsze ceny, jako ze sezon jeszcze sie nie zaczal (12 NZD / os. zamiast 30 NZD / os. w sezonie). Chcielismy tez wypozyczyc kajaki, ale nie udalo nam sie ze wzgledu na zbyt wzburzone warunki na morzu. Postanowilismy powedrowac wiec pieszo.


Abel Tasman


Peter i Rinny nie tylko zawiezli as pod sama brame Parku Narodowego Abel Tasman, ale nawet przeszli z nami pierwsza godzine. Pózniej zawrócili, a my ruszylismy dalej.
Abel Tasman to miejsce, o którym marzylismy juz od dawna. Nie rozczarowalo nas ono ani troche, a wrecz przeciwnie. Jest to park polozony wzdluz brzegu morskiego nad zatokami Golden Bay i Tasmana., a przybrzezny szlak wiedzie raz przez las na wzgórzach, a raz przez plaze. Jest to bardzo lekka trasa, ale naprawde ciezko zmusic sie do ruszenia z miejsca, kiedy co kilka minut wzrok przykuwa jakis piekny widoczek, zapierajacy dech w piersiach, od którego nie sposób sie oderwac. Chcialoby sie usiasc na kamieniu i nie ruszac do zmroku, a noca kontemplowac niebo pelne gwiazd i te specyficzne zapachy mchu, paproci i czego tam jeszcze? Nie do opisania slowami.
Pierwszego dnia wyruszylismy z Marahau i doszlismy do Anchorage. Droga byla piekna, najpierw przez estuarium pelne ptaków i ryb, porosniete czesciowo szuwarami, pózniej przez las, kilka cudnych punktów widokowych i plazy. Na noc zatrzymalismy sie w prostej chatce (bez prysznica i temu podobnych luksusów, ale z toaletami i pitna woda) przy samej plazy w Anchorage. Chaty sa swietnie utrzymane przez Departament Konserwacji. Ta skladala sie z dwóch pomieszczen z podwójnym podestem i materacami dla 24 osób oraz z kuchni, wyposazonej w stól i maly piecyk do ogrzania sie. Nie ma koszy na smieci, gdyz wszytki odpadki trzeba wyniesc ze soba poza park. Jest faktycznie bardzo czysto. Nie ma tez rzecz jasna zadnych sklepów, jedzenie i caly ekwipunek tez trzeba wiec miec ze soba. Obok znalezlismy szope z drewnem, wiec wieczór spedzilismy przy ognisku piekac jablka, liczac gwiazdy i nasluchujac morza. Wspanialy dzien i równie wspanialy wieczór! Rano wybralismy droge na skróty, co umozliwil odplyw. Trzeba bylo co prawda przejsc przez kilka strumyków, a woda byla lodowata, ale przynajmniej poczulismy, ze zyjemy. No i zyskalismy jakas godzine. Doszlismy do Bark Bay, skad lódka (tzw. wodna taksówka) poplynelismy do Totaranui, i stamtad dalej pieszo do Whariwharangi, gdzie zostalismy na noc w podobne chatce jak poprzedniego dnia. Droga do Bark Bay przypominala ta do Anchorage i byla przepiekna. Musielismy miedzy innymi przejsc przez wiszacy most, z którego rozciagal sie malowniczy widok na doline rzeki Falls. Widoki z lodzi byly tak samo sliczne, widzielismy wyspe fok i piekne wybrzeze od strony morza. Za to droga do Whariwharangi okazala sie jeszcze bardziej niesamowita! (Choc trudno nam w to bylo uwierzyc). Szlak byl calkiem pusty, tak samo jak mijane laki i plaze. To fantastyczne uczucie byc tylko we dwójke na olbrzymiej, bajkowej plazy. Choc musze sie poprawic: raz towarzyszyla nam foka plywajaca wzdluz brzegu oraz kilka razy bialo ? czarne ptaki, zawsze w parach, spiace na jednej nodze na piasku. Przed snem znowu palilismy ognisko, choc za jakis czas do wnetrza zagonil nas deszcz. Padalo przez cala noc, takze nastepnego dnia brodzilismy w blocie, ale nic nie moglo zaklócic naszej euforii bycia w tym przecudownym miejscu. Wrócilismy do Totaranui, tym razem szlakiem tzw. sródladowym ? z pieknymi widokami rozciagajacymi sie z wyzszych wzniesien, a stamtad lódka wrócilismy do Marahau. Po drodze widzielismy jeszcze albatrosa, bardzo imponujace ptaszysko.
Te trzy dni spedzone w Abel Tasman byly niezapomniane i przekroczyly nasze wyobrazenie o unikalnosci i urodzie tego miejsca. Spelnilo sie nasze kolejne marzenie. Los nam sprzyja smile.gif
Po powrocie z Parku spedzilismy jeszcze swietny wieczór u Rinny i Petera, degustujac wina z malych, kameralnych miejscowych winnic; a nastepnego dnia, po rzewnym pozegnaniu, zabralismy nasze plecaki i dodatkowa tone wyjatkowych wspomnien i wyruszylismy autobusem do Blenheim. Stad zlapalismy stopa do Kaikour?y.


Kaikoura


Do Kaikour?y przyjechalismy by zobaczyc wieloryby. Nie udalo nam sie co prawda wybrac na wycieczke statkiem, z którego mozna je podziwiac z bliska (cena 145 NZD za osobe (!) powalila nas po prostu z nóg), ale zobaczylismy je z brzegu. Wynurzaly sie majestatycznie w oddali by zaczerpnac powietrza. Zwierzeta te sa takie fascynujace. Przesiedzielismy pare godzin na kamienistej plazy wytezajac wzrok obserwujac kaszaloty, które sa w wodach Kaikour?y czestymi goscmi. Rewelacja.
Póznej poszlismy na dlugi spacer wzdluz brzegu, wracajac do naszego hostelu przez miasteczko. Kaikoura warta jest odwiedzenia nie tylko ze wzgledu na wieloryby, ale i na naturalne piekno. Jasno niebieskie, spienione fale z hukiem rozbijaja sie o szeroka i w nieskonczonosc ciagnaca sie plaze z ciemnych kamieni, wyrzucajac na nia kawalki gigantycznych wodorostów i najrozmaitsze muszle. Miasteczko jest niewielkie, prowincjonalne i robi wrazenie spokojnego, klimatycznego miejsca zyjacego z morza. Nad nim zas króluja, pokryte podczas naszej wizyty sniegiem, góry siegajace sporo ponad 2000 m n.p.m. Bardzo piekny, elektryzujacy widok.
Na drugi dzien wypozyczylismy rowery i pojechalismy zobaczyc kolonie fok z gatunku kotik nowozelandzkich. Pierwsza, malutka zobaczylismy z dala od reszty stada, na przeciwnym brzegu zatoki. Spala sobie na krawezniku, tuz przy ulicy. Dobrze, ze ruch jest tutaj znikomy. Taka indywidualistka. Reszta jej ziomków wylegiwala sie na skalach po drugiej stronie. Ich bardzo sympatyczne pyszczki jakos nie pasuja do tych nieraz ponad dwu ? metrowych cielsk i wielkich zebów. Z poczatku nie latwo je dostrzec z daleka, gdyz swietnie wtapiaja sie w otoczenie. Ale jak juz sie je zauwazy, pojawiaja sie nastepne. Z koloni fok prowadzi tez bardzo malownicza sciezka po pobliskim wzniesieniu, z której rozciaga sie piekna panorama Kaikour?y: malej kropki na tle oceanu i gór.
Jeszcze tego samego dnia, po powrocie, póznym popoludniem zebralismy sie i wyruszylismy do Christchurch. Stopa znowu zlapalismy prawie od razu. (Nowa Zelandia kwalifikuje sie do miana raju autostopowiczów).


Christchurch


W Otautahi, jak Maorysi nazywaja Christchurch, zatrzymalismy sie znowu w hostelu Base, bo z jego filia w Taupo zrobila na nas bardzo dobre wrazenie, tak samo jak niskie ceny i swietna lokalizacja w samym centrum. Bylismy dosc zmeczeni, wiec spacer tego wieczoru ograniczylismy do Placu Katedralnego i jego kilku przecznic.
Wiecej zobaczylismy nastepnego dnia. Zwiedzilismy Katedre, troche zbyt komercyjna jak na nasz gust, Centrum Sztuki, budynki dawnego uniwersytetu z pracowniami artystycznymi i kawiarenkami oraz ogród botaniczny. Przeszlismy tez przez jedna ze starszych dzielnic mieszkalnych w sródmiesciu, z okazalymi kolonialnymi domami.
Christchurch wywarlo na nas bardzo pozytywne wrazenie. Zycie tutaj wydaje sie nie tylko kuszaco bliskie wielu cudom natury, ale i aktywne, acz nie za szybkie i bogate w zycie kulturalne. Tak nam sie przynajmniej wydaje, bo na potwierdzenie naszych odczuc niezbyt wiele mielismy czasu - juz drugiego dnia odlecielismy z powrotem do Auckland.


Auckland


Tym razem w Auckland zatrzymalismy sie u Lorenzo i jego rodziny, którzy ugoscili juz ponad setke Couch ? Surferów. Razem z nami w ich goscinnym mieszkaniu zatrzymala sie para podrózników z Austrii. Wszyscy mieli tyle ciekawych rzeczy do opowiedzenia, ze prawie nie zostalo nam czasu na zwiedzanie. Ale nie zalowalismy, spedzilismy w domu naszych gospodarzy swietne chwile. Wieczorem drugiego dnia pojechalismy autobusem miejskim do centrum i troche pospacerowalismy. Mielismy zamiar obejrzec panorame miasta z wiezy Sky Tower, ale znowu zniechecila nas wysoka cena wstepu. Zamiast tego poczreptalismy do portu, poszlismy na lody i w sumie nic sensacyjnego juz nie zobaczylismy.
Nie pozostalo nic innego jak spakowac sie i pozegnac z Nowa Zelandia. Nastepnego dnia w poludnie wylecielismy na Wyspy Cooka.
Nowa Zelandia podbila nasze serca i na pewno chcemy tu kiedys wrócic, tyle jeszcze pozostalo do zobaczenia.


ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ:

www.mclong.webs.com

entry Nov 2 2009, 01:57 AM
Auckland

Lot z Singapuru do Auckland trwał 9,5 godziny. Znów byliśmy na południowej półkuli, znów w inne j strefie czasowej.
W Nowej Zelandii właśnie zaczynała się wiosna, pogoda była więc wspaniała: przyjemnie ciepła, ale nie gorąca, lekkie, świeże powietrze. Doceniliśmy je szczególnie po dwóch miesiącach w skwarze i wilgoci.
Na lotnisku przebukowaliśmy nasze bilety na Wyspy Cooka, co pozwoliło nam o siedem dni dłużej zostać w Nowej Zelandii, a na Rarotonga - doszliśmy do wniosku - że wystarczy nam tydzień. Spójrzmy prawdzie w oczy: na plaży i tak nie umiemy się wylegiwać, a wyspa nie jest w końcu taka duża wink.gif.
Z lotniska pojechaliśmy autobusem do centrum Auckland, gdzie zatrzymaliśmy się w wielkim, wielopiętrowym hostelu YHA. W pokoju od razu z progu padliśmy na łóżka i odespaliśmy zmęczenie podróżą. Obudziliśmy się dopiero wieczorem i wybraliśmy się na spacer po mieście. Przeszliśmy wzdłuż jedną z głównych ulic: Quenn Street, pełną sklepów, banków, barów, klubów i teatrów. Doszliśmy do portu, gdzie zrobiliśmy zakupy na kolację i zawróciliśmy do hostelu.
Auckland mieliśmy zwiedzić dokładniej w drodze powrotnej, a póki co postanowiliśmy nazajutrz wyruszyć do Rotorua.


Geotermalne cuda: Rotorua


Południowy autokar Intercity zabrał nas do Rotorua, a podróż trwała 3 godziny. Kierowca objaśniał i wskazywał nam po drodze co ważniejsze atrakcje i co ładniejsze zakątki regionu Waikato. Krajobrazy były przepiękne: zieleń, łąki, wzgórza, pastwiska pełne owiec i bydła, malownicze domki i farmy, rzeki, stawy. Cudne! Takie sielankowe, idealnie skomponowane malowidła, jedne po drugich, aż do samej Rotorua. Dotarliśmy tutaj wczesnym popołudniem. Zostawiliśmy plecaki w hostelu i od razu poszliśmy na spacer po mieście, by wykorzystać ostatnie godziny światła dziennego. Poszliśmy do Parku Kuirau, który z daleka wygląda nieziemsko. Co kawałek wydobywają się z ziemi kłęby pary, zasnuwając kurtyną dymu drzewa i krzewy. W zagłębieniach bulgocze wrząca woda lub błoto, wydzielając przy tym specyficzny, silny zapach siarki. Całe miasto i okolice jest bardzo wyjątkowym miejscem, pełnym podziemnych aktywności termalnych. Mieszkańcy wykorzystują je w swych domach, które są naturalnie ocieplane wrzącą w ziemi wodą, a na parze grilluje się w ogródkach. Poza parkiem nie zobaczyliśmy wiele tego dnia, bo szybko zapadł zmrok. Następnego ranka wstaliśmy więc wcześnie i wyruszyliśmy na dalsze zwiedzanie. W prawie dziesięć godzin zrobiliśmy duże kółko zaczynając od (znowu) parku Kuirau, przez miasto do jeziora i wzdłuż jego brzegu, kończąc przy Ogrodach Rządowych. Miasteczko jest bardzo ładne i zadbane. Ponad jedna trzecia mieszkańców to rdzenni Maorysi, dzięki czemu ich kultura widoczna jest na każdym kroku. Zwiedziliśmy kilka pięknie zdobionych (głównie rzeźbami i czerwono ? czarno ? białymi malowidłami, nieraz przerażającymi poprzez twarze z wytrzeszczonymi oczami i wystawionym językiem) maoryskich budynków, takich jak kościół, teatr czy marae ? miejsce spotkań. Widzieliśmy też imponującą wojenną łódź (canoe) Waka, kilka niewielkich, prywatnych galerii z płaskorzeźbami i biżuterią z zielonego kamienia Pounamu oraz studia tradycyjnego polinezyjskiego tatuażu. Nad jeziorem obserwowaliśmy stada ptaków i kolejne, fascynujące zjawiska termalne. Ogrody Rządowe zachwyciły nas różnobarwnymi klombami kwiatów, zaprojektowanych w fantazyjne wzory.
Tego wieczoru w Wellington rozgrywany był mecz rugby między All Blacks ? narodową drużyną Nowej Zelandii a Wallabies z Australii. Postanowiliśmy znaleźć najpopularniejszy w mieście bar sportowy i zobaczyć emocjonujące dopingowanie podczas oglądania meczu. Miejscowi skierowali nas do pubu Irlandzkiego. Jakże zawiedzeni byliśmy, gdy już przed drzwiami nie słyszeliśmy żadnych okrzyków, a w środku zastaliśmy? tylko pięcioosobową rodzinę ? rodziców z trójką dzieci, spokojnie sączących swoje napoje przy stoliku, beznamiętnie wpatrzonych w ekran. W większości barów jakie mijaliśmy w drodze powrotnej sytuacja wyglądała podobnie: pustki. Australijczycy wygrali tego dnia.
Nazajutrz wybraliśmy się do pobliskiego parku Wai ? O ? Tapu, słynnego ze swojej aktywności geotermalnej. Na początek byliśmy świadkami wybuchu gejzeru Lady Knox, później przeszliśmy 3 ? kilometrową trasę cudów termalnych, a na koniec zobaczyliśmy pola wrzącego błota. Przez cały czas padała mżawka, ale nie przeszkadzało nam to w ogóle, ponieważ widoki były spektakularne. Najbardziej spodobały nam się: Szampański Staw (gorące źródło z czerwono ? pomarańczowym dnem nazwę zawdzięcza musowaniu, jakiemu towarzyszy wrzucenie do wody piasku), Diabelska Kąpiel (zbiornik z jaskrawo ? zieloną wodą), Jezioro Ngakoro (krystaliczna, zielona głębia, otoczona gęstymi lasami) oraz Paleta Artysty (widok na wielobarwne złoża hydrogeologiczne). Okolica jest przepiękna, położona w lasach pachnących wilgotnym mchem i paprociami, a same zjawiska geotermalne po prostu niesamowite! To niesłychane, że tak intensywne, jaskrawe kolory występują w naturze. Coś pięknego. Czuliśmy się jak prawdziwi szczęściarze - móc to wszystko zobaczyć, to wielkie przeżycie. Do końca dnia nie mogliśmy ochłonąć z emocji.
Ostatniego, czwartego dnia w Rotorua, spakowaliśmy się, a manager hostelu podwiózł nas do wylotu autostrady, gdzie (w zaledwie parę minut) złapaliśmy stopa do Taupo.


Taupo


W Taupo zatrzymaliśmy się w hostelu Base. Był to niedrogi, a przy tym najlepszy hostel jaki kiedykolwiek widzieliśmy, pełen mniejszych i większych udogodnień, które doceni każdy turysta. Jak zwykle tylko zostawiliśmy plecaki i wyruszyliśmy na zwiedzanie, a dzień był piękny, ciepły i słoneczny. Najpierw poszliśmy na spacer po tzw. Księżycowych Kraterach: parku pełnym parujących szczelin w ziemi. Widoki są przepiękne, szczególnie z najwyższego w parku wzgórza. Lasy, łąki i wzniesienia dookoła są spokojną ramą dla pełnego dramatyzmu spektaklu, jaki toczy się w dolinie Księżycowych Kraterów. Dalej poszliśmy do punktu widokowego, skąd zobaczyliśmy wodospad Huka. Jego biało ? turkusowe, spienione wody przyciągnęły nas jak magnes, zeszliśmy więc lekkim szlakiem na sam dół, by podziwiać go z bliska. Warto było. Woda rzeki Waikato jest przejrzysta, wodospad głośny, a wyłania się nad nim co chwilę niewielka tęcza. Następnie, z innego pobliskiego wzgórza obejrzeliśmy panoramę Taupo. Miasto leży nad największym jeziorem Nowej Zelandii (o tej samej nazwie co miasto), nad którego przeciwnym brzegiem wyrastały ośnieżone szczyty gór i wulkanów. Stąd pojechaliśmy do Tarasów Wairakei ? Centrum Kultury Maoryskiej i miejsca kolejnych geotermalnych zjawisk. Przy samym wejściu zobaczyliśmy otwart dla zwiedzających dom maoryski wybudowany według dawnych tradycji, rzeźbione słupy i bramy, a dalej parująca rzeczka z krystaliczną, bardzo gorącą wodą z formacjami krzemionkowymi na dnie, wyglądającymi jak morski koral. Wyżej znajdowały się tarasy, zbudowane ręką ludzką, ale na kształt tych oryginalnych, które niegdyś się tu znajdowały. Zlewała się po nich woda bogata w krzemionkę, parując i oblepiając schody kolejnymi warstwami minerałów rok po roku. Bardzo ciekawy widok, znikający czasami za zasłoną pary. Reszta parku jest równie urocza, nad potokiem ustawione są czasem ławki, a wzdłuż drogi zrekonstruowana jest dawna wioska maoryska. Moglibyśmy spędzić tu zapewne dużo więcej czasu, ale park właśnie zamykano. Jako że nie było jeszcze ciemno, wybraliśmy się na spacer po przystani łodzi i wzdłuż brzegu jeziora, częściowo po alejkach, a częściowo po kamienno ? pisakowych plażach. Do hostelu wróciliśmy całkiem padnięci.
Tego dnia udało nam się tyle zobaczyć w Taupo, że postanowiliśmy następnego dnia wyruszyć dalej.


Wellington


Ostatnim nowym miejscem jakie zobaczyliśmy na wyspie południowej była stolica Nowej Zelandii ? Wellington. Podróż tutaj z Taupo trwała 7 godzin. Dotarliśmy wieczorem, kiedy nie kursowały już autobusy. Musieliśmy więc podreptać na piechotę i wspiąć się po kilkuset schodach łączących dwie ulice. Na koniec trochę pobłądziliśmy, zanim znaleźliśmy dom Lew ? naszego gospodarza z Couch Surfingu. Wszystkie domy wyglądały tak samo, a numerów nie było. Nawet zapukaliśmy nie tam gdzie trzeba (ups!), ale w końcu się udało. Lew i jego partnerka byli bardzo mili, zafascynowali Clonga domowym warzeniem piwa (spróbowaliśmy ich wyrobu, istotnie - bardzo smaczny) i polecili nam co najbardziej opłaca się zwiedzić w Wellington. Gadaliśmy do późna w nocy.
Jak tylko zwlekliśmy się z łóżka następnego rana, wyruszyliśmy w stronę śródmieścia. Znowu tymi samymi schodami, tym razem w dół, za kilka przecznic byliśmy w centrum. Obeszliśmy je z mapą w dłoni, odszukując najciekawsze zabytki, takie jak stary i nowy parlament, biblioteki, katedry i pomniki. W porcie nie mogliśmy wyjść z podziwu nad dwiema rzeczami: tłumem aktywnych sportowo mieszkańców w każdym wieku (biegających, jeżdżących na rolkach, rowerach, pływających kajakami itd., itp.) oraz czystością turkusu wody. Na koniec odwiedziliśmy słynne muzeum Te Papa, z bardzo ciekawymi, interaktywnymi wystawami przedstawiającymi historię, sztukę i przyrodę Nowej Zelandii. Nie sposób wymienić tutaj choćby najciekawsze eksponaty, bo jest ich masa, a pół dnia to na pewno za mało na porządne obejrzenie wszystkiego. Wyszliśmy stąd zachwyceni i pod wielkim wrażeniem. Nie wolno ominąć tego muzeum jeśli jest się w Wellington, a zadowoleni będą nawet ci, którzy za muzeami nie przepadają. Te Papa urządzone jest z taką fantazją i rozmachem, że nie sposób się tutaj nudzić. Gorąco polecamy ? każdemu.
Wieczorem zjedliśmy domowej roboty surowe, wegańskie sajgonki (pycha) i znów zagadaliśmy się do późna z Lew i Sarą. Była to bardzo krótka wizyta w bardzo ciekawym, ładnym mieście, ale mieliśmy jeszcze tyle planów...

ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ:

www.mclong.webs.com

entry Oct 26 2009, 09:05 PM
W "Mieście Lwa" zatrzymaliśmy się znowu w tym samym hostelu w Małych Indiach, co poprzednio. Większość czasu spędziliśmy tym razem na pieszym wałęsaniu się po mieście. Obeszliśmy Małe Indie, co było głównie spacerem kulinarnym wink.gif , Dzielnicę Kolonialną (Historic District), oglądając znane i mniej znane budynki, takie jak parlament, sąd czy ratusz oraz Marina Bay z drapaczami chmur i Parkiem Merliona - statuy pół-lwa z ogonem ryby, symbolem Singapuru. Oglądnęliśmy też zachód słońca nad portem i przyglądaliśmy się przygotowaniom do zbliżającego się nocnego wyścigu Formuły 1. Montowano właśnie oświetlenia wzdłuż ulic i trybuny, a nad miastem górowały bilbordy zachęcające do zakupu miejsc w hotelach z widokiem na ścigające się bolidy w cenie od 500 USD za dzień. Co za gratka, prawda?
Naszym ostatnim przystankiem w Singapurze było lotnisko Changi, skąd odlecieliśmy do Auckland w Nowej Zelandii.
Do widzenia Azjo!

ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ:


www.mclong.webs.com

entry Oct 26 2009, 09:04 PM
Kuala Lumpur

W Kuala Lumpur spędziliśmy niestety tylko niecałe 2 dni, z których tylko kilka godzin mogliśmy przeznaczyć na zwiedzanie. Udaliśmy się więc od razu pod słynne, niegdyś najwyższe na świecie, bliźniacze wieże Petronas. Faktycznie: bardzo wysokie wink.gif.
Stamtąd skierowaliśmy nasze kroki do Centralnej Hali Targowej, gdzie zjedliśmy parę naszych ulubionych malezyjskich potraw oraz wybraliśmy kilka małych, pakownych pamiątek dla rodziny i przyjaciół. Zakupy robi się tu bardzo przyjemnie, alejki między straganami są przestronne, a sprzedawcy uprzejmi i w ogóle nie natarczywi, jak to się czasami zdarza. Miłe dla oka są też stoiska z antykami i lokalnych artystów i artystek: nie tylko malarzy, rzeźbiarzy, ale i mistrzyń szydełka, igły, nitki i wełny.
Z paroma małymi pakunkami powędrowaliśmy do dzielnicy Chińskiej (Chinatown), tętniącej życiem do późnego wieczoru.

Johor Bahru

Około południa następnego dnia wyruszyliśmy do Johor Bahru. Tutaj na lotnisku odebraliśmy nasze bagaże, które zostawiliśmy w skrytce dwa miesiące wcześniej. Odetchnęliśmy z ulgą, że wciąż tu były!
W Azji pozostały nam tylko 3 dni. Chcieliśmy spędzić je w Johor, ale nie znaleźliśmy żadnego rozsądnego noclegu. Nie chcieliśmy też zawracać głowy naszym wspaniałym gospodarzom z Couch Surfingu z poprzedniego pobytu, ponieważ właśnie przyszła na świat ich córeczka. Postanowiliśmy więc pojechać prosto do Singapuru, skąd wylatywaliśmy do Nowej Zelandii.

ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ:

www.mclong.webs.com

entry Oct 26 2009, 08:44 PM
Do Siem Reap przyjechaliśmy głównie by zobaczyć pobliskie słynne ruiny dawnej stolicy Imperium Khmerów, Angkoru. Zatrzymaliśmy się u Henrika, imigranta ze Szwecji, który przed wielu laty przyjechał tutaj jako wolontariusz i tak się zakochał w tym miejscu, że osiadł tu na stałę. Dziś, wraz ze swoimi kambodżańskimi przyjaciółmi prowadzi bardzo przyjemny hostel ?European Guesthouse? (?Pensjonat Europejski?), w którym wynajęliśmy pokój. Dzięki częstym w tym okresie ulewom powietrze nieco się ochłodziło kiedy przyjechaliśmy, ale niesamowicie wzrosła za to wilgotność. Nie chcieliśmy włączać klimatyzacji, która może trochę by pomogła (preferowaliśmy wiatrak), więc wszystko było non-stop wilgotne: nasze ubrania, materac, wszystko co z materiału. Nie jest to za przyjemne, więc staraliśmy się przebywać jak najwięcej na zewnątrz. Miasto jest bardzo ładne, ma kilka ciekawych dzielnic i bazarów, jak i ? ze względu na bliskość do Angkor Wat ? olbrzymią bazę turystyczną. Wiele osób mówi po angielsku, dzięki czemu zawarliśmy kilka nowych kambodżańskich znajomości. Jedną z nich był Kia, młody chłopak po dwudziestce, który jako kierowca tuk-tuka oszczędza pieniądze na studia swoje i swojego brata. Jego opowieści, szczególnie o matce, która żyje z uprawy ryżu, zdana na łaskę urodzajów i nieurodzajów; o marzeniach skończenia studiów by zapewnić sobie i rodzinie godny byt; o ożenku na który go na razie nie stać ? wzruszały nas do głębi. Mamy nadzieję, że uda mu się zrealizować wszystkie swoje palny. Trzymamy kciuki! Kia przez dwa lata pracował też jako pomocnik przewodnika po Angkor Wat, dlatego świetnie zna historię tego miejsca. To z nim mieliśmy szczęście zwiedzić ruiny, a przeżycie to było jedyne w swoim rodzaju. Dziękujemy Kia! Całą trójką wybraliśmy się tam dopiero po paru dniach, ponieważ Mlong zachorowała i musiała zostać podleczona w miejscowej klinice. Od razu jednak jak tylko odzyskała siły, wyruszyliśmy do Angkor Wat, o którym marzyliśmy od dawna.
Większość ruin znajduje się na terenie Parku Archeologicznego Angkor, który rozciąga się na olbrzymim obszarze 400 km2. Znajdują się tu pozostałości wspaniałych budowli, przeważnie świątyń, rezerwuarów wodnych i murów, z czasów rozkwitu kilku różnych stolic Imperium Khmerskiego między IX a XV w. Na początku zwiedziliśmy cudowną świątynię Angkor Wat z XII w., otoczoną murami, do której wchodzi się po kamiennej grobli nad fosą. Sama kaplica zwieńczona jest pięcioma wieżami, których obraz powszechnie znany jest w całym świecie i kojarzy się z Angkor. Cała budowla pokryta jest fantastycznymi płaskorzeźbami, ale największe wrażenie robi długa, dynamiczna scena z indyjskiej mitologii Ramajany i Mahabharaty, na której postaci wyglądają jakby naprawdę się poruszały.
Później odwiedziliśmy jeszcze kolejne kilkanaście znakomitych perełek architektonicznych w obrębie Parku, a przelotnie zobaczyliśmy po drodze jeszcze więcej. Do najbardziej imponujących, choć naprawdę trudno wybrać, należała świątynia Bajon w Angkor Thom, z niezliczonymi, ogromnymi, cudnie wyrzeźbionymi uśmiechniętymi twarzami oraz świątynia Ta Prohm, wciąż w objęciach dżungli, gdzie drzewa oplatają ściany kaplic, a małpy szaleją w ich koronach wydając krzykliwe dźwięki.
Angkor Wat jest miejscem absolutnie niesamowitym. Każda z budowli ma swój własny, unikalny charakter i jest wyjątkowa na swój sposób: jedne zachwycają rzeźbami, detalami czy skalą, inne historią powstania lub kunsztem architektonicznym, jeszcze inne otoczeniem, w którym jak zaklęte tkwiły przez wieki. Człowiek czuje się niczym przeniesiony w czasie. Odczuwa się atmosferę niesamowitości, jeśli nie wręcz magii; wychodzi się z podziwu dla geniuszu i artystycznych zdolności twórców. Coś pięknego!
Ostatnie popołudnie w Siem Reap spędziliśmy nad jeziorem Tonle Sap. Życie toczy się tu w większości na wodzie. Mieszkańcy budują nie tylko pływające domy, ale i szkoły, przedszkola, kościoły i inne budynki, a do przemieszczania się używają najczęściej długich, wąskich, drewnianych łódek. Po jeziorze pływają całe wioski, jak pewnie łatwo się domyślić ? bardzo ubogie, proste i minimalistyczne. Przy brzegach, jak i po drodze do Siem Reap i w samym mieście przy rzece, wiele domów stoi zaś na palach. Podyktowane jest to bardzo zmiennym poziomem stanu wody, która w porze deszczowej podnosi się nawet o 14 metrów. Jest to niezwykle malownicza okolica. Tafla jeziora podczas naszej wizyty była idealnie spokojna, a błękitne niebo i kształtne obłoczki pływały po niej jak po lustrze. Cudowny dzień.
Po powrocie do Siem Reap spakowaliśmy się i resztę wieczoru, a raczej pół nocy spędziliśmy na rozmowach z Henrikiem i naszymi nowymi kambodżańskimi znajomymi w hostelowym ogródku. Nazajutrz Kia odwiózł nas na lotnisko, z którego wylecieliśmy do Kuala Lumpur.

ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ:

www.mclong.webs.com

entry Oct 24 2009, 05:40 AM
Podróż autobusem z Sajgonu do Phnom Penh w Kambodży była co prawda długa, ale zaskakująco przyjemna. Widoki po drodze zapierały dech w piersiach, przeprawa przez granicę była bezproblemowa, a częste przystanki w coraz to pozwalały rozprostować kości. Przed samą stolicą autobus wjechał na prom, który wraz z innymi pojazdami i tłumem ludzi zabrał nas na drugą stronę Mekongu. Pływanie po tej rzece ma w sobie coś magicznego. Nurt jest leniwy, woda zamulona, tak że nigdy nie wiadomo co się w niej kryje, a życie u brzegów sprawia wrażenie spowolnionego, zrelaksowanego i głęboko zakorzenionego w jego wodach.
Po dotarciu na bardzo zatłoczony dworzec autobusowy w centrum Phnom Penh, złapaliśmy tuk-tuk i zaczęliśmy szukać hostelu. Okazało się to nie lada wyczynem, jako że ceny dyktowano sobie wręcz z kosmosu za strasznie zapuszczone pokoje, ale w końcu udało się. Zatrzymaliśmy się w małym hoteliku przy Bazarze Centralnym.
Ceny dla turystów są podawane w Kambodży w dolarach amerykańskich. Nawet bankomaty wydają dolary. Niestety pozwala to na windowanie cen dla osób z zagranicy. Na szczęście można się oczywiście targować wink.gif .
W ciągu trzech dni, które spędziliśmy w Phnom Penh, miasto to ogromnie przypadło nam do gustu. Ludzie są tu niewiarygodnie mili i przyjaźni, imponujące zabytki spotyka się na każdym kroku, nie ma przytłaczającego chaosu, a urokliwych, wyjątkowych zakątków jest po prostu pełno. Zwiedziliśmy piękną, górującą nad miastem pagodę Wat Phnom, pod którą według legendy pogrzebane są święte buddyjskie artefakty. Każdego dnia przemierzaliśmy wspaniały bulwar wzdłuż rzeki, przy którym mieści się między innymi okazały brunatny budynek Muzeum Narodowego, podupadnięte rezydencje kolonialne, Pałac Królewski oraz Srebrna Pagoda i za każdym razem tak samo nas zachwycały. Wieczorem i w dni wolne od pracy życie w tej części miasta bardzo ożywa. Parki wypełniają się ludźmi i straganami z jedzeniem; jedni grają w rozmaite gry, inni obserwują zachód słońca lub odpoczywają na trawie.
Niestety nie udało nam się zwiedzić Rezydencji Królewskiej, ponieważ za każdym razem nasz strój był nieodpowiedni. Pierwszy raz krótkie rękawy okazały się za krótkie (a nie pozwolono nam założyć chusty, którą mieliśmy przy sobie; jedyną opcją było zakupienie podkoszulków w stoisku z pamiątkami), innym razem sandały okazały się zbyt 'otwarte'. Hm... A wydawało nam się, że dostosowaliśmy się do wymogów, tym bardziej, że miejscowi wpuszczani byli w japonkach. Ale w końcu się poddaliśmy. Zamiast tego zdążyliśmy przemierzyć parę dodatkowych kilometrów miasta, dzięki czemu zobaczyliśmy Pomnik Niepodległości (w formie obelisku przypominającego wieżę Angkoru) i Bazar Rosyjski (gwarne targowisko z pamiątkami i jedzeniem). Po drodze odkryliśmy jeszcze więcej ciekawych świątyń, a w jednej z nich udało nam się nawet porozmawiać z młodymi mnichami buddyjskimi.
Niezwykle wstrząsającym przeżyciem była wizyta w Tuol Sleng - Muzeum Ludobójstwa, które jest tragicznym świadectwem zbrodni Czerwonych Khmerów. Po wyjściu z Muzeum przez długi czas siedzieliśmy w milczeniu w pobliskiej, pustej kawiarence, na darmo próbując ogarnąć ogrom okrucieństwa, jakie ono uwiecznia.
Wiedzieliśmy o tym krwawym okresie w historii Kambodży, jednak zobaczenie na własne oczy sali tortur i więzienia wyglądającymi dokładnie tak, jak przed 30 laty, przerasta wszelkie wyobrażenia. Patrząc przez pryzmat tych i innych bardzo ciężkich przeżyć, na jakie wystawiony został w poprzednim wieku naród kambodżański, dodając do tego biedę z jaką kraj się obecnie boryka, człowiek tym bardziej nie może wyjść z podziwu, jak silnymi, a w dodatku optymistycznymi ludźmi są Khmerzy.

ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ:

www.mclong.webs.com

entry Oct 24 2009, 05:33 AM
Do Delty Mekongu wybraliśmy się wraz ze zorganizowaną wycieczką. Poznaliśmy oczywiście kilkunastu turystów z różnych części świata, z których tak się złożyło, że połowa była, tak jak my, w podróży dookoła świata. Tematów po drodze było więc bez końca. Nasz przewodnik miał duże poczucie humoru, co zawsze jest plusem. Opowiadając nam o życiu w Delcie Mekongu, gdzie sam się wychował, dał nam przykład ogromnego optymizmu i przywiązania do tej 'Rzeki Matki', która traktowana jest z wielkim szacunkiem jako życiodajne źródło. 'Kiedy w sezonie deszczowym poziom rzeki podnosi się zbyt wysoko, - mówił - to nic, przenosimy nasze wszystkie rzeczy na piętro, a zwierzęta wyprowadzamy na wyższy teren. Kiedy zalewa nam drogi, to nic, przerzucamy się na łódki. Kiedy zalewa nam pola i nie możemy uprawiać, to nic, stajemy się rybakami.' Itd... itd... a to wszystko z szerokim uśmiechem. Godne podziwu. Wytłumaczył on nam też skomplikowaną tradycję dziedziczenia według hierarchii w rodzinie, (przywróconej po 'renowacji' ekonomicznej 'Doi Moi' w 1986), gdzie ziemia zostaje czasem tak rozdrobniona, że ciężko się z niej utrzymać. Bardzo ciężkie życie...

Po kilku godzinach dotarliśmy na miejsce, do małego portu, gdzie wsiedliśmy na drewnianą łódź. Płynąc powoli w górę rzeki mijamy wodny targ: ten akurat jest w rodzaju 'hurtowni', są też mniejsze - 'detaliczne'. Z dużych łodzi sprzedawane są owoce i warzywa, ale tylko w większych ilościach, które potem zostają rozdystrybuowane na mniejszych bazarach. Przykładowy towar wystawiony jest na końcach wysokich kijów, przymocowanych z przodu łodzi, widocznych z daleka. Kupujący podpływają, następuje targowanie się, a potem dobijanie targu i przerzucanie towaru na łódkę kupującego.

Naszym kolejnym przystankiem była mała wioska, gdzie zobaczyliśmy ręczne wytwórnie papieru ryżowego, dmuchanego i karmelizowanego ryżu, chrupków oraz cukierków. Wszystko przepyszne, organiczne, świeże, choć strasznie słodkie! Po drodze z jednej mini-fabryczki do drugiej musieliśmy przejść przez tunel między straganami z pamiątkami.

Dalej popłynęliśmy w dół rzeki, gdzie w pewnym momencie zbiegło się kilka odnóg, tworząc ogromną masę wodną, niczym olbrzymie jezioro. Niesamowity widok. Cały region Delty pokrywa 39000 kilometrów kwadratowych. Wytwarza się tutaj około połowę całkowitej produkcji ryżu wietnamskiego. Stąd pochodzi też wiele ryb i krewetek, których duża część eksportowanych jest do wielu krajów za granicą. Wody Mekongu są bardzo obfite w życie, którego część nie występuje nigdzie indziej.

Po około godzinnym rejsie wysiedliśmy na jednej z wysepek, gdzie mogliśmy coś zjeść. Ponieważ mieliśmy dość dużo wolnego czasu, wypożyczyliśmy rowery i pojechaliśmy zwiedzić wioskę. Całe życie ulokowane jest tutaj u brzegu rzeki. Świątynie, domy, szkoły, prawie wszystko ma dostęp i z łódek i z lądu. Głównym środkiem lokomocji są tutaj rowery, ale spotka się też skuterki. Domy to częściowo małe chatki sklepane z czego się da, albo większe, drewniane, na palach, a nierzadko też murowane, duże wille. Rozkoszne dzieci, które mijaliśmy po drodze, machały do nas i krzyczały 'hello! hello!'.

Po powrocie zaproszono nas na przejażdżkę drewnianymi kajakami po węższych kanałach, porośniętych gęsto po obu stronach buszem, palmami i bambusem. Byłoby to zapewne bardzo relaksujące przeżycie, gdyby nie dwa węże przepływające przed naszą łódką, (zanurzoną w wodzie niemal do samej góry), które zmroziły Mlong na dłuższą chwilę. Clong w tym czasie oczywiście delektował się każdą minutą, jakby nigdy nic. Wszyscy przebudzili się z zadumy, gdy zaledwie dwa, trzy metry dokładnie przed nami, z ogromnym pluskiem spadł do wody kokos z pochylonej nad kanałem palmy. Ciekawe ile szkód taki kokos - kolos mógłby wyrządzić? Lepiej może nie wiedzieć...

Po wypłynięciu na szerszy dopływ Mekongu, przesiedliśmy się na naszą dużą łódź, gdzie zebrali się już wszyscy pozostali i popłynęliśmy z powrotem na stały ląd, gdzie czekał na nas już nasz minibus. Po kolejnych paru godzinach (bardzo ciekawej) drogi, znaleźliśmy się z powrotem w Sajgonie. Poszliśmy raz jeszcze na długi, wieczorny spacer po mieście, zjedliśmy bagietki na kolację, obejrzeliśmy taneczne występy dzieci w amfiteatrze w parku i kupiliśmy bilety na następny dzień na autobus do Phnom Penh, stolicy Kambodży. Ważność naszych dwutygodniowych wietnamskich wiz upływała następnego dnia.


ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ:

www.mclong.webs.com

3 Stron V   1 2 3 >  
NPWÂCPS
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31